Część 1 – Stwórca

Część 1 – Stwórca

Czasami zastanawiałem się, co to znaczy być najdoskonalszym bytem w całym istnieniu. Do teraz nie uzyskałem odpowiedzi na to pytanie, bo czemu miałbym ją uzyskać? Wiedziałem wszystko, a skoro inteligencja była we mnie, to miałem również odpowiedź na to pytanie. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego co i kiedy robiłem. Wszystko co stworzyłem było doskonałe i funkcjonowało dokładnie tak jak chciałem.

Spójrzmy na te hormany, wielkie niebieskie plamy, które sączyły mądramy i przenikały przez nie, tak jak sobie tego życzyłem. Rozpłaszczały się wzdłuż i wszerz, czasami pulsowały, a czasami rozszerzały się do granic możliwości. Wiem, na ile mogły sobie pozwolić, bo w końcu sam je stworzyłem. Tak wielkie dzieło powodowało, że sam byłem wielki.

Po co były hormany? Zakrywały przestrzeń, którą mogłyby wchłonąć Kaloye. Stworzyłem je, jako przeźroczyste, nienajedzone jestestwo, żeby mogło pożerać inne istnienia poruszające się po mądramach. Jednakże stały się zbyt głodne i cały czas coś konsumowały. Uparły się na połykanie Ander, a ja tak bardzo ubóstwiałem te jasne świecące kropki. Nigdy nie zastanawiałem się, jak Andery żyły. Ilekroć koło nich przebywałem, miałem wrażenie, że odczuwałem narastające ciepło. Co prawda nie było ono tak mocne, aby mnie drażniło, lecz czułem, że coś mniejszego od nich mogłyby zranić.

Zazwyczaj Kaloye dostrzegałem za późno, bo szybko stały się przebiegłe. Nie na tyle, abym nie mógł ich dostrzec i coś zaradzić, ale byłem zbyt doskonały, aby uznać swoją porażkę. Niczego nie popsułem. Doskonała mądrość nie była w stanie tego zrobić. Kaloye zjadały Andery i nie przejmowały się moim zdaniem.

W tym celu stworzyłem Hormany, których głównym przeznaczeniem było powstrzymanie Kaloyów przed zjadaniem Ander. Coraz lepiej spełniały swoje zadanie, ale nie ukrywam, że część kaloyów zniszczyłem, z powodu ich nadmiernej liczby. Z tej destrukcji powstały Bole i Loye, które wysłałem w różne części przestrzeni. Bole trafiły na zewnętrzną warstwę pomieszczenia, natomiast Loye zostawały wewnątrz.

Kim był jeden i drugi? Bole przypominały wielki czerwony dym, który przykrywał Andery. Początkowo myślałem, że podobnie jak Kaloye również pochłaniają te jasne punkciki. Po dłuższej chwili zauważyłem, że nie zjadają, tylko wzmagają ich światło i przemieniają na piękny czerwony kolor, który koił moje oczy. Nie sądziłem, że potrafię tak się zaskoczyć. Co prawda wiedziałem, że byłem najmądrzejszą istotą, a mimo to wciąż siebie zaskakiwałem, jak moja mądrość była wielka. Bole były spokojne i tylko dryfowały po pomieszczeniu, natomiast Loye istniały, jako szybko poruszające się drobinki, które najczęściej łączyły się w wiry, ciągnące się przez całe pomieszczenie. Część z nich wypadała z wiru i leciała przed siebie poszukać miejsca, gdzie mogłyby wielbić moją doskonałość.

Właśnie. Kim byłem? Nie potrafiłem siebie określić. Wiem, że stałem się najdoskonalszym odzwierciedleniem tego co piękne, mądre i ogólnie wszystkiego co było kojarzone ze słowem naj, najwspanialszy, najdostojniejszy, najmądrzejszy, czy najpewniejszy. Wszystkie rzeczy, które stworzyłem były wielkie, choć wiedziałem, że nigdy nie dosięgną mojej wielkości. One były tylko dopieszczeniem mojej boskości i wspaniałości.

– Ouuu.

A cóż to wielkiego i niebieskiego rozpierzchło się po pomieszczeniu? Wyrzuciło z siebie niebieską plazmę, niczym Loy, po wybuchu Kaloya. A no tak, zapomniałem o Notanach. Są wielkimi niebieskimi kraterami dryfującymi wzdłuż i wszerz przestrzeni. Nie miały żadnego celu i po co je stworzyłem to sam się zastanawiałem. Po coś one były, inaczej pomieszczenie nie tworzyłoby kolejnych Notanów. Dopóki jakiś Kaloy ich nie pożre, to sobie tak fruwały i uprzykrzały moje wspaniałe i święte życie. Nie byłem na nie zły. Nie godziło mi się denerwować, ani jakkolwiek wyżywać na innych bytach. Były moim ucieleśnieniem, pochodziły ode mnie i to dzięki mnie żyły, mimo, że nie zdawały sobie z tego sprawy.

 

Dalsza część opowiadania poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

 

– Ej! Uważaj jak lecisz! Przeszkadzasz mi zachwycać się moim boskim miejscem.

Miałem na myśli jedną z tych dwóch durnych kul, które leciały przed siebie, nie wiadomo dokąd. Wiedziałem tylko, że lecąc ocierały się o mądramy, które wzmagały ich ciepło, aż w końcu płonęły. Wielki czerwony ogon ciągnął się za nimi i przez to wiedziałem, w którym etapie życia się znajdowały. Nazwałem je Hadrony i były nic nieznaczącymi bytami. Tylko mnie denerwowały i zakłócały mój ogląd na to co piękne. Wiem, że nierzadko spotykały się z innymi hadronami i dochodziło do wielkiego zderzenia. Coś je ciągnęło ku sobie. Może ten ogień miał w sobie jakieś właściwości przyciągające? Sprawdzę, to z czystej ciekawości. W tej chwili miałem wspanialsze byty do zachwycania się.

Musiałem przyznać, że miejsce, które stworzyłem, do chwili obecnej nie miało nazwy. Nazywałem je pomieszczeniem, chociaż nie wiedziałem, czy to dobra nazwa. Mimo, że to Bole wyznaczały jej koniec, to wiem, że za nimi dalej rozpościerał się pas nicości. Ciemność niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia. Jakkolwiek nie nazwałem tego miejsca, to nie oddawała boskości tego co stworzyłem. Nazwa musiała odzwierciedlać wspaniałość, wielkość i wybitność podobną do mnie. To nie mogła być pospolita nazwa, którą mógłby zastosować każdy głupiec. Jeśli byle ignorant nadałby jej taką nazwę, to jak mógłbym czuć się wielki będąc przyrównanym do małego, tępego i bezrozumnego życia?

A może właśnie w tym tkwiła moja wielkość? Miałem się zrównywać do małego życia? Wątpię. Nigdy nie obchodziło mnie zdanie innych i nadal nie interesuje, bo co mogło o mnie wiedzieć małe nierozumne życie, które nie wiedziało tak naprawdę, skąd się wzięło i jak funkcjonowało.

No właśnie, skoro nie wiedziało jak funkcjonuje, to dlaczego miałoby mnie oceniać i to co wymyślę? Jak wiadomo, wszystko co stworzyłem jest wspaniałe, więc nawet, jeśli ktoś powiedziałby, że nie jest to wspaniałe, to dlaczego miałbym się tym przejmować? Tym właśnie różniłem się od innych bytów. Miałem doskonałą mądrość i wiedziałem co robiłem, a one nie.

– Od czego zacząć nadawanie nazwy tego miejsca?

Może od tego, po czym się poruszałem? Latałem po pustce wypełnionej mądrami. Nazwałem ich temu, bo przewodziły tym życiem, podobnie jak ja nimi. Co jeszcze tu było? Są Hormany, Andery, Kaloye, Bole i Loye, Notany, Hadrony. Wszystkie te nazwy były doskonale, ale znajdowały się w … pustce. Jednej wielkiej przestrzeni uzależnionej od ruchu mądram, no i oczywiście ode mnie.

Wychodziło na to, że najlepszą nazwą będzie pustka.

Albo nie. To nie była pustka, bo znajdowała się tutaj najdoskonalsza mądrość w mojej postaci. W takim razie to była pustka dla niewiedzących i nieświadomych życia, a dla świadomych nie znajdowało się tu nic ciekawego i godnego uwagi. Czyli dla takiego jak ja panowała tu nicość.

Nicość … Dobra nazwa. Niech zatem to miejsce od dziś nazywa się Nicością. Tak je będę nazywał i tak samo mogą nazywać je życia, które byłyby tak bardzo świadome, jak ja.

 

Jeśli spodobało Ci się ta część opowiadania, to zapraszam Cię do sprawdzenia powieści wydanych przeze mnie. Kliknij w poniższe logo, aby się przenieść do mojego sklepu.

Część 3 – Wiedźmy, Czarownice, Szeptuchy

Część 3 – Wiedźmy, Czarownice, Szeptuchy

Wracając do Misterium Wiedźm zastanawiała się, co Barwin chciał jej przekazać i dlaczego tak bardzo chciał, żeby odkryła prawdę.

Przybyła do znajomych jej miejsc. Przechodziła przez ostre, lecz niskie pagórki, później porywistym nurtem przepłynęła na południową część Królestwa Rozżarzonego Ognia, a nastepnie głównym traktem doszła do Wielkiego Lasu, gdzie na drugim końcu znalazła wierzbę z najbardziej rozłożonymi gałęziami. Podeszła pod nią i wcisnąwszy odpowiedni korzeń otworzyły jej się wrota, za którymi były schody prowadzące do Misterium Wiedźm.

Zszedłszy do głównego przedsionka zgromadzenia wokół unosił się zapach ziół i innych naparów. Kręciło się mnóstwo wiedźm, za którymi podążały adeptki. Niektóre z nich posiadały zwoje spisane na papirusie, a niektóre nosiły kociołki, od których wydobywały się opary ziół.

Przeszła do pokoju zielarskiego, gdzie znajdowała się Osetia wraz z innymi wiedźmami. Była najmłodszą ze wszystkich przewodniczących wiedźm. Wybrano ją, gdy ledwo przekroczyła trzydzieści wiosen, a to było dwadzieścia lat temu. Nadal zachowywała młody wygląd i nawet niejedna dziewczyna zazdrościła jej urody. Jej promienny uśmiech natychmiast poprawiał nastrój każdemu, któremu nie doskwierał. Choć większość jej towarzyszek ubierało się na biało, ona jako jedna z nielicznych miała niebieskie szaty i nigdy nie chodziła boso.

Promiennie się uśmiechnęła widząc Horę.

– Moja ulubiona adeptka wróciła. – Nie faworyzowała jej. Każda przyszła wiedźma była jej ulubionym adeptem. – Znalazłaś daturę.

– Tak przewodnicząco. – Pokazała jej koszyk pełen kwiatów datury.

– Jestem z ciebie dumna. – Podeszła i delikatnie chwyciła ją za szyję, niczym matka swoje ukochane dziecko, a następnie dała jej buziaka w czoło. Dbała, aby być blisko ze swoimi podopiecznymi. – Zatem już masz wszystko do sporządzenia maści na rytuał miotłowy. – To właśnie po nim adeptki poznawały już technikę latania na miotle.

Nim przeszła do sporządzenia maści cały czas w głowie siedziały jej słowa satyra.

– Zebrałam daturę w Bori. – Dostrzegła, jak Osetia wzdrygnęła się, kiedy usłyszała nazwę miasteczka. – Rozmawiałam tam z Barwinem i mówił tak, jakbyście się znali.

– Co powiedział? – Nie schodził z niej uśmiech, ale przybrał lekki odcień strachu.

A zatem się znacie. – pomyślała Hora.

– W skrócie, że jesteśmy stworzone do zabijania i podał tutaj za przykład ciebie.

Osetia głęboko westchnęła, choć uśmiech z niej nie schodził. Czuła, że najwyższy czas pozbyć się tego ciężkiego kamienia, który ciążył jej na sercu. Korzystając z okazji, że pozostałe adeptki i wiedźmy opuściły pomieszczenie rozpoczęła.

– Barwin ma mnie za co nienawidzić i nie będę tego ukrywać. Nikogo nie zabiłam – dodała widząc zestrofowaną twarz Hory – jednak nie uratowałam bliskich mu osób.

– On to tak powiedział, jakbyś je zabiła.

– Rozumiem jego oskarżenia, jednak zaznaczam, że nie zabiłam. To było tuż przed wybraniem mnie na przewodniczącą. Głównie szukałam wiedzy o naturze i jak funkcjonuje. Z racji, że jesteśmy, jakie jesteśmy, no to osoby do nas szybko trafiają, pewnie też to odczułaś w trakcie poszukiwania datury. – Odczuła. – I gdy przybyłam do Bori podszedł do mnie Barwin. Powiedział, że jego żona jest w błogosławionym okresie i za chwilę przyjdzie czas rozwiązania.

– Odebrałaś narodziny?

– Ostatnie dni tuż przed porodem widziałam, że Nestri, jego ukochanej, coś się dzieje. Nie potrafiłam wyjaśnić co, ale nagle stała się cała czerwona, wierciła się niekontrolowanie, nawet wyginała się w nienaturalny sposób. Nie wiedziałam skąd w niej przybyły takie siły. Barwin oczekiwał ode mnie, że coś zrobię, ale ja całkowicie spanikowałam. – Pierwsze łzy wylewała na policzki. – Naprawdę nie wiedziałam co się stało. Gdy pierwsza panika minęła próbowałam jakkolwiek jej pomóc, ale wyglądała, jakby coś ją opętało. Siła nieczysta, z którą nie miałam do czynienia. Potem nakazałam Barwinowi i jego ludziom pomóc mi związać jego żonę, bo uszkodzi dziecko.

– Zgodził się na to?

– Sam rozumiał, że sytuacja była wyjątkowa. Przywiązaliśmy ją do łóżka tak mocno, jak tylko mogliśmy. Jednak ona wciąż się szarpała. Spoglądał na mnie, widząc we mnie kogoś, kto pomoże. To był mój pierwszy poród i nic w nim nie było normalne, tak jak uczyła nas Branhilda. – Poprzedniczka Osetii na stanowisku przewodniczącej Misterium Wiedźm. – Intuicja podpowiadała mi, że naturalnie ona nie urodzi, ale uparcie jej zaprzeczałam.

– Czemu nie zaufałaś swojej intuicji?

– Hora naprawdę nie wiem. – Teraz łzy lały się z niej strumieniami. – Nie umiem tego wyjaśnić. Nic wtedy nie było normalne, to i intuicja nie podpowiadała dobrze. Tak sobie to wytłumaczyłam. Jednak nie poddawałam się, bo trzeba było pomóc Nestri. Czekaliśmy do dnia rozwiązania i w końcu wody z niej odeszły, tylko były jakieś zielone, w ogóle nie przeźroczyste, tak jak uczyła nas Branhilda. Wtedy po raz drugi spanikowałam, a w międzyczasie Nestri walczyła. Próbowaliśmy jej powiedzieć, że właśnie rodzi, ale do niej nic nie docierało, dalej była w swoim amoku.

– To jak urodziła?

– Nie urodziła – zaprzeczyła nim Hora domyśliła się odpowiedzi. – Próbowałam wydobyć z niej dziecko poprzez cięcie, jednak … w ten sposób dopuściłam do jej śmierci. – Po tym wyznaniu już szlochała. – Próbowałam ją ratować, ale zabiłam i ją i ich dziecko. Dopuściłam do tragedii, która za Barwinem ciągnie się do końca życia i za mną również.

– To nie twoja wina.

– A czyja? – Zaatakowała ją zrozpaczona. – Gdybym wtedy posłuchała swojej intuicji, ona na pewno by przeżyła. Gdybym wcześniej otwarła jej brzuch, wtedy uratowałabym i dziecko i Nestri, a tak to zabiłam je obie.

Horze też zbierały się łzy współczucia. Nigdy nie słyszała o tej historii. Traktowała ją, jako nieomylną pod wieloma względami, a wyszło, że jej bezbłędność miała swoją cenę i to wysoką. Czule ją przytuliła i pozwoliła wypłakać wszystkie jej łzy.

Po dłuższej chwili uspokoiła się.

– Dziękuję Hora, że mnie wysłuchałaś i nie oceniałaś.

Nie potrafiła oceniać. Jak mogłaby oceniać w tej sytuacji, skoro sama nie wiedziałaby co zrobić? Rozumiała, dlaczego Osetia wymagała od nich, aby zawsze opierały swoje działania na intuicji.

– Nie próbowałaś jakoś rozmówić się z Barwinem?

– Nie dał mi szansy. Wszystko zrzucił na mnie, przeklął mnie i rozkazał nigdy nie pokazywać się w pobliżu jego miasteczka inaczej skaże mnie na śmierć. Usłuchałam. Wiedziałam również, że to dla mnie była ostatnia podróż. – Na twarz wrócił jej promienny uśmiech. – Dlatego jestem tutaj i pomagam wam byście były lepszymi wiedźmami, niż ja.

– Przecież to niemożliwe. – rzekła Hora.

– Dlatego udowadniam, że jednak jest możliwe. – rzekła promiennie. – Właśnie ty jesteś jednym z takich przykładów. Przygotuj się do rytuału, dziś oficjalnie staniesz się wiedźmą.

– Przewodnicząco. – zatrzymała ją, kiedy zmierzała do swoich obowiązków. – Barwin powiedział mi jeszcze, że sztuka latania na miotle to jest fikcja i mówił to z takim przekonaniem, jakby to ja była głupia i wierzyła w bajki.

Zmarszczyła czoło.

– Naprawdę tak powiedział? Rozumiem jego nienawiść do mnie, ale to już zakrawa o kłamstwa i insynuacje. Podczas rytuału przekonasz się, że to są jego fanaberie.

Taka zdecydowana i konkretna odpowiedź powinna ją uspokoić, ale intuicja podpowiadała jej, że kłamała. Nie rozumiała skąd pojawił się taki zdecydowany głos sprzeciwu. Nigdy nie dała jej powodów, aby zwątpić w jej prawdomówność, a po jej wywodzie, wręcz poczuła drzemiący w niej ból z powodu straty Barwina.

Tak podpowiadał jej rozsądek, jednak im dłużej nad tym myślała, tym mocniej parzyły ją kwiaty ostropestu, który trzymała w kieszeni.

 

Dalsza część opowiadania poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

 

Przygotowywała maści z wykorzystaniem bielunia, szaleju, blekotu oraz ściągnęła z kłosów zboża buławinkę czerwoną. Do tego wszystkiego dodała kwiaty datury i za pomocą tłuczka gniotła je aż powstała maź, którą rozpuściła w oleju. Pokazała ją Osetii, na co ona skinęła głową.

Jednak w trakcie jej przygotowania cały czas miała w głowie słowa Barwina, a Ostropest coraz bardziej przeszkadzał jej w rękach. Zrozumiała, dlaczego darzył je nienawiścią, jednak z jakiegoś powodu dał jej ostropest.

Nie wiedziała co zrobić, lecz wzięła się do roboty i zgniotła kwiaty ostropestu plamistego, aż w końcu powstał wyciąg, który przelała do fiołeczki.

– Za chwilę rozpoczynamy rytuał. – zagaiła do niej Osetia, gdy zbierała wszystkie uczestniczki.

Kiwnęła głową i schowała fiolkę do kieszeni. Wyszły na pola pełne zielonych łąk. Do najbliższego miasta było bardzo daleko i nikt nie zapuszczał się w pobliskie rejony. Zbliżał się wieczór, kiedy zbierały się inne ważniejsze wiedźmy. Do Osetii dołączyły Akra, nauczycielka zielarstwa, Brit, nauczycielka emocji, Lona, nauczycielka ezoteryki i iluzji, czy Brama, która uczyła podstaw magii. Wokół nich zebrały się wiedźmy te młodsze i te starsze, a przyszłe wiedźmy, w tym Hora, stały wyróżnione w oddzielnej grupie.

To jest ten moment, na który czekała całe życie. W końcu dowie się, w jaki sposób można latać na miotle. W końcu będzie mogła nieść pomoc na czas i już do nikogo się nie spóźni. Taki przyświecał jej cel, kiedy wstępowała do misterium czarownic.

Osetia wyszła na środek rozpoczynając przemowę.

– Drogie koleżanki, jesteśmy tutaj, ponieważ w nasze grono przyjmujemy nowe wiedźmy. Każda z nich jest gotowa, żeby przejść inicjację i stać się wiedźmą. – Spojrzała w stronę przyszłych wiedźm, których oprócz Hory było jeszcze kilka. – Drogie adeptki podczas lat szkoleń wykazaliście się determinacją, miłością, a przede wszystkim współczuciem tak bardzo potrzebnym w dzisiejszym świecie. Dlatego uznałyśmy, że jesteście gotowe, aby stać się jednymi z nas i pomagać ludziom. W imieniu całego naszego zgromadzenia chciałabym wam pogratulować.

Klaskała, rozpoczynając tym samym burzę oklasków. Później uciszyła wszystkich.

– W takim razie posmarujmy nasze miotły i rozpocznijmy rytuał.

Ani słowa nie wspomniano o lataniu na miotle. Wciąż nazywano to rytuałem. Choć Hora cieszyła się wyróżnieniem, tak jednak wciąż czekała na wyjaśnienie w jaki sposób lata się na miotle. Wzięła stworzone maści i nałożyła grubą warstwę na trzonek miotły, tak samo jak zrobiły to pozostałe adeptki oraz wiedźmy będące przy Osetii.

Następnie, to co się stało zaskoczyło samą dziewczynę i pozostałe adeptki. Każda z wiedźm zrzuciła odzienie wierzchne i pochwyciwszy miotłę do ręki wsadziły je między krocze. Pozostałe adeptki równie dziwnie patrzyły na to i potrzebowały dłuższej chwili, żeby się przemóc. Pomagał w tym pełen zrozumienia uśmiech Osetii i pozostałych wiedźm.

Hora jako ostatnia ściągnęła z siebie odzienie, odsłaniając swoje ciało. Nim pochwyciła miotłę wyciągnęła również fiolkę z wyciągiem z ostropestu. Włożyła miotłę między krocze i podobnie jak pozostałe adeptki czekała.

Widziała, jak niektóre wiedźmy zaczynają się kiwać, a niektóre wręcz traciły czucie na nogach. Tak samo działo się z Osetią. Adeptki po dłuższej chwili też się chwiały, początkowo nieznacznie, ale później coraz bardziej i bardziej.

Nagle się o tym przekonała. Miała wrażenie, że jej świat zaczął wirować. Ziemia stała się jakaś płynna i stopy się w niej zapadały. Spoglądała na inne adeptki i wiedźmy i zamiast nich widziała jakieś przyjazne postacie. Jedne przypominały rusałki ze skrzydłami, inne jeszcze miały wystawione rogi na głowie przypominając tym samym jednorożce, a jeszcze innym gałki oczne przypominały wielka plamę koloru jasnego, najczęściej żółtego lub pomarańczowego.

– Hora, ale masz piękne skrzydła.

Dotknęła ją jedna z adeptek na co dziewczyna upuściła miotłę i odskoczyła przestraszona. – Jakie skrzydła? O czym ty mówisz? Przecież jestem człowiekiem takim samym jak ty. – Pomyślała, a następnie spojrzała na łąkę, gdzie Osetia wraz z pozostałymi wiedźmami biegała po łąkach radośnie śpiewając, skacząc i nie przejmując się niczym.

Gdy miotła spadła halucynacje, które dopadły Horę nie przybierały na sile, ale też nie słabły. Jednak udało jej się zachować na tyle świadomości, żeby przypomnieć sobie o fiolce z ostropestu. Natychmiast go otworzyła i wypiła całą jego zawartość.

Z biegiem czasu wirujący świat spowalniał. Kręcenie w głowie ustawało, na korzyść narastającego bólu głowy. Gdy świat przestał wirował odnosiła wrażenie, jakby cały czas ktoś tłuczkiem walił ją po głowie, a gdy zmysły z powrotem się wyostrzyły spoglądała na rytuał, który przybierał teraz postać skaczących i weselących się wiedźm. Każda z nich miała miotły przy sobie i wyglądały, jakby były w innym świecie.

– Chwileczkę, a gdzie latanie na miotle? – spytała, lecz jej pytania nikt nie usłyszał. – Dlaczego nie latacie?! – krzyknęła, na co początkowo nikt nie zareagował. Podbiegła do nich i złapawszy pierwszą z nich powtórzyła pytanie.

– Przecież latamy Hora, nie widzisz nad jakimi przestworzami się znajdujemy?

Dziewczynę zgięło. Podbiegła do kolejnej, lecz odpowiedziała jej tak samo, później do jeszcze jednej i dostała tę samą odpowiedź. Nie mogąc zrozumieć co się dzieje złapała Osetię, która spokojnie i zrelaksowana jej odrzekła.

– Właśnie jestem na przestworzach i latam między chmurami. Chodź dołącz do mnie.

Cały czas stała na ziemi, biegała i skakała. Przewodnicząca wyciągnęła do niej rękę, ale Hora nie pochwyciła niej, na co Osetia nie przejmując się jej odmową skakała między kłosami zbóż i traw.

Odpowiedź Osetii zgięła dziewczynę. Patrzyła na rytuał, który polegał na skakaniu, bieganiu pod wpływem halucynacji powstałych z maści.

Historia o lataniu okazała się wielkim kłamstwem.

 

 

Jeśli spodobało Ci się ta część opowiadania, to zapraszam Cię do sprawdzenia powieści wydanych przeze mnie. Kliknij w poniższe logo, aby się przenieść do mojego sklepu.

Część 2 – Wiedźmy, Czarownice, Szeptuchy

Część 2 – Wiedźmy, Czarownice, Szeptuchy

Przyszło do niej dwóch postawnych mężczyzn nie zadowolonych z przydzielonego im zadania. Wyszli z miasteczka. Spacerując w pobliżu palisady wypatrywała jakiegoś sznura korników wchodzących do miasta. Dotykając ziemi wyczuła wilgoć. Trawa też leżała, jakby wcześniej była przygnieciona ogromnym ciężarem.

– Czujecie wilgoć?

– Tak, to normalne, kiedy rzeka wylewa, to dochodzi aż pod mury.

Spojrzała w tamtą stronę i rzeczywiście za lasem płynęła rzeka. Z daleka wydawało się, że nie miała silnego nurtu, aby zalać zarówno cały las i dotrzeć aż pod palisadę.

– Jak często wylewa rzeka?

– Mniej więcej raz na kwartał.

To by tłumaczyło, dlaczego w pobliżu nie ma żadnych zwierząt, jednak owady powinny uprzykrzać życie mieszkańcom. Miały idealne ku temu warunki, a mimo to ich nie było. Dlaczego? Podeszła do lasu próbując poznać odpowiedź. Silne drzewa mające twardą podstawę trzymały się bez oporów, te słabsze oparły się wodzie i zaczynały pękać. Poszukiwała wśród nich korników, lecz nigdzie żadnego nie było. Nie były zainteresowane tego rodzajem drewna, ale za to konsumowały te, które było w Bori.

– Co je wyróżnia? – spytała samą siebie.

Obserwując poszczególne drzewa zauważyła jedno z cienkim pniem twardo trzymało się podłoża. Podeszła do niego i oparłszy się o nie szybko przechyliło się w inną stronę. Popchała mocniej, na co drzewo z łatwością poddało się jej sile.

– Macie linę ze sobą? – Jeden z nich wyciągnął gruby powróz. – Możecie przywiązać go wokół drzewa, a następnie pociągnąć tak bardzo, jak to możliwe?

Przywiązali wokół drzewa i ciągli w drugą stronę, tak, że jej korony drzew aż sięgały ziemi. Odsunąwszy się na bezpieczną odległość puścili ją, a drzewo przechylało się z jednej strony na drugą, ale nie ułamało się. Powtórzyli eksperyment jeszcze kilkukrotnie i za każdym razem drzewu nic się nie stało. Zdziwili się zarówno jej pomocnicy, jak i ona sama. Po raz pierwszy miała do czynienia z tak twardym a jednocześnie tak giętkim drewnem. Wyciągnęła nóż i po długiej walce z korą pnia odłupała jego część.

Zbliżała się wieczorna pora, kiedy wrócili do miasteczka. Tuż przed wejściem do niego czekał Barwin, którego tym razem wyminęła nie składając żadnych wyjaśnień. Weszła do świątyni i położyła drewno tuż przy siedlisku korników znajdującym się najbliżej ołtarza. Później wsypała do sakiewki kilkanaście korników i wróciła do lasu, gdzie położyła je przed uciętym drewnem. Dopiero, kiedy ponownie wróciła do miasteczka rzekła do zarządcy.

– Skoro korników nie chcecie przegonić, to może mam inne rozwiązanie. Muszę jedynie przekonać się, czy korniki jedzą ten typ drewna.

Nie czekając na jego odpowiedź wróciła do gospody Karina, gdzie po zjedzeniu sytej kolacji usnęła czekając na jutrzejszy dzień.

 

Wstała przed nastaniem świtu. Chciała jak najszybciej sprawdzić, czy korniki lubią ten typ drewna. Weszła do świątyni i nie zauważyła, aby nawet kawałek był nadgryziony. Skupiły się na drewnie znajdującym się wokół świątyni. Wybiegła z niej i pędem ruszyła do giętkiego drzewa. Dobiegłszy do niego również zauważyła, że nie zostało naruszone przez insekty.

Miała rozwiązanie, teraz musiała je przekazać Barwinowi, a co oni z tym zrobią, to już nie jej sprawa. Wróciła do miasteczka i dostrzegłszy, że jego zarządca krząta się po okolicy zaczepiła go.

– Mam rozwiązanie. – zaczęła bez ogródek. – Musicie zmienić drewno z którego budujecie domy.

Satyr niechętnie spojrzał na nią, zmuszając go do kosztownej renowacji domów.

– Jesteś przekonana, że to drewno nie będzie się łamało i domy nie będą się zapadać?

– Możesz spytać tych, którzy byli wtedy ze mną, to ci powiedzą, jakim próbom je poddaliśmy.

Wciąż przetrawiał jej rozwiązanie. Cokolwiek o niej niemiłego myślał, to musiał przyznać, że to rozwiązanie było rozsądne. Oczywiście, jeśli się powiedzie.

– Dziękuję, powiesz co to za drewno? – Podała mu kawałek. – Palma zwyczajna. Sprawdzimy ją.

– A co z naszą umową? Miałeś mi powiedzieć, gdzie znajdę Daturę.

Satyr zlustrował ją groźnym spojrzeniem. Wiedźma śmiała go o coś prosić? Początkowo chciał na nią wyskoczyć, jednak przypomniał sobie o zawartym układzie.

– Za tymi górami. – Wskazał pasmo gór będących za rzeką. – Tam jest mnóstwo datury.

Skinąwszy głową bez pożegnania opuściła miasteczko. Przeszła przez las, następnie przeprawiła się przez rzekę, a później przed samymi górami znów był las w którym się zatrzymała. Zebrała jagody z pobliskiego krzewu, upolowała małego zająca, a następnie oprawiwszy go zjadła. Nim ruszyła dalej pobyła jeszcze chwilę w tym lesie. Dźwięk natury uspokajał ją, zwierzęta do niej lgnęły i ona do nich również. Wiedziała, że mają więcej empatii, niż ludzie i chociaż zabiła jednego z nich, to nie przeraziła tym pozostałe. Osetia, przewodnicząca misterium wiedźm, natychmiast zrugałaby ją za zabijanie zwierząt, jednak samo spożywanie warzyw i owoców nie wystarczało jej. Zawsze była głodna, nawet po solidnej ilości warzyw, dopiero jak posiłek doprawiła mięsem, wtedy była pojedzona. Gryzło ją sumienie z tego powodu, lecz nie dała rady oszukiwać swojego ciała.

Wypocząwszy i zjadłszy solidnie wstała i zmierzała w dalszą drogę. Zwierzęta przechodziły w jej pobliżu nie zważając na to, że jest człowiekiem. Nawet malutki skowronek wylądował na jej ramieniu, na co czule i delikatnie pogładziła go po grzbiecie. Szeroko się uśmiechała, ponieważ zapowiadał się dobry dzień.

Wyszła na szczyt pobliskich gór i musiała przyznać, że widok na Bori oraz to co było wokół niego, a także na połacie lasów znajdujących się po drugiej stronie gór, robiły wrażenie. Jednak nie widziała żadnych krzewów datury. Miała nadzieję, że Barwin jej nie oszukał i znajdzie to po co przyszła. Z drugiej strony nie powiedział dokładnie gdzie za górami, jednak dookoła niej był niekończący się las, więc gdzie wśród nich miałyby wyrosnąć krzewy datury?

Jej instynkt nie wyczuwał kłamstwa w jego słowach, więc zszedłszy ze szczytu rozpoczęła poszukiwanie rośliny. Dostrzegła, że po drugiej stronie las był tak jakby martwy. Rosły tutaj same drzewa iglaste, nigdzie żadnych krzewów, igły, które spadały z koron drzew szybko wysychały i nawet zwierzęta jakby się pochowały.

– Nie podoba mi się ten klimat. – rzekła Hora, która z coraz to większą obawą obserwowała to otoczenie. Przemierzała przez nie, próbując odpowiedzieć sobie, czemu życie tutaj umarło. Musiała mieć pewność, że jest to normalna część życia w tych okolicach. Nawet wyschnięte lądy posiadały swój krąg życia, a tutaj wyglądało, jakby ktoś na siłę go zaburzył.

Jeśli tak, to pewnie za chwilę zrozumie czemu.

 

Dalsza część opowiadania poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

 

Spacerując po lesie pojawiło się pierwsze mniejsze drzewko, którego liście występowały na samej koronie, a spod liści ciągnęły się w dół kwiaty przypominające kielichy z zaostrzonymi końcówkami. Przybrały one kolor czerwony i gdy przystawiła do nich nos to wręcz ją mocno odrzuciło, a przez chwilę czuła się sparaliżowana i nie mogła się poruszyć. Jej twarz natychmiast zzieleniała, nozdrza próbowały pozbyć się trucizny, a w żołądku czuła, jakby powstało tornado, którego efektem było zwrócenie pozostałości po śniadaniu.

Po dłuższej chwili walki z oparami kwiatów w końcu wróciła do pełnej sprawności. Wiedziała z czym miała do czynienia i gdy to zrozumiała, z powrotem przybrała wesoły wyraz twarzy. Znalazła tak bardzo potrzebną daturę, nim zaczęła zbierać jej kwiaty założyła chustę na głowę przykrywając oczy, nos i usta, a na ręce ubrała rękawice.

– Znalazłaś.

Natychmiast odwróciła się w stronę źródła dźwięku podnosząc ręce w obronnym geście. Poznała ten głos, a gdy ściągnęła chustę miała potwierdzenie swoich przemyśleń.

– Barwin? Co tutaj robisz?

– Zastanawiałem się, czy znajdziesz tą trującą roślinę i dasz nam święty spokój.

– Dlaczego mnie tak bardzo nie lubisz? Co ja ci takiego zrobiłam? Pomogłam z walącymi się domami, a ty nadal traktujesz mnie z niechęcią, a wręcz z nienawiścią.

– Każda wiedźma jest zagrożeniem dla tego świata i należy was jak najszybciej wytępić.

– A to z jakiego powodu? Chyba nie dlatego, że pomagamy innym tak jak umiemy?

– Wasza pomoc to jest spłacanie długu, poprzez wasze krzywdy, które wyrządziliście.

– O jakich krzywdach ty mówisz? Chyba nie masz na myśli tych …

– Nie! Nie mam  na myśli walących się domów! A to ile istot żeście zamordowały i mordujecie nadal.

Przyszła wiedźma zbladła. Wiedziała, że nigdzie nie jest mile widziana i różne uwagi na swój temat słyszała, jednak po raz pierwszy ktoś oskarżył ją o morderstwo.

– O czym ty mówisz? – uspokoiła się.

– O czym ja mówię? Doskonale powinnaś wiedzieć, kto cię uczy na wiedźmę. Stworzone jesteście do zabijania.

– Możesz mówić konkretnie, a nie uraczać mnie ogólnymi stwierdzeniami? – rzekła spokojnie wiedząc, że satyr skrywa wielki ból w sobie, który wyrządziła jedna z wiedźm. Próbowała mówić tak łagodnie, jak tylko potrafiła. – Nie wiem co się stało – wykonała krok w jego stronę – nikogo nie będę bronić, ani usprawiedliwiać – kolejny krok, na który Barwina zamurowało – jednak powiedz mi, o czym mówisz, ponieważ chciałabym wiedzieć skąd ta nienawiść?

Satyra zagięła delikatność przyszłej wiedźmy. Wiedział, że są mądre i parają się magią i choć nie wiedział skąd pochodziła ich wiedza, to jednak zawsze podpowiadały mądrze.

– Podchodzisz mnie jakoś, chcesz abym powiedział co się stało, tylko po to, aby wszystkiemu zaprzeczyć prawda? Cały czas to robicie, a potem atakujecie w czuły punkt.

Zatrzymała się.

– Wiesz dlaczego chcę zostać wiedźmą? – Zdziwiła go tym pytaniem, lecz nie przerywała. – Kiedy byłam mała pomagałam rodzicom w pracach domowych. Byli radosnym i zgodnym małżeństwem, choć nie idealnym. Pewnego dnia była burza i piorun uderzył w nasz domek, z racji, że był drewniany, to ogień szybko go zajął. Uderzenie było na tyle silne, że mama i tata momentalnie stracili przytomność. Wbiegłam do domu i próbowałam ich wyciągnąć, ale z racji, że miałam sześć lat to nie miałam siły. Mimo to siedziałam w płonącym domu i próbowałam jakkolwiek im pomóc. Mało sama nie spłonęłam. – Podciągnęła długą tunikę i odwróciła się do niego plecami, pokazując mu blizny z oparzeniami. Ze skrzywionym grymasem odwrócił głowę.

– Co się działo dalej? – zapytał z przestrachem obawiając się dalszej historii.

– Krzyczałam o pomoc, ale nikt mnie nie usłyszał. Dopiero po dłuższej chwili, jakiś przypadkowy mężczyzna zauważył płonącą chatę i podbiegł na pomoc. Wpadł do środka i wyciągnął nas wszystkich. Ja przeżyłam, rodzice nie.

– Przykro mi. – rzekł Barwin, który nie wiedział jak się zachować w tej sytuacji.

– Ja nie dostałam tej pomocy, której tak bardzo potrzebowałam. – Odetchnęła wyrzucając z siebie ten ciężar. – I temu czuję potrzebę pomocy na czas, aby nikt nie otrzymał jej za późno.

Zmienił temat.

– Do czego potrzebujesz datury? Przecież to trująca roślina i mało sama nie umarłaś od jej oparów.

Wychodziło, że obserwował ją od dłuższej chwili.

– Potrzebuję jej, bo to ostatni składnik potrzebny do latania na miotle.

Barwin lekko się uśmiechnął.

– Latanie na miotle? Czy ty mówisz poważnie?

– Tak, co w tym niepoważnego?

– Przecież już wiadomo, że latanie na miotle, to jest bujda uprawiana przez bajarzy. Nigdy nikt nie latał.

– Bzdura, wielokrotnie w zapiskach w misterium czarownic mieliśmy informacje o lataniu na miotle uprawiane przez nasze koleżanki.

– To dlaczego nie ma żadnej wiedźmy, a nawet kogokolwiek, kto latałby na miotle? – Nad tym dziewczyna nigdy się nie zastanawiała i nie miała odpowiedzi. – Właśnie. To jest bzdura, w którą już nikt nie wierzy.

– Rozumiem, że masz dowody popierające twój osąd?

– Nie mam. – Spod pazuchy wyciągnął jej kilka kwiatów małej fioletowej roślinki z kolcami.

– Po co mi ostropest plamisty?

– Przekonaj się na własnej skórze na czym polega to latanie na miotle. Kiedy już przygotujesz wywary z datury i innych składników, to nim zacznie działać wypij wywar z ostropestu. Zobaczysz całą prawdę o lataniu.

Następnie odszedł zostawiając Horę zamurowaną. Nie dowiedziała się, co wiedźmy mu złego zrobiły, a dokładniej, co Osetia mu zrobiła. Wspomniał o niej. Zastanawiała się, co takiego mogło ich poróżnić?

Zerknęła na kwiat ostropestu. Po co go jej dał? O czym miała się przekonać? Czemu nie wierzył w umiejętność latania na miotle? Przecież od wielu lat jest to praktykowane w misterium wiedźm. Nigdy nie uczestniczyła w pokazie latania dokonywanym przez jej siostry i inne wiedźmy, jednak wstęp miały tylko wiedźmy.

Przed nią pierwszy rytuał latania na miotle. Nie mogła się go doczekać, choć równie mocno chciała poznać odpowiedzi na pytania, które cały czas siedziały jej w głowie.

 

 

Jeśli spodobało Ci się ta część opowiadania, to zapraszam Cię do sprawdzenia powieści wydanych przeze mnie. Kliknij w poniższe logo, aby się przenieść do mojego sklepu.

Część 1 – Wiedźmy, Czarownice, Szeptuchy

Część 1 – Wiedźmy, Czarownice, Szeptuchy

Hora długo poszukiwała Bori. Momentami miała wrażenie, że miasto jest wręcz mityczne, bo gdziekolwiek nie pytała o nie, nikt nic nie wiedział. W końcu w jednej z prowincji Królestwa Rozżarzonego Ognia dowiedziała się o nim, że znajdowało się tuż przed górami Słońca. Były naturalną granicą między królestwem, a dzikimi ludami. Jak zrozumiała z relacji innych Bori było miastem odludnym i nieczęsto odwiedzanym przez przybyszy. Z tego względu domyśliła się, że mieszkańcy nie będą na nią przychylnie patrzyli, zwłaszcza, że jest uczennicą z Misterium Wiedźm.

Przeszła przez Płaskie Wzgórza i widziała miasto założone na podstawie koła. Wokół niego postawiono drewnianą palisadę, powyżej której wystawały dachy domów. Przed wejściem do miasta stało dwóch wysokich strażników.

– Nie wejdziesz niewiasto. – rzekł jeden z nich, gdy zbliżała się pod mury miejskie.

– Potrzebuję tylko uzyskać informację i już mnie nie ma.

Zlustrował ją z góry na dół.

– Podwiń rękawy. – Niechętnie je podwinęła. – Wiedźm nie wpuszczamy.

– Nie jestem wiedźmą, tylko uczennicą, mam jeden pierścień wokół ramienia nie dwa. – Wskazała swoje blizny po oparzeniach. Każda uczennica musiała mieć wypalony pierścień wokół ręki, żeby wiedziała o swoim celu życiowym.

– Czy ja mówię niewyraźnie? Wiedźm nie wpuszczamy.

Nie miała ochoty na dalszą kłótnię. Wcześniej czy później i tak wejdzie do środka. Odeszła od bramy i poszła do pobliskiego lasu, w którym skupiła się na dźwiękach natury. Obserwowała drzewa, liście, krzewy, zbierała rośliny, z których mogła tworzyć napary, i inne zioła. Uplotła sobie wianek i żeby się odprężyć położyła się i odpłynęła myślami.

– To ty jesteś tą wiedźmą, która chciała wejść do miasteczka?

Według nich uczennica nie różniła się od samej wiedźmy. I jedna i druga była tak samo mile niewidziana. Spodziewała się, że w końcu ktoś po nią przyjdzie. Chociaż wszędzie budziły niechęć, to jak potrzebowano pomocy, to o nie je proszono. Otworzyła oczy i spojrzała na wyrośniętego satyra stojącego przed nią. Wiekowo mógłby być jej ojcem, tylko rogi na głowie wyróżniały go od człowieka.

– Zgadza się. Aczkolwiek jestem uczennicą nie wiedźmą.

– Wiem, zauważyłem jedną bliznę na ramieniu. – Zapomniała ją zakryć. – Potrzebujemy twojej pomocy.

Natychmiast przerwała odpoczynek. Satyr wyglądał na zmartwionego, natomiast Hora szeroko się uśmiechnęła.

Przeszli przez bramy miasteczka i pierwsze co zauważyła to wysokie zabudowania, które nie posiadały swoich fundamentów. Były osadzone na szczudłach, które wchodziły w ziemię, a między podłogą a ziemią była jeszcze przestrzeń przez którą przeczołgałby się człowiek, lub inne większe zwierzę. – Jakim cudem te domy wytrzymują? – zastanawiała się dziewczyna.

Później skupiła wzrok na mieszkańcach. Większość z nich nosiła skóry zwierzęce, jakby dopiero co wyszli z jaskini i uczyli się żyć poza nią. Pozostali narzucili zwykłe tuniki. Wszyscy byli wyrośnięci i umięśnieni, jakby ich głównym celem była walka z niedźwiedziami.

Minęli posąg, który przedstawiał kornika. Pierwszą małą istotę, którą zobaczyła, już poddano czcią. Rozglądając się nie zauważyła innych małych zwierząt, oprócz tych szkodników, których było tu na pęczki.

Doszli do budynku, który był wyższy niż inne. Na jego dachu również wyrzeźbiono kornika, a przed wejściem postawiono kilka palenisk i dwóch mnichów mających długie szaty i wykonujących mostek.

Wszedłszy do środka zrozumiała, że korniki traktowano jak istotę kultu. Wybudowano ołtarze przed nimi, a przed każdym złożono ofiarę w postaci kilku belek drewna. Na samym środku pomieszczenia mostek wykonywało kilkunastu mężczyzn. Wydęła oczy spoglądając na nich.

– Prosimy cię, abyś wykonała mostek tak samo, jak ci mężczyźni.

Dziewczyna spojrzała na satyra nie wiedząc czego od niej wymaga. W Misterium Wiedźm skupiała się na zdobywaniu wiedzy i nigdy nie była dobra w ćwiczeniach fizycznych, przez co jej ciało było mocno wychudzone i szybko się męczyła. Jednak zdawała sobie sprawę, jak ważne są rytuały dla mieszkańców. Dlatego położywszy się na podłodze zgięła nogi, ręce, a następnie podniosła swój tułów tworząc mostek.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie poruszał. Początkowo Hora dzielnie znosiła trud ćwiczenia, jednak po dłuższej chwili jej ręce i nogi trzęsły się coraz bardziej. Pot intensywnie wychodził na skórę, a w myślach błagała, żeby skończyli, bo dłużej tej męki nie zniesie.

Chwilę później mężczyźni lekko i swobodnie położyli się na ziemi, a następnie usiedli, natomiast Hora z głośnym tupnięciem upadła na podłogę dysząc jak po przebiegnięciu kilku kilometrów.

– Wybacz wiedźmo – rzekł Satyr tonem poważnym i pozbawionym empatii – nim rozpoczniemy jakiekolwiek obrady to zawsze wykonujemy ten rytuał.

 

Dalsza część opowiadania poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

 

 

Już się nie dziwiła, że tak łatwo im to wychodziło. Odetchnąwszy głęboko usiadła razem z nimi. Wciąż była cała czerwona, lecz nadal się uśmiechała.

– Prosiliście mnie o pomoc?

– Zgadza się. Mamy problem z rozpadającymi się domami i potrzebujemy twojej pomocy.

– Nie wiem, czy będę w stanie pomóc. Mam stać się wiedźmą, a nie budowniczym.

– Domy nie rozpadają się z przyczyn naturalnych, tylko magicznych, a skoro jesteś wiedźmą, no to znajdziesz przyczynę czemu się rozpadają.

Już nie miała ochoty tłumaczyć, że jest uczennicą. Najwidoczniej oni lepiej wiedzieli kim jest, więc nie zamierzała się sprzeczać.

– Zrobię co w mojej mocy, ale mam warunek. Potrzebuję dowiedzieć się, gdzie rośnie datura.

Satyr spojrzał na nią, jakby prosiła o jakąś herezję.

– Po co ci ta trucizna?

– To już moja sprawa – ucieszyła się, że w końcu ktoś coś wiedział – tak więc pomogę wam rozwiązać sprawę z rozpadającymi się domami, a wy mi wskażecie gdzie znajdę daturę.

– Niech więc tak będzie.

– Gdzie w takim razie mogę przenocować? Czuję, że na rozwiązanie tego problemu potrzebuję więcej czasu niż jeden dzień.

– Możesz spytać Karina o nocleg, to gospodarz karczmy znajdującej się na północnym wschodzie osady. Jeśli nie będzie miał miejsc, wtedy musisz zdać się na siebie.

Nie liczyła na pozytywną odpowiedź, a mimo to ją otrzymała. We wcześniejszych miasteczkach kazali jej spać na świeżym powietrzu, a gdy spytała o nocleg obruszali się. Wyszła z budynku przypominającego świątynię i widząc, że dzień zbliżał się ku końcowi, poszła spać.

Niespokojnie spała tej nocy. Miała sen, w którym leciała na miotle i uderzyła w drzewo, co ją momentalnie zbudziło. Każdy sen miał swoje znaczenie i przez pozostałą część nocy próbowała odkryć jego sens. Skończyła, gdy pierwsze promienie słońca wpadały do jej pokoju. Spojrzawszy przez okno dostrzegła właściciela gospody spoglądającego na nią. Z wściekłością wstała, podeszła do okna i zasłoniła je, na co on rzekł.

– Barwin chce cię widzieć w pracy. Nie dał ci noclegu za darmo.

Nie odpowiedziała. Ubrała zwiewne szaty, nałożyła maść konopną na skórę i wyszła z gospody. Mieszkańcy patrzyli na nią, jak na wybryk natury, z którym nie można się zadawać. Na zewnątrz czekał na nią satyr.

– Czas do pracy. – rzekł Barwin.

Mimo, że już dwóch mieszkańców niechętnie ją witało, to ona odpłaciła im się uśmiechem. W Misterii Wiedźm uczono ją, że każdą obelgę należy przyjmować z radością, bo tylko słabi darzą innych niechęcią. Zaprowadził ją na tyły miasteczka, gdzie jeden z domów zawalił się.

– To ten dom runął się pierwszy. Czekamy na wyjaśnienia.

Następnie zostawił ją. Oczywiście nie pozwolił jej działać w samotności, dlatego było przy niej kilku postawnych mężczyzn, którzy obserwowali każdy jej krok. Przypatrzyła się zawalonemu domowi. Wyciągnęła wszystkie połamane drewna i ustawiła je w oddzielne kupki. Jedne pochodziły z podłogi, drugie od ścian, a jeszcze inne podtrzymywały dom. Poprosiła mężczyzn o pomoc, ale natychmiast pokręcili głowami. Najwidoczniej nie tylko przebywanie w pobliżu wiedźmy jest niebezpieczne, ale również dotykanie rzeczy, których ona dotknęła.

Intuicja podpowiadała jej, że dom się zawalił ze względu na jego wysokość i któraś ze ścian nie wytrzymała. Zdawała sobie sprawę, że takie tłumaczenie nie wystarczyłoby.

– Powiecie mi, dlaczego budujecie tak wysokie domy? – Odpowiedziała jej cisza. – Czy Barwin zabronił Wam również ze mną rozmawiać? – Ponowna cisza, po której zwątpiła z zadawania dalszych pytań. Miała nadzieję, że upokorzenie będzie opłacalne i powiedzą jej, gdzie jest Datura.

Wróciła do obserwacji zniszczonego domu. Ściany nośne nie złamały się, zewnętrzne też nie, nawet podłogowe były stabilne. Zatem rozwiązanie musiało być gdzie indziej. Wstała i zaczęła spacerować próbując zebrać myśli. Drewno same z siebie się nie łamie. – Chyba, że coś je mocno osłabiło. – Doszła do wniosku i popatrzyła na pierwsze z nich, które nie było równo ucięte, wręcz postrzępione, jakby ktoś je przeżarł.

– Korniki. – Natychmiast zrozumiała, że to one są problemem.

Nim powzięła pomysł, aby skonsultować się z zarządcą miasteczka satyr podszedł do niej z garnkami.

– Śniadanie przyniosłem. – zaczął niechętnie.

Gdy wspomniał o jedzeniu zaburczało jej i natychmiast zabrała się za jedzenie. Chociaż było to wrzuconych kilka jajek na ruszt z grzybami i sokiem malinowym, to ucieszyła, że ktoś o niej pomyślał.

– Serdecznie dziękuję. – rzekła z uśmiechem. – Mam pewną teorię dzięki czemu domy się zapadają. Wszystkiemu winne są korniki, to właśnie one …

– Nie bluźnij! – Wzdrygnęła się. Spodziewała się zdecydowanej reakcji, ale nie aż takiej. – To święte istoty i pomagają nam w codziennych zadaniach. – Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. W jaki sposób kornik mógł pomagać? – Przejdź się po naszym miasteczku, wtedy zrozumiesz, że to właśnie dzięki tym istotom nasze miasteczko tak się rozwinęło po powodzi.

– Po jakiej powodzi?

– Wejdź do świątyni to się dowiesz. Teraz nie mam czasu na tłumaczenie, a ty nawet nie próbuj czegokolwiek robić tym świętym istotom!

Opuścił ją zostawiając ze śniadaniem. Nic z tego nie rozumiała. – Korniki wykorzystuje się w codziennych zadaniach? – Nie mogła tego pojąć. Wstała i przechadzała się po miasteczku, próbując zrozumieć pożyteczność tych szkodników. Dopiero, gdy dokładniej przeglądała się miasteczku i jego mieszkańcom dostrzegła, że tutaj do wszystkiego wykorzystuje się drewno. Nawet do rzeźbienia wykorzystują drewniane dłuta. Tylko kto im je ostrzy? Skoro nie mają żadnego metalu, ani noża, to dlaczego narzędzia i przedmioty są tak dobrze wyrzeźbione? Musieli zamawiać w innych wioskach, gdzie nie podchodzi się do drewna z taką czcią.

Weszła do świątyni i dostrzegła tablice, w których został wyryty jakiś tekst. Podeszła do nich i okazało się, że pisały właśnie o wspomnianej powodzi.

Historia działa się sprzed trzydziestu lat, kiedy mieszkańcy budowali domy z dębu. Przybyła powódź i zmiotła wszystkie domy z powierzchni, tak, że mieszkańcy musieli na nowo stawiać miasto. Okazało się, że jedyne drewno, jakie powódź przyniosła nie dało się ciąć przez metalowe narzędzia. Gdy wydawało się, że mieszkańcy miasteczka skończą bez dachu nad głową, wtem jeden z nich dostrzegł, jak jedna z belek drewna przełamała się na pół. Spojrzeli w nią, a w środku były święte korniki, dzięki czemu mieszkańcy wykorzystali je do budowy domów.

– I to temu te korniki są święte, bo wyżerają drewno? – zrozumiała Hora, co dla niej było nie do pomyślenia.

Rozglądając się po świątyni dostrzegła wiele insektów spacerujących po podłodze, ścianie, suficie, przez ołtarze i wszystko, co znajdowało się w ich pobliżu. Widziała przeżarte elementy drewna i spodziewała się, że za chwilę również i świątynia się zawali. Wyszła na zewnątrz, gdzie czekał na nią Barwin.

– I co teraz zrozumiałaś, czemu korniki są świętymi istoty?

– Nie i dzięki waszej głupocie wyznajecie szkodniki, które przyczyniają się do waszej zguby.

Barwin poczerwieniał ze złości i miał ochotę rozszarpać przyszłą wiedźmę. Podszedł do niej z palcem wskazującym wymierzonym w jej kierunku.

– Spróbuj im coś zrobić, to będziesz sądzona za zbrodnie przeciwko człowiekowi i zbezczeszczeniu obiektu kultu. Czy dobrze się rozumiemy?

Zacisnęła zęby. Wychodziło na to, że spędzi tu więcej czasu, niż zamierzała. Zapowiadały się kolejne dni w towarzystwie osób, w których wywoływała niechęć i odrzucenie. Sytuacja zaczynała ją denerwować.

– W takim razie muszę sprawdzić, skąd te korniki przychodzą. – rzekła niechętnie.

– Spróbuj im coś zrobić, to …

– Nic im nie zamierzam robić! Chcę tylko sprawdzić, skąd ich tu tyle. Wydaje mi się, że pochodzą spoza Bori.

Satyr niechętnie się na to zapatrywał.

– Dobrze możesz iść, ale przydzielę ci towarzystwo, na wszelki wypadek, gdybyś chciała coś zrobić kornikom. Czekaj tutaj.

Usiadła na schodach przed świątynią zastanawiając się nad potencjalnym rozwiązaniem. Jej tok myślenia natychmiast skierował się w kierunku powodzi. Rozejrzała się po miasteczku i nie dostrzegła żadnych efektów ubocznych. Racja, od tamtych wydarzeń minęło dużo czasu i przyroda mogła wrócić do swojego rytmu, jednak po powodziach zazwyczaj występowała chmara owadów, a tutaj oprócz korników żadnych nie zauważyła. Oczywiście miała przy sobie olejki z goździków i tymianku, które skutecznie odstraszały komary, jednak nikt z mieszkańców nie odganiał się od much i innych insektów. Zdziwiło ją to.

 

 

Jeśli spodobało Ci się ta część opowiadania, to zapraszam Cię do sprawdzenia powieści wydanych przeze mnie. Kliknij w poniższe logo, aby się przenieść do mojego sklepu.

Relacja ze spotkań autorskich

Poniżej przedstawiam relację zdjęciową ze spotkań autorskich:

2025

Radecznica 24 października

Ręczno 22 października

Sulmierzyce 22 października

Iłża 17 października

Grodzisko Dolne 9 października

Giedlarowa 9 października

Leżajsk 8 października

Nowa Sarzyna 7-8 października

Łęki Szlacheckie 30 września

Chłopice 26 września

Działoszyn 25 września

Dobroszyce 24 września

Kobiela Wielka 23 września

Kodręba 23 września

Wielgomłyny 23 września

Naruszewo 10 czerwca

 

Jarosław 5 czerwca

Kleszczewo 3 czerwca

Ryczywół 2 czerwca

 

Brody i Pawłów 29 maj

Rząśnia 28 maj

Kornowac 20 maj

Rozprza 16 maj

Kędzierzyn-Koźle 15 maj

Radomyśl Wielki 14 maj

Szewnie 12 maj

Dynów 9 maj

Jejkowice 7 maj

Szczawno-Zdrój 6 maj

Pobiedziska i Biskupice 5 maj

Dzierzążnia i Nowe Kucice 9 kwietnia

Naruszewo 8 kwietnia

Załuski 7 kwietnia

2024

 

Słupno 10 grudnia

Lelów 6 grudnia

Ujście 4 grudnia

Śrem 3 grudnia

Wolsztyn 2 grudnia

Radawnica 2 – 3 grudnia

Węgrów – 27 listopada

Nisko – 26 listopada

Brzeszcze – 22 listopada

Andrychów – 20 listopada

Lubowidz – 14 listopada

Krzepice – 23 października

Kłobuck – 22 października

Pawonków – 21 października

Kamienica Polska – 21 października

Szebnie – 18 października

Baranów Sandomierski – 16 października

Żory – 11 października

Warszowice – 9 października

Jeruzal – 1 października

Warszawa – Wawer 26 września

Samsonów 25 września

Mąchocice Kapitulne 24 września

Busko – Zdrój 23 września

Myślenice 13 czerwca

Baborów 24 maja

Strzelce Opolskie 10 Maj

Sędowice 24 Kwietnia

Rytwiany 23 Kwietnia

Kozy 18 Kwietnia

Goleszów 16 Kwietnia

Kuźnia Raciborska 15 Kwietnia

Polska Cerekiew 15 Marca

Babimost 13 Marca

Iłża 23 Luty

Bodzanów 15 Luty

Ostrołęka 13 Luty

Marki 12 Luty

Janowice – 13 grudnia

Zaniemyśl – 12 grudnia

Buk – 11 grudnia

Przeciszów – 4 grudnia

Puszcza Mariańska – 10 listopada

Turek – 7 listopad

Dąbie – 6 listopada

Trzciel – 26 października

Kłecko – 25 października 2023

Mrozy – 24 października 2023

Grzegorzew – 23 października 2023

Otwock – 20 października 2023

Chotomów – 18 października 2023

Sokołów Podlaski – 17 października 2023

 

Brudzew – 10 października 2023

Nowy Tomyśl – 5 września 2023

Jarocin

 

Kuślin

  

Bytom

Kozłów

Klucze

Krynica – Zdrój

 

Fragment Recenzji „W drodze do wolności” pełna treść histmag.org

Jak daleko może sięgać nienawiść do człowieka o innej narodowości? Czy osobiste krzywdy mogą zatrzeć różnice między walką narodowowyzwoleńczą i prywatną zemstą? W którym momencie ofiara przeistacza się w kata? Między innymi z takimi dylematami musi poradzić sobie kapral Krzysztof Wartecki, będący głównym bohaterem powieści Kamila Sobika o powstaniu wielkopolskim zatytułowanej „W drodze do wolności”.

Czytaj więcej: https://histmag.org/Kamil-Sobik-W-drodze-do-wolnosci-recenzja-i-ocena-24983

Pierwsze dwa rozdziały dostępne na stronie:
/i-rozdzial-w-drodze-do-wolnosci/
/ii-rozdzial-w-drodze-do-wolnosci/

II Rozdział: W drodze do wolności

20 grudnia 1918 – Poznań, Polska

Wojciech Korfanty nigdy nie podejrzewał, że to on jako pierwszy będzie powstrzymywał tych, którzy siłą chcą wydrzeć wolność dla siebie i swoich bliskich. Jednakże widział potężną armię niemiecką, która choć została poważnie osłabiona, to nadal stanowiła poważne wyzwanie. Wielokrotnie w siedzibach Polskiej Organizacji Wojskowej Zaboru Pruskiego powstrzymywał rewolucyjne zapędy, lecz w gdzieś w jego głowie tkwiła świadomość, że go nie posłuchają i wyjdą walczyć z okupantem.

– Wyjdźmy na ulicę, pokażmy Szkiebrom, że muszą się liczyć z naszym zdaniem. Nie jesteśmy ich sługusami, jesteśmy Polakami i należy nam się wolność.

Po takich słowach zawsze wybuchały gromkie wiwaty i tylko brakowało wystrzałów z mauzerów oraz indiańskiego krzyku, żeby niczym barbarzyńcy rzucić się do walki bez świadomości potęgi wroga.

– Nikt z nas nie wie, jakie są siły przeciwnika – tonował te nastroje Korfanty. – Armia niemiecka wciąż jest silna, a u nas nie ma zorganizowania. Wyskoczymy na nich z karabinami i co dalej?

– Będziemy podbijać miasto za miastem – oznajmił następny. – Będziemy im robić to, co oni robili nam.

Poseł do Reichstagu nie mógł tego słuchać. Popierał zbrojną rewoltę przeciwko wieloletniemu okupantowi, ale nie popierał sposobu, w jaki powstańcy chcieli walczyć o swoją wolność. Marzył o tym, że Polacy są kimś lepszym niż Niemcy, że nie zniżą się do stosowanych przez nich praktyk, aby pokazać swoją wyższość. Pomylił się – są tacy sami jak oni. Nienawiść wzbudza tylko nienawiść. Rozumiał ich odczucia, ale co potem? Każdy kraj ma jakąś strukturę, organizację, a na ten moment nie widać trzonu, na którym to wszystko może się oprzeć.

– Do niczego to nie prowadzi. Myślicie, że Niemcy odpuszczą wam tak łatwo, kiedy przejmiecie te miasta? Odpuszczą sto dwadzieścia trzy lata germanizacji naszych rodzin i dzieci? – Na chwilę zapanowała cisza. Poseł kontynuował: – Oficjalnie wciąż jesteśmy Niemcami i choć nam się to nie podoba, to taka jest prawda. Niemcy przegrały wojnę, Polska się odradza, ale Wielkopolska wciąż jest niemiecka i wszelkie nasze wystąpienia będą traktowane jako zamach stanu i w tym wypadku żaden dekret nas nie uratuje.

– Dosyć tej polityki! – Mieczysław Paluch, jeden z najbardziej zagorzałych zwolenników powstania, uderzył w stół. Wyglądał jakby był wiecznie zmęczony: podkrążone oczy, głębokie zmarszczki i twarz zniszczona wojną. Jedyne czego mu nie brakowało to energii. – Polityka tych ziem prowadzi do zniemczenia i nie uwzględnia naszych praw. Traktują nas jak bydło, więc czas im pokazać, że jesteśmy kimś więcej niż ich niewolnikami.

Korfanty nie mógł zabronić im walki zbrojnej, lecz na ten moment zbrojna rewolta była skazana na niepowodzenie. Niemiecka armia jest jedną z najlepiej zorganizowanych armii na świecie. Nie bez powodu broniła się sama na dwóch frontach przez cztery lata.

– Wiem, że gardzicie polityką, ale póki nie będziemy mieli solidnego trzonu, na którym oprze się przyszłe powstanie, dopóty nie wychodźmy z zamiarami na Niemców.

– Przyznaj się, jesteś tchórzem, Korfanty – oskarżył go Paluch. – Chcesz wolności, a nie chcesz walki? Inaczej nikt nam nie da tej wolności. Wyłącznie sami możemy ją im odebrać.

– Zarzucasz mi tchórzostwo?! Mam ci może przypomnieć, że jako jeden z nielicznych polskich posłów przemawiałem za naszą sprawą w Reichstagu? Byłem jedyną owcą wśród stada wilków, a mimo to, wiedząc, że zostanę przez nie pożarty, wystąpiłem i reprezentowałem wszystkich Polaków. Teoretycznie mógłbym żyć jak pan z pensji posła, a mimo to jestem tutaj z wami i pomagam wam zaplanować powstanie. Dlatego proszę mi nie zarzucać, że nie interesuje mnie los Polski!

Choć zazwyczaj ważył swoje słowa, to teraz nie mógł już wytrzymać. Nie walczył, jak wielu Polaków, za pomocą broni, tylko słów i choć wielu z nich gardziło takimi metodami, to jednak to właśnie one przynosiły największe sukcesy. Gdy się uspokoił i zarazem rewolucyjne głosy zostały uciszone, przemówił zdecydowanym głosem:

– Nie możemy teraz rozpocząć walki, bo nie jesteśmy na nią gotowi. Jako przedstawiciel Naczelnej Rady Ludowej zakazuję wam rozpoczynania wojny z niemieckim okupantem, póki się do niej nie przygotujemy. W połowie stycznia wszyscy powstaniemy i rozpoczniemy walkę o naszą wolność i o wolność wszystkich naszych dzieci.

– Dlaczego dopiero wtedy? – zapytał znów podporucznik Paluch. – Do tego czasu Niemcy będą mieli czas, aby się przygotować na nasz zryw i go stłumić.

– A skąd będą o nim wiedzieli? Oni mają swoje własne problemy w tym momencie i to nie tylko z armią. – Gestem dłoni uspokoił Palucha, który już chciał przerwać wypowiedź członka Rady. – Jednakże, jeśli jest sprawa, która jest ważniejsza niż wewnętrzne spory, potrafią się zjednoczyć i walczyć jako jeden w pełni współpracujący organizm. Dlatego na razie nie nawiązujemy walki z okupantem. Czy to jest jasne?

Początkowo nikt nie chciał się zgodzić ze słowami Korfantego. Rozglądali się po sobie, ale widząc, że żaden nie ma co powiedzieć, przyjęli rozkaz. Korfanty już chciał zakończyć spotkanie, lecz zadzwonił telefon. Zazwyczaj nadawca połączenia nie przekazywał pozytywnych informacji i teraz również większość zlękła się na myśl o kolejnym pesymistycznym donosie. Poseł spodziewał się, jakie informacje miał otrzymać, więc bez zbędnego strachu odebrał połączenie.

– Naczelna Rada Ludowa, Wojciech Korfanty przy telefonie. – Do zgromadzonych działaczy POW dochodziły szmery ze słuchawki, z których nie dało się zrozumieć żadnych słów. – Dobrze, rozumiem. Dziękuję Wartecki za informację. – Odłożył słuchawkę.

– No i co to za kolejna informacja? Szkiebry znowu coś planują? – spytał Paluch.

Korfanty spokojnie odwrócił się w ich stronę. Nie przekazywał im informacji, które nie zostały potwierdzone, dlatego nic nie wiedzieli o przyjeździe Paderewskiego. Kazał to trzymać w tajemnicy, póki informacja nie zostanie potwierdzona.

– Ignacy Paderewski, człowiek, którego nikomu z was nie trzeba przedstawiać, właśnie płynie statkiem H.M.S. Concord do Polski.

W serca działaczy POW wlała się nadzieja na lepsze jutro. Przyjedzie do nich wybawca narodu, ten, który osobiście przekonał prezydenta Stanów Zjednoczonych do umieszczenia w swoich czternastu punktach jednego, który mówił o powstaniu państwa polskiego. Bohater narodowy i mąż stanu właśnie zmierza do Polski.

– Chwileczkę… – Podporucznikowi Paluchowi nie udzielił się optymizm pozostałych. W przypłynięciu Polaka widział zagrożenie ze strony Niemców. – Jeśli Ignacy Paderewski przypłynie do Gdańska, to musi przejechać przez Wielkopolskę.

– Szkiebry na pewno coś wykombinują – dodał ktoś następny.

– Spokojnie – uciszył ich Korfanty. – Nie wiedzą o przyjeździe Paderewskiego. Misja jest trzymana w tajemnicy, więc uznajcie to za dowód mojego zaufania, że wam o tym mówię.

– Panowie, w takim razie czas na mobilizację wojsk i pokazanie wrogom, gdzie ich miejsce – zarządził podporucznik, a wszyscy entuzjastycznie ruszyli za nim.

– Właśnie dlatego wam nic nie mówiłem, bo wiedziałem, że od razu chwycicie za broń i pójdziecie na wojnę!

– A co? Mamy czekać aż Niemcy przechwycą Paderewskiego?

– Jeśli pójdziecie tam wszyscy, tylko dacie dowód na to, że mieli słuszność, powołując w Poznaniu oraz w całej Wielkopolsce oddziały Heimatschutzu. Nie dość, że wyjawicie poufne informacje o przybyciu wielkiego Polaka, to jeszcze dacie zaborcom powód do kolejnych aktów przemocy wobec Polaków. Tego chcecie?

Każdy z nich wiedział o działalności tej niemieckiej paramilitarnej organizacji, która miała za zadanie zwalczać wszelkie przejawy bolszewizmu oraz polskiego buntu na terenach Wielkopolski. Były to oddziały skrupulatne w działaniach i trudno było się do nich dostać. Selekcja była wyjątkowo rygorystyczna i każdy Polak odpadał już na początku.

– Jesteśmy prześladowani od wielu lat, zapomniałeś może o naszej historii? Cały czas walczyliśmy, a potem chcieliśmy stworzyć jeden wielki organizm gospodarczy i społeczny. I co z tego mamy? To, że pomagamy Niemcom zamiast samym sobie. W ten sposób nie odzyskamy wolności. I chyba dobrze o tym wiesz.

Wojciech zdawał sobie sprawę, że Paluch jest trudnym przeciwnikiem w negocjacjach, lecz czasami jego upór go zaskakiwał. Dla niego jedynym rozwiązaniem na wszystko jest walka i innej możliwości nie przyjmuje do głowy. Korfanty czuł się jak w naładowanej armacie, a Paluch był jej zapalonym lontem. Jeśli jakoś go nie ugasi, wtedy działo wystrzeli i to w najmniej odpowiednim momencie.

– Pojadę powitać mistrza Paderewskiego i spróbuję go przekonać do pojechania okrężną drogą do Warszawy. Wkurzymy tym Niemców i jednocześnie zgotujemy gorące polskie powitanie dla naszego wielkiego człowieka.

Podporucznik już się nie odezwał. Pozostali też milczeli, więc Korfanty uznał to za zakończenie zebrania i odesłał wszystkich na swoje stanowiska. Gdy wychodził na Stary Rynek w Poznaniu, zaczepiła go młoda kobieta.

– Przepraszam, panie Wojciechu. Też jestem za tym, by nie rozpoczynać powstania w tej chwili, zgadzam się z tym zupełnie, ale mam inne pytanie. Czy informacje o przybyciu Paderewskiego przekazał panu Krzysztof Wartecki?

Poznał tę dziewczynę i widząc ją, był zdziwiony, dlaczego była milcząca w trakcie posiedzenia POW. To Wiktoria Rodnas, długowłosa blondynka o niewinnym spojrzeniu. Wiecznie podkreślała swój kobiecy wygląd, dzięki czemu dostała pracę jako osobista sekretarka nadburmistrza Poznania Ernsta Wilmsa. Ukochana Krzysztofa Warteckiego.

– Dokładnie tak, to Wartecki przekazał mi tę informację. Jest razem z Paderewskim, więc będziecie mieli chwilę dla siebie.

Swoim promiennym uśmiechem potrafiła roztopić nawet zamarznięte serce, ale zdarzało jej się to tylko, gdy była mowa o jej ukochanym. Korfanty nawet nie chciał podejrzewać, jak ta dziewczyna będzie płakała, kiedy jej ukochany, nie daj Bóg, zginie w trakcie walk o wolność Wielkopolski.

– Dziękuję bardzo. – Pożegnała się z posłem i w podskokach oddaliła się w stronę Teatru Apollo, mieszczącego się w pobliżu cmentarza ewangelickiego. Wojciech, patrząc na nią, również się uśmiechnął. Mimo iż ci młodzi żyją w tak ciężkich czasach, to odnajdują jakimś cudem tę małą iskierkę nadziei, dla której warto żyć.

On sam pragnął, żeby ta mała iskierka przerodziła się w pożar, ale do tego było jeszcze daleko. Najpierw trzeba skupić się na przyjeździe wielkiego mistrza i Korfanty w myślach już szukał argumentów, dlaczego pianista powinien przyjechać do Poznania, który jest niczym wulkan tuż przed erupcją.

I Rozdział: W drodze do wolności

17 grudnia 1918 – Harwich, Anglia

W Polsce panowała ostra zima, natomiast w Anglii, bez względu na porę roku, zawsze było deszczowo. Dzisiaj nie dość, że dzień był deszczowy, to jeszcze wietrzny i zdawało się, że wiatr pragnie na siłę ściągnąć z człowieka ubranie. Zatem o przyjemnym spacerze na łące, gdzie można w rozważaniach odpłynąć w odmęty swej romantycznej duszy, można było zapomnieć.

Nawet gdyby pogoda pozwalała na przyjemny spacer, to Krzysztof i tak musiałby o nim zapomnieć. Przyjechał do Harwich w innej sprawie. Polska Organizacja Wojskowa Zaboru Pruskiego przekazała mu informację, że do Polski ma przypłynąć wielki patriota i mąż stanu, człowiek odpowiedzialny za trzynasty punkt w orędziu prezydenta Stanów Zjednoczonych Woodrowa Wilsona – Ignacy Jan Paderewski. POW Zaboru Pruskiego kazała mu nawiązać kontakt z szanowanym polskim politykiem. Oczywiście Krzysiek miał na uwadze, że Paderewski nie słyszał o tej zbrojnej organizacji. Pozostawało mu mieć nadzieję, iż ktoś skontaktował się z jego otoczeniem i przekazał informację o przyjeździe przedstawiciela POW.

Przybył pociągiem w okolice portu Harwich. Jeszcze przed pierwszą wojną światową Herbert Henry Asquith, jako premier Wielkiej Brytanii, nakazał wybudować sieć kolejową, która połączy wszystkie najważniejsze miejsca w Królestwie. Wszystko po to, aby przyśpieszyć transport towarów z portu do każdego zakamarka w kraju. Dlatego z Londynu do Colchester, a następnie do małej nadmorskiej miejscowości Harwich, Krzysiek udał się pociągiem.

– No dobra, więc gdzie jest ten hotel? – spytał samego siebie, gdy wysiadł z pociągu.

Miał świadomość, że znajduje się gdzieś na południe od stacji, lecz nie odnalazł ani adresu, ani nie widział nazwy hotelu. Zaczepił jednego z przypadkowych przechodniów.

– Good morning, could you show me the way to a hotel near the harbour?

Mężczyzna popatrzył na niego ze zdziwieniem. Nie było w tym spojrzeniu krzty niechęci, ale najwidoczniej obecność kogoś innego prócz rodowitych Brytyjczyków nie była tutaj zbyt częsta.

– Good morning. You are close. When you leave the station, you need to go straight ahead until you reach Lower Dovercourt near the sea. Then turn right. Your hotel is located opposite to the lighthouse.

Zapamiętał drogę. Nic trudnego.

– Thank you and have a nice day.

– You’re welcome.

Mężczyźni rozeszli się w swoje strony. W trakcie studiów na Uniwersytecie Londyńskim Krzysiek nauczył się, że brak życzliwości w Anglii jest postrzegany gorzej niż najgorsze przewinienie. Za najdrobniejszą przysługę trzeba podziękować i nie można o tym zapominać. Pod tym względem Anglicy są pamiętliwi i potrzebował kilku lat, żeby wyrobić w sobie ten nawyk.

Choć wybiła ósma rano i słońce już wstało, to w Harwich nadal panowała ciemność. Wyszedł przed dworzec, skręcił w prawo i udał się na Station Road. Odpalił papierosa i poszedł w wybranym kierunku. Nie palił, gdy wiedział, co go czeka, ale jeśli już zdarzyło mu się zapalić, to nie robił swoich skrętów, tylko korzystał z papierosów zwijanych dzięki maszynie opatentowanej w poprzednim wieku przez Bonsacka Przynajmniej papieros wyglądał jakoś schludnie, a nie jak przypadkowo zawinięte w gilzie trociny.

W trakcie marszu zastanawiał się, jak będzie wyglądało jego spotkanie z mistrzem Paderewskim. Spodziewał się, że nie zostanie łatwo dopuszczony, mimo że został zapowiedziany przez POW. Nie była to jakaś wielka organizacja, choć swoje działania poszerzyła na całą Wielkopolskę. Pomimo rozrastającej się aktywności, nadal nie była rozpoznawalna w kręgach zagranicznych. Toteż Brytyjczycy na pewno nie będą wiedzieli, skąd przychodzi i pewnie pięć razy będą musieli potwierdzić jego tożsamość.

Krzysztof nie mógł zawieść swoich przedstawicieli. Zadanie było proste, lecz im bliżej miał do hotelu, tym większy stres go ogarniał. Każdy kolejny krok generował kolejną dawkę negatywnych emocji. Ręce coraz mocniej się trzęsły. Początkowo zrzucał to na zimny i nieprzyjemny wiatr, ale w głębi duszy zdawał sobie sprawę, że to właśnie spotkanie z Paderewskim tak bardzo go stresuje. Jeśli mu się nie powiedzie, to najwyżej ochroniarze mistrza wyrzucą go z hotelu.

Doszedł w końcu do celu – kwatery Paderewskiego. Wszedł do środka i podszedł do recepcji, gdzie stała pracownica hotelu.

– Good morning… – Głos uwiązł mu w gardle i miał problem z przedstawieniem swojej prośby. – May I… Could you …

– Good morning – przywitała go dziewczyna. Momentalnie dostrzegła jego zdenerwowanie. – Calm down, breathe slowly and tell me how can I help you.

Krzysiek był na siebie wściekły, że przerasta go już taka prosta sprawa. Miał problem z doborem słów, choć jeszcze większy z wyrażeniem swojej prośby. Papieros ani trochę go nie uspokoił, wręcz spotęgował jego zdenerwowanie. Zgodnie z poleceniem wziął kilka wdechów i spróbował
ponownie.

– Could you tell me in which lobby can I find Mr. Paderewski?

– Is mister Paderewski expecting you?

Tego pytania się spodziewał. Zdał sobie sprawę, że nie wskaże mu, w którym pokoju jest mistrz Paderewski, póki nie potwierdzi, że rzeczywiście był z nim umówiony. Polski polityk wiedział, że ktoś z POW miał się z nim skontaktować przed podróżą do Polski, lecz nie wiedział, kto i kiedy.

– No, I didn’t make an appointment with him, but he knows that someone from my organization will contact him.

– Then I’m sorry but I can’t tell you where to find him10 – oznajmiła z życzliwym uśmiechem na twarzy.

Pewnie, że nie może powiedzieć, bo kto powie obcej osobie, bez zapowiedzi, gdzie znajduje się jeden z najbardziej pożądanych polskich polityków i jeden z najsławniejszych pianistów na świecie?

– Please, it is important to me. – próbował ją przekonać. – Could you contact him and inform about my visit? Let him make the decision.

Recepcjonistka przez chwilę zastanawiała się nad prośbą działacza POW, ale w końcu podeszła do telefonu i zadzwoniła pod właściwy numer. Odetchnął z ulgą. Dzwoni i potwierdza jego wersję wydarzeń. Nie za szybko mu uwierzyła? Sądził, że będzie się musiał wykazać większą elokwencją, by pani z recepcji obeszła zasady panujące w hotelu.

Kobieta wymieniła z politykiem kilka słów, które w większości potwierdzała ze skinieniem głowy. Krzysztof uznał to za pozytywną zapowiedź. Odłożyła słuchawkę i wróciła do niego z promiennym uśmiechem.

– Mister Paderewski confirmed that he is expecting someone. Go to the third floor and find room two four three. You may take the lift.

– Thank you very much. I will take the stairs. Have a nice day.

Odwrócił się od lady i skierował w stronę schodów prowadzących na wyższe piętra. Zgodnie z instrukcją wyszedł na trzecie piętro i tam znalazł pokój o numerze dwieście czterdzieści trzy. Piętra były dość wysokie i przez chwilę żałował, że jednak nie skorzystał z windy, ale gdy dotarł na miejsce, uświadomił sobie kolejny problem – przejdzie szczegółową kontrolę. Nie miał ze sobą żadnej broni, ale pesymistyczne przeczucia podpowiadały mu, że nie skończy się to dobrze.

Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że podszedł do niego człowiek, który z urody nie przypominał Brytyjczyka. Prędzej przypominał… Polaka. Krótki wąs, wiekiem zapewne zbliżony do niego, tylko mundur miał z cesarstwa austro-węgierskiego. Dlaczego żołnierza państw centralnych wpuszczono do Paderewskiego? „Czyżby go zabił?” – przyszła mu do głowy pierwsza myśl.

Nie wiedział, co poradzić na tę sytuację. Uciekać nie warto, bo szybko zostanie zastrzelony, a w walce wręcz też przegra, mimo że zna podstawy obrony osobistej, o co osobiście zadbała matka, nim jeszcze wyjechał na studia do Londynu. To niezdecydowanie zupełnie go sparaliżowało. Patrzył na zbliżającego się oficera w przeświadczeniu nadchodzącej śmierci.

Pomimo obaw o swoje życie, próbował trzymać fason.

– Good morning I am…

– Daruj sobie z tym angielskim – przerwał mu żołnierz. – Rozmawiasz zPolakiem, więc mów po polsku, nawet jeśli jesteś szpiegiem państw centralnych.

„Że ja? Przecież to ty wyglądasz, jakby cię żywcem wyciągnięto z armii austro-węgierskiej” – ocenił go w myślach Krzysiek, a do głowy przychodziło mu jedno pytanie: „Co tu się dzieje?”.

– Skoro jesteś Polakiem, to czemu masz na sobie mundur austro-węgierski?

– Jak dobrze wiesz, państwo polskie dopiero się formuje, a więc jeszcze wiele naszych rzeczy pochodzi od zaborców. Między innymi i mundury, aczkolwiek spodziewałem się, że dostrzeżesz kilka szczegółów, które mnie wyróżniają.

Krzysiek początkowo nie wiedział, co ma na myśli, lecz gdy dokładniej się przyjrzał, dostrzegł orzełka na lewej piersi i wycięte fragmenty munduru austriacko-węgierskiego. Mężczyzna najwyraźniej nim dołączył do formułujących się oddziałów polskich służył w cesarskiej armii Austro-Węgier. Miał ochotę walnąć się w głowę za gafę, którą popełnił.

– Przepraszam, że pomyliłem pana z żołnierzem C.K.

– Nic nie szkodzi, wielu się myli. Poza tym, nie mów do mnie na pan. – Wyciągnął rękę w stronę speszonego chłopaka. – Major Stefan Iwanowski.

– Krzysztof Wartecki.

– Jesteś z POW, spodziewaliśmy się kontaktu od was, ale sądziłem, że załatwicie spotkanie w bardziej oficjalny sposób.

– Niedawno żeśmy się dowiedzieli, że nasz wielki rodak jest w Anglii, więc wykorzystano mnie, abym przybył powitać tak zacnego gościa. W innym wypadku zrobiłby to ktoś bardziej dostojny.

Major przyjął tłumaczenie chłopaka i o nic więcej nie pytał, póki nie dopełnili formalności. Jeśli mówił prawdę i POW nic nie wiedziało o planowanej wizycie Paderewskiego do Polski, to nie będzie miał ze sobą żadnej broni. Jego wygląd eleganckiego studenta również nie zgadzał się z wrogimi zamiarami. Aczkolwiek niczego nie należy zakładać na pewno. Wielka wojna przyniosła tyle nieoczekiwanych zwrotów, że można już chyba nawet podważać istnienie świata, w którym żyją.

– Oprzyj się o ścianę i stań w rozkroku. Muszę cię przeszukać. Krzysztof zrobił tak, jak doradził major, choć lekko przestraszył się jego chłodnego i stanowczego głosu. Major przetrzepał go z góry na dół i przejrzał małą aktówkę, w której miał najpotrzebniejsze rzeczy. Niczego nie znalazł, więc oddał ją Warteckiemu.

– Prędzej wyglądasz mi na studenta niż na wojskowego – zażartował sobie z Krzyśka. – Matka wysłała mnie na studia, nim rozpoczęła się wojna. Wszystko po to, aby uniknąć powołania do wojska. Tata je otrzymał i zginął w piekle.

– Pod Verdun?

Krzysiek w odpowiedzi kiwnął głową.

– Wielu z naszych rodaków ginęło tam, gdzie ginąć nie powinni i tym bardziej nie za tę sprawę. Matka postąpiła mądrze, wysyłając cię do Londynu. Gdyby inni mieli taką możliwość, na pewno też by z niej skorzystali.

Rozumiał, czemu matka tak zrobiła, ale i tak uważał, że postąpił tchórzliwie. Powinien przy niej zostać i walczyć, żeby nie powołano jego ojca do wojska. Miał świadomość, że nie zdołałby ich powstrzymać, ale przynajmniej nie stałby biernie z boku i nie przyglądał się, kiedy ojciec opuszczał dom na zawsze.

– Gdy dostałem informację z POW, właśnie byłem na zajęciach w Londynie i przybyłem tutaj tak szybko, jak tylko mogłem.

– Zatem zapraszam do środka. Mimo że jest wcześnie, to nasz pianista już od rana jest w śpiewającym nastroju.

Zważywszy, że Ignacy Paderewski zagrał mnóstwo koncertów na całym świecie, to oprócz mistrzowskiego opanowania gry na pianinie, miał talent do zjednywania sobie ludzi. Żołnierz otworzył drzwi do apartamentu pianisty i jego żony. Gdy Wartecki przekroczył próg, uderzyła go dostojność tego miejsca oraz luksusy, o których on w Londynie mógłby sobie tylko pomarzyć. Znalazł się w swego rodzaju przedpokoju, który wielkością przypominał całe jego mieszkanie w Poznaniu. W ściany wmurowane były kolumny w stylu korynckim, a ponad nimi znajdowały się herby angielskich hrabstw.

Patrząc na ten przedpokój, Krzysiek zastanawiał się, czy ciemny garnitur, który miał na sobie, jest na pewno odpowiedni. Na szybko poprawił krawat, żeby mistrz Paderewski nie zarzucił mu czegoś w ubiorze. Już będąc w tym pomieszczeniu, poczuł się, jakby był w pałacu Buckingham, gdzie czekała go audiencja u samej królowej.

Dostrzegł, że z przedpokoju wchodziło się do przestronnej sypialni, z której najprawdopodobniej można się było dostać do łazienki. Wydedukował to na podstawie braku dodatkowego pomieszczenia. W międzyczasie schodził z drogi obsłudze hotelowej, która wnosiła różne talerze z przykrywkami i wychodziła bez nich. Zastanawiał się, dla kogo przynosili te dania. Analizę przerwały otwierające się drzwi, w których pojawiła się kobieta, ubrana w długą suknię ściągniętą na wysokości pasa i ozdobioną kwiatami. Na głowie miała mały kapelusz niepasujący do kanonu ówczesnej mody. Krzysztof zauważył, że nie jest już najmłodsza, ale mimo to zachowała promienny wyraz twarzy, którego nie zakłócały nawet obecne na jej obliczu zmarszczki.

Wiedział, z kim ma do czynienia, niejednokrotnie była wymieniana na łamach „Orędownika” bądź „Dziennika Poznańskiego”, dlatego nisko pokłonił się przed damą i czekał, aż przywita go pierwsza.

– Witaj drogi młodzieńcze – powiedziała z czułością. – Podróż musiała cię wykończyć, bo wyglądasz dość mizernie.

– Dzień dobry, pani Paderewska. – Tak bardzo się starał, a mimo to i tak zarzucono mu, że niechlujnie się ubrał. – Przepraszam, że obraziłem panią swoim wyglądem.

– Absolutnie nie to miałam na myśli. Broń Boże. Tylko spostrzegłam, że podróż cię wykończyła i odbiło się to na twojej twarzy.

Krzysztof zwracał uwagę na to, żeby dopasować odpowiednie ubrania, aby nie wyjść na przypadkowego przechodnia, ale nie zwrócił uwagi na to, że mimika twarzy musi współgrać z ubiorem. Szybko się uśmiechnął, starając się wywrzeć pozytywne wrażenie na żonie polityka.

– Mogę poznać imię gościa, który już rano spotyka się z moim mężem?

Krzysztof przedstawił się.

– Bardzo miło cię poznać, Krzysztofie. Helena Paderewska. – Wyciągnęła dłoń, którą chłopak z szacunkiem pocałował. – Mąż za chwilę cię poprosi. Biorąc pod uwagę to, co masz na sobie, to chyba będzie musiał założyć najlepszy frak. Natomiast ja was zostawię, pewnie macie wiele spraw do omówienia.

W jej słowach nie było cienia ironii.

– Przesadza pani. Jednakże jeśli wychodzi pani na zewnątrz, sugeruję wziąć ciepły płaszcz, jest okropnie zimno.

– Będę w kantynie, ale dziękuję, że martwisz się o moje zdrowie.

Wyszła z apartamentu, zamykając drzwi za sobą. Chłopak zastanawiał się, jakie tematy może poruszyć z mistrzem Paderewskim. Nie miał uzdolnienia muzycznego, a tylko studiował sztukę na Uniwersytecie Londyńskim. W stosunku do mistrza nie był wirtuozem w swojej dziedzinie, jedynie uczył się o rzeczach stworzonych wiele lat temu. Naszła go myśl, że Paderewski może potraktować go jak kulturowego jaskiniowca. Teoretycznie sztuka i polityka nie mają ze sobą wiele wspólnego, ale to od mało poważnych tematów zaczynają się rozmowy dotyczące istotnych spraw.

W drzwiach do pokoju pojawił się mistrz Paderewski w nienagannym stroju.

– Witam cię serdecznie. Przepraszam, żeś musiał tak długo czekać. Zapraszam, przygotowałem dla nas miejsce do rozmowy.

– Dzień dobry, panie Paderewski. Nie mam podstaw, by się gniewać. Pańska małżonka zajęła mnie rozmową.

Pianista lekko się uśmiechnął i gestem zaprosił gościa do pokoju, który wyglądał jeszcze dostojniej niż przedpokój. Na łóżku było kilka pierzyn i poduszek i jeśli na sam spód wsadzono by groszek, to nawet księżniczka z bajki o ziarnku grochu nie byłaby go w stanie wyczuć. Nad łóżkiem znajdował się baldachim ozdobiony proporcami z czasów panowania dynastii Tudorów, mieniący się złotem. Jedwabne zasłony były ściągnięte połyskującymi sznurami. Wcześniejsze skojarzenia z pałacem Buckingham tylko się umocniły i teraz Krzysztof był już pewny, że czeka go audiencja z królową Anglii lub inną wielką osobistością.

– Zapraszam przed kominek.

W pobliżu kominka znajdował się stół, do którego dołożono dwa krzesła. Na stole stały przygotowane dwa tradycyjnie polskie posiłki: kotlet
schabowy z ziemniakami i buraczkami.

– Ach bym zapomniał, gdzie moje maniery. – Polityk odwrócił się do chłopca i wyciągnął rękę na przywitanie. – Ignacy Jan Paderewski.

– Krzysztof Wartecki, rodzice nie nadali mi drugiego imienia. – Uścisnął dłoń gospodarza.

Pianista gestem zaprosił chłopaka do stołu. Pracownik z obsługi hotelowej nalał wina do kieliszków i wyszedł, zostawiając ich samych.

– Dziękuję za miłe przywitanie, nie trzeba było się tak stroić z tym wszystkim, zwłaszcza, że przyszedłem bez wcześniejszej zapowiedzi.

– Gość w dom, Bóg w dom. Bóg też przychodzi bez zapowiedzi.

Od tego momentu spokojnie konsumowali swoje dania. Choć Wartecki zjadł porządne śniadanie w Londynie, to nie chciał zrobić jakiejkolwiek przykrości wielkiemu Polakowi. Pianista natomiast zagadywał młodego gościa:

– Chciałbym zapytać cię Krzysztofie, co robisz w Anglii? Studiujesz w Londynie? Opowiesz coś więcej?

– Od kilku lat studiuję na Uniwersytecie Londyńskim, mama mnie tutaj wysłała, żebym nie dostał powołania do armii pruskiej. Przewidziała, co się stanie i faktycznie nie minęło kilka miesięcy, a mój rocznik oraz młodsi zostali siłą wciągnięci do armii.

Paderewski rozumiał, o czym chłopak mówi. Podczas jednego koncertu w Poznaniu widział, jak Niemcy poniżająco traktują Polaków. Zmieniają swoje nastawienie, gdy mają do nich interes, wtedy wyciągają ich z domu i siłą wkładają im swoje mundury. Rozumiał ból chłopaka, że nie mógł być w pobliżu matki w tych ciężkich czasach.

– Pierwsze miesiące pewnie były dla ciebie trudne?

– Uczyłem się trochę angielskiego z mamą i jej nauczycielami, ale tak naprawdę nauczyłem się go dopiero, gdy zamieszkałem w Londynie. Potem to już jakoś mijał dzień za dniem. Nie byłem wyróżniającym się studentem, ale też nie byłem na końcu.

Skończyli posiłek, więc gospodarz wzniósł kieliszek do góry.

– Zatem wypijmy za przyszłość narodu polskiego, by nasi potomkowie nie musieli opuszczać Polski. – Stuknęli się kieliszkami. Gdy je opróżnili, polityk zdał sobie sprawę, że chłopak nie przyjechał ponad stu kilometrów tylko po to, żeby zjeść wczesny lunch. – Mówisz, że jesteś działaczem POW?

– Potwierdzam. Właśnie w ich imieniu przybyłem.

– Zatem słucham, jaką to masz do mnie sprawę?

– Dowiedzieliśmy się, że zamierza pan przyjechać do Polski w związku z rozmowami pokojowymi między Komitetem Narodowym Polski Romana Dmowskiego a rządem Jędrzeja Moraczewskiego. Wiemy, że pana trasa będzie przebiegać przez ziemie zaboru pruskiego.

– Nie da się ukryć, lecz jeśli POW wysłało pana jako ochronę dla mnie, to zupełnie niepotrzebnie. Oprócz majora Stefana Iwanowskiego pojadą ze mną również pułkownik Harry Wade oraz komandor Bernard Rawlings.

Krzysztof spojrzał na mistrza szeroko otwartymi oczami. W takim razie Paderewski nie potrzebował ochrony POW, bo Szkiebry nie miały prawa przeszkadzać przedstawicielom krajów ententy, kiedy wypełniają swoją misję dyplomatyczną. Nie mogą również w jakikolwiek sposób wpływać na ich działalność.

– Przyznaję, że jestem zaskoczony, ale mimo to POW też chce dołożyć swoją cegiełkę do pana bezpiecznego przyjazdu do Polski. Szkiebry znane są z tego, że nie lubią dotrzymywać postanowień międzynarodowych oraz nie cofną się przed niczym, żeby osiągnąć swoje cele.

Mistrz zaczął się zastanawiać nad wyjaśnieniem chłopaka, które nie było pozbawione sensu. Choć żegluga na morzu w trakcie pierwszej wojny światowej była objęta ochroną i państwa uczestniczące w wojnie zadeklarowały nie atakowanie statków handlowych, to Cesarstwo Niemieckie złamało to przyrzeczenie i zatopiło brytyjski statek pasażerski Lusitania, a wraz z nim ponad tysiąc ludzi. Zdawał sobie sprawę, że ten atak nie był przypadkowy, bo w ten sposób pokazali, do czego są zdolni. Brytyjczycy i Amerykanie potępili atak i nazwali go barbarzyńskim, jednakże najbardziej barbarzyńskim aktem przemocy było rozstrzelanie Edith Cavell – kobiety, która pomagała rannym Brytyjczykom uciec do Wielkiej Brytanii, a także opatrywała ich rany. Kiedy ją złapali, natychmiast przekazali ją pod pluton egzekucyjny. Tego Ameryka nie mogła przyjąć obojętnie i przystąpiła do wojny przeciwko krajom centralnym.

– To prawda, Niemcy są znane ze swojej brutalności, ale opinia publiczna ich zje, jeśli postanowią cokolwiek zrobić przedstawicielom dyplomatycznym krajów ententy. Wtedy wielkie cesarstwo zostanie rozbrojone, zresztą sami Niemcy nie chcą już wojny i się jej sprzeciwiają.

– Zgodzę się, lecz ostrożności nigdy za wiele. Jednakże pana przyjazd do Polski wywoła ogromne poruszenie wśród zniewolonej przez ponad sto lat ludności. Jest pan osobistością znaną na całym świecie i oni zdają sobie sprawę z pańskiego wpływu na Polaków. Dlatego wydaje nam się, że spróbują zaatakować. Z tego względu moja prośba, by nie odrzucał pan naszej pomocy, jest nadal aktualna.

– Ależ ja jej nie odrzuciłem, wręcz z radością przyjmuję.

Wartecki po raz drugi dał się złapać, że za szybko wyciąga daleko idące wnioski. Lekko zawstydził się w duchu, lecz na zewnątrz nie dał tego po sobie poznać.

– Przekażę informację o pana obecności panu Rawlingsowi. Wypływamy jutro w godzinach porannych, radzę się nie spóźnić, bo moje serce tęskni za polskimi krajobrazami i długo czekać nie będzie. – Paderewski uśmiechnął się delikatnie.

Krzysiek też się rozluźnił i rozmowa zeszła na lekkie tematy, choć Paderewski, patrząc na chłopaka, cały czas odnosił wrażenie, że to nie była główna sprawa, którą młodzieniec chciał poruszyć. Wielokrotnie o to pytał, ale ten nie powiedział nic więcej.

Wybiła szesnasta, gdy żona Ignacego wróciła do hotelowego pokoju. Wartecki uznał to za odpowiedni moment do wyjścia.

– W takim razie przygotuję się do powrotu do Polski. Stęskniłem się za mamą i ukochaną.

– Radzę się nie spóźnić. – Pianista pokiwał palcem na młodzieńca, na co ten się uśmiechnął i zamknął za sobą drzwi.

Regulamin konkursu #GaryiLitinKonkurs

Regulamin konkursu „#GaryiLitinKonkurs”

 

 

§1

 

Postanowienia ogólne

 

1. Niniejsze Zasady Konkursu (zwane dalej „Zasadami”) określają zasady, zakres i warunki uczestnictwa w Konkursie „#GaryiLitinKonkurs”.

 

2. Organizatorem Konkursu jest Kamil Sobik SegeWorld z siedzibą przy ul. Oświęcimskiej 19, 43-331 Dankowice (zwany dalej „Organizatorem). Organizatorem Konkursu nie jest portal Instagram – to jedynie platforma do komunikacji o Konkursie

 

3. Fundatorem nagród w konkursie jest Kamil Sobik SegeWorld z siedzibą przy ul. Oświęcimskiej 19, 43-331 Dankowice.

4. Przystąpienie do Konkursu jest jednoznaczne z zaakceptowaniem warunków Regulaminu Konkursu.

 

§2

 

Cel Konkursu

 

1. Celem konkursu jest promowanie marki SegeWorld wśród uczestników społeczności Instagrama.

 

§3

 

Adresaci Konkursu

 

1. Konkurs jest bezpłatny i ma charakter otwarty.

 

2. W Konkursie mogą wziąć udział osoby pełnoletnie, zamieszkałe na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej, które posiadają konto na portalu Facebook.

 

§4

 

Czas trwania Konkursu

 

1. Konkurs rozpoczyna się wraz z opublikowaniem pierwszego postu konkursowego na profilu Instagram: https://www.instagram.com/segeworld_kamil_sobik/ Organizatora pod adresem: w dniu 07 kwietnia 2022 roku do 14 kwietnia 2022 roku.

 

2. Wyniki zostaną ogłoszone 15 kwietnia, o godz. 16:00.

 

§5

 

Mechanika Konkursu, zadanie konkursowe

 

1. Konkurs organizowany jest i odbywa się za pośrednictwem Internetu – na profilu Instagram Organizatora pod adresem: https://www.instagram.com/segeworld_kamil_sobik/

 

2. Uczestnik, który chce wygrać musi: wskazać odpowiednie dzieło, które będzie przedmiotem kolejnej powieści autorstwa Kamila Sobika i uzasadnić swój wybór.

 

3. Uczestnik udziela odpowiedzi na pytanie, jak i uzasadnia swój wybór pod postem konkursowym w wyznaczonym czasie regulaminowym.

 

4. Jeden Uczestnik Konkursu może dokonać maksymalnie jednego zgłoszenia z jednego konta na Instagramie. Jeśli uczestnik prześle więcej niż jedno zgłoszenie, w Konkursie uwzględnia się tylko pierwsze zgłoszenie.

 

6. Piątkę zwycięzców spośród nadesłanych zgłoszeń wybierze Kamil Sobik Segeworld. Kapituła będzie brała pod uwagę jedynie te zgłoszenia, w których wskażą odpowiednie dzieło (Portret Młodzieńca) i uzasadnią swój wybór. Kryterium wyboru zwycięzców będzie wskazanie odpowiedniego dzieła i kreatywność odpowiedzi na pytanie otwarte.

 

§6

 

Nagrody

 

1. Organizator Konkursu, gwarantuje pięć egzemplarzy powieści Gary & Litin: Maroszek o cenie 25 PLN.

 

§7

 

Wydanie nagrody

 

1. Nagrody zostaną wysłane laureatom za pośrednictwem kuriera w ciągu 30 dni roboczych od otrzymania przez Organizatora ich danych adresowych.

 

2. Warunkiem wydania nagrody głównej będzie możliwość kontaktu z osobą nagrodzoną, która winna w ciągu 14 dni wskazać adres, na który zostanie następnie wysłana nagroda. W przypadku, jeśli osoba nie przekaże danych adresowych we wskazanym czasie, nagroda nie zostanie przydzielona. Adres ten powinien być adresem na terenie Rzeczpospolitej Polskiej. W poście ogłaszającym wyniki będzie podany adres mailowy, na który należy wysłać niezbędne dane do nadania przesyłki.

 

3. Osoby nagrodzone w Konkursie są uprawnione, według swego uznania, do odmowy przyjęcia nagród.

 

4. Uczestnik nie może wymienić nagród na inną bądź na ich równoważność pieniężną.

 

5. Uczestnik nie może przenieść nagród na inne osoby.

 

6. Organizator nie ponosi odpowiedzialności za nieprawidłowości związane z niedoręczeniem nagrody, wynikającym z błędnego lub niepełnego podania przez Uczestnika Konkursu adresu oraz innych danych, niezbędnych do wydania nagrody.

 

7. Organizator nie ponosi odpowiedzialności za zmianę miejsca zamieszkania lub podanego przez Uczestnika Konkursu adresu do korespondencji Uczestnika Konkursu lub zmianę innych danych, uniemożliwiającą przesłanie Uczestnikowi Konkursu nagrody, jak również za niemożność odbioru lub nieodebranie nagrody, z jakiejkolwiek innej przyczyny leżącej po stronie Uczestnika Konkursu. W takim przypadku nagrodzony Uczestnik traci prawo do nagrody.

 

§8

 

Reklamacje

 

1. Wszelkie reklamacje w związku z Konkursem należy zgłaszać na piśmie listem poleconym z dopiskiem „Gary&LitinKonkurs” na adres: ul. Oświęcimska 19 43-331 Dankowice po zakończeniu okresu Konkursu, jednakże nie później niż do 14 dni od ogłoszenia wyników. Reklamacje zgłaszane po powyższym terminie nie będą rozpatrywane.

 

2. Reklamacje powinny zawierać imię, nazwisko i dokładny adres Uczestnika jak również dokładny opis, wskazanie przyczyny reklamacji i oczekiwany sposób jej załatwienia przez Organizatora. Reklamacje rozpatrywane będą w terminie 30 dni od ich otrzymania przez Organizatora. Decyzja Organizatora jest ostateczna.

 

§9

 

Dane osobowe

 

1. Przetwarzanie danych osobowych uczestników Konkursu następuje zgodnie z ustawą z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (tekst jedn. Dz. U. z 2002 r. nr 101 poz. 926 z p. zm.). Każdy Uczestnik ma prawo dostępu do swoich danych osobowych, prawo do ich poprawiania oraz prawo do żądania ich usunięcia. Dane osobowe nie będą udostępniane innym podmiotom. Podanie danych jest dobrowolne, aczkolwiek niezbędne do uzyskania nagród i rozpatrzenia ewentualnych reklamacji.

 

2. Administratorem danych jest podmiot realizujący konkurs: Kamil Sobik Segeworld. Zgodnie z art. 2 ust. 3 ustawy o ochronie danych osobowych zbiór danych osobowych stworzonych na potrzeby Konkursu jest zbiorem sporządzonym doraźnie tj. wyłącznie ze względów technicznych i kontaktowych, po jego wykorzystaniu zbiór zostanie niezwłocznie usunięty.

 

§9

 

Postanowienia końcowe

 

1. Organizator nie ponosi odpowiedzialności za awarię środków komunikacyjnych
w szczególności za funkcjonowanie portalu społecznościowego Instagram oraz za funkcjonowanie sieci internetowej lub lokalnej, za pośrednictwem, których Uczestnicy biorą udział w Konkursie.

 

2. Organizator zastrzega sobie prawo zmian niniejszego Regulaminu w każdym czasie bez podania przyczyny poprzez zamieszczenie odpowiedniej informacji na Instagramie Organizatora, w zakresie w jakim nie będzie to wpływać na prawa do nagrody już nabytej przez Uczestnika.

 

3. Uczestnik zobowiązuje się do przestrzegania określonych zasad w Regulaminie i potwierdza, że spełnia wszystkie warunki, które uprawniają go do udziału w Konkursie.

 

4. Niespełnienie wyżej wymienionych warunków lub odmowa ich spełnienia skutkuje wykluczeniem danego Uczestnika z Konkursu z jednoczesnym wygaśnięciem ewentualnych roszczeń do odbioru nagród.

 

5. Organizator zastrzega sobie prawo weryfikacji, czy Uczestnicy spełniają warunki określone
w niniejszym Regulaminie, a także warunki określone w przepisach prawa związanych
z realizacją nagród. Przystąpienie do Konkursu jest równoznaczne z akceptacją przez uczestnika Regulaminu Konkursu w całości.

 

6. W kwestiach nieuregulowanych niniejszym Regulaminem stosuje się przepisy prawa polskiego.

 

7. Uczestnictwo w Konkursie polega na spełnieniu oznaczonych w niniejszym Regulaminie zadań, z zastrzeżeniem, iż w ramach ich realizacji Uczestnicy mają obowiązek przestrzegania wszystkich obowiązujących przepisów prawa, niniejszego Regulaminu oraz powszechnie przyjętych zwyczajowych zasad fair play.

 

8. Nie zastosowanie się Uczestnika Konkursu do któregokolwiek z postanowień niniejszego Regulaminu może spowodować usunięcie Uczestnika z Konkursu.

Gary & Litin: Maroszek – Rozdział 3

Jeszcze tego samego dnia podeszli do muzeum, gdyż, jak się okazało, mieściło się ono zaledwie kilka przecznic od Złotej. Przez całą drogę Gary prawie nie odzywał się do Litina, a jeśli już to robił, to najczęściej było to odburknięcie typu „za takie pieniądze to nie będę myślał, sam sobie myśl” – cały Gary.

Podeszli do bramy, za którą znajdowały się kasy, budynek administracyjny muzeum, a naprzeciwko administracji wejście do muzeum. Przed wejściem stał słup, a na nim była kamera ustawiona na wejście. Z racji że był to środek tygodnia, nie było dużej kolejki, z czego Litin skorzystał. Kupił bilety i wrócił do swojego humorzastego kumpla, skasowali bilety i znaleźli się w środku.

Po przekroczeniu progu natychmiast rozglądali się za następną kamerą, ale w portierni takowej nie było. Gary zerknął na zamek i już wiedział, że z jego otwarciem nie będzie problemu. Był to typowy zamek zapadkowy, w którym wystarczyło podważyć kilkukrotnie zapadki, do momentu, aż wszystkie będą na tym samym poziomie. Wielokrotnie takie zamki otwierał.

Oddali kurtki panu na portierni, wzięli broszury o muzeum i weszli głębiej. Podłoga została wyłożona kostką brukową, a sufit ozdobiony cegłą, zwiedzający już na starcie mieli mieć wrażenie, że przebywają w Warszawie z lat czterdziestych. Po prawej stronie od wejścia znajdowały się drzwi do pomieszczenia tylko dla personelu. Nierzadko korzystali z takich pomieszczeń, jeśli potrzebowali dowiedzieć się czegoś, czego nie było widać na pierwszy rzut oka. Przed tymi drzwiami stał ochroniarz – około czterdziestki na karku, nie gruby, ale z okazem idealnego ciała nikt by go nie pomylił. Chwilę na niego popatrzyli i odwrócili wzrok.

– Kamera na suficie – rzekł Litin, a Gary nawet tam nie popatrzył, tylko wziął smartfon i zapisał umiejscowienie kamery.

Po lewej stronie znajdował się sklepik z pamiątkami, a naprzeciwko niego telefony, dzięki którym zwiedzający mogli usłyszeć relacje naocznych świadków Powstania Warszawskiego. Przeszli dalej, gdzie jedna ściana była przeszklona, a na drugiej zostały wywieszone afisze powstańcze.

Uwagę złodziei przykuł eksponat będący karabinem o drewnianej kolbie, z której wychodziła metalowa konstrukcja zapłonu i mechanizmu ładowania broni. Szczęśliwie okazało się, że był to Maroszek. Choć nie mogli go dotknąć z powodu oddzielającej ich szyby, to zauważyli, że jego budowa nie jest tak bardzo skomplikowana i przypominała amerykańskiego Bara M1918. Różniło je to, że Bar był karabinem automatycznym, a Maroszek samopowtarzalnym. Cały mechanizm zabezpieczenia musiał znajdować się pod półką, na której położono unikatowy egzemplarz.

Poszli dalej, ale już po kilku krokach Gary szepnął na ucho Litinowi:

– Trzeba sprawdzić, w jaki sposób jest on zabezpieczony.

– Też o tym pomyślałem. – Wyjątkowo rzadko się ze sobą zgadzali. – Czyli co: wchodzimy do administracji muzeum, żeby dowiedzieć się, co i jak?

– A to podobno ja mam szalone pomysły. – Gary podniósł jeden kącik ust. Zawsze to robił, kiedy powiedział dobry żart. – W takim razie tutaj się rozdzielamy, ja idę do administracji, a ty sprawdzaj, w jaki sposób możemy go stąd wynieść.

I nie zaczekawszy na zdanie Litina, poszedł w kierunku wyjścia. Litin skrzywił się, gdyż Gary dał ochronie powód, aby ktoś zaczął go podejrzewać – nie teraz, ale kiedy już dojdzie do kradzieży i rozpocznie się poszukiwanie winnych. Co za idiota kupuje bilet i wychodzi z muzeum, nie poznawszy go?

Tak czy inaczej należało sprawdzić muzeum. Brunet miał do sprawdzenia parter, piętro wraz z wejściem na antresolę, Liberatora, który wisiał w pomieszczeniu za przeszkloną ścianą, oraz podziemia, lecz nie uważał, aby dało się z nich dokądkolwiek uciec, więc je postanowił sprawdzić na samym końcu. Poszedł wzdłuż szklanej ściany i dotarł do monumentu, który opisywał Akcję „Burza” i urywek początku Powstania Warszawskiego. Za monumentem znajdowało się zasłonięte przejście, które prowadziło do Liberatora, ale Litin skierował się do wybudowanego bunkra, przy którym znajdowała się kamera. Dopisał ją do listy, następnie przeszedł do Liberatora.

Był to wielki amerykański bombowiec, z którego alianci masowo zrzucali bomby pod koniec drugiej wojny światowej. Więc co on robi w muzeum powstania? – zastanawiał się Litin. Pokój z Liberatorem był pusty, jakby ludzie mieli od dołu podziwiać ten wielki bombowiec. Wokół bombowca znajdowały się poręcze i kładki, skąd można było obejść samolot z każdej strony. Wystarczyło tylko wyjść na piętro. Później to zrobi. W tej chwili chodził po pomieszczeniu i spisywał kamery. Jedna znajdowała się tuż nad wyjściem ewakuacyjnym, które prowadziło na parking. Kiedy odwrócił głowę, widział, jak ochroniarz, który pilnował wejścia dla personelu, przechodzi do tego samego pomieszczenia. Amerykanin starał się nie zwracać na niego uwagi, ale zdziwiło go, że mając tyle możliwości wyboru, poszedł akurat tam, gdzie on. Wierząc, że był to przypadek, poszedł na drugą stronę pokoju, gdzie znajdował się duży telebim, na którym puszczane były relacje z walk. Za nim znajdowały się dwie kamery – rozmieszczono je tak, aby nie dały się zobaczyć na pierwszy rzut oka. Nienaturalnie musiał się wysilić, aby je dostrzec, co na pewno kamery zarejestrowały. Szlag, teraz na pewno domyślą się, że coś ze mną nie tak – zaklął w duchu. Teoretycznie to było zwykłe spojrzenie w kamerę, jedno z wielu w ciągu dnia, a już nie mówiąc, że miesiąca, jednak Litin wyolbrzymiał swoją nawet najmniejszą wtopę.

Zbadawszy to pomieszczenie, podszedł do schodów prowadzących na piętro, jednak przystanąwszy przed nimi, stwierdził, że nie potrzebuje badać góry, skoro wszystko – obiekt kradzieży, wejście do muzeum i wyjście ewakuacyjne – jest tutaj. Zatem potrzebowali wyjścia, z którego najszybciej uciekliby. Uznał, że najlepszym wyjściem awaryjnym będzie ucieczka w kierunku parkingu. Skierował się w jego stronę i natychmiast zauważył, że ochroniarz poszedł za nim. To już nie był przypadek – ten ochroniarz ewidentnie coś podejrzewał. Litinowi coraz mniej się to podobało, zwłaszcza że chwilę później ich spojrzenia się spotkały. Kontakt trwał mniej niż sekundę, ale wystarczyło, aby we wzroku ochroniarza dostrzegł podejrzliwość. Litin na to tylko lekko się uśmiechnął i z czerwonymi policzkami udał się do wyjścia. Na dobrą sprawę miał już wstępny pomysł na włamanie. Przede wszystkim kamery w jednym momencie muszą ulec awarii, której nie można było dokonać wewnątrz muzeum. Należało to zrobić na zewnątrz, wówczas ochroniarze będą musieli zbiec do głównego rejestratora, zbadać przyczynę usterki i zgłosić ją temu, kto zakładał monitoring. Nim połapią się, co spowodowało awarię, to oni rozmontują zabezpieczenia trzymające karabin i wyjdą z nim z muzeum. Plan był prosty, choć postawa ochroniarza nie spodobała się Litinowi. Kimkolwiek on nie był, Litin wiedział jedno: ten ochroniarz jeszcze napsuje im krwi.

W tym czasie Gary poszedł do administracji. Na zewnątrz było jasno, więc jeśli były tu jakiekolwiek kamery, to natychmiast uchwyciłyby jego twarz. Ściągnął teksański kapelusz i skłoniwszy się, czmychnął do pierwszych lepszych drzwi. Otworzył je i wszedł do środka.

– Proszę pana, pomylił pan drzwi. Kierunek dla odwiedzających jest tam.

Spojrzał w stronę źródła dźwięku, który brzmiał na babę po sześćdziesiątce, bez perspektyw na lepsze życie. I rzeczywiście pokazała mu się stara jędza, która patrzyła na niego zajadłym wzrokiem. Brzydka, tak, a czy bez perspektyw? Nawet nie chciał się przekonywać.

– Przepraszam, po prostu myślałem, że tutaj też jest coś do zwiedzania – rzucił pierwszym lepszym kłamstwem.

– Nie widział pan tabliczki „administracja” tuż przed wejściem?

Widział, inaczej nie zjawiłby się tutaj. Jednak nie spodziewał się babsztyla na wejściu.

– Nie, nie widziałem, jeszcze raz przepraszam i już pani nie przeszkadzam w pracy. Do widzenia – rzekł, bo wolał już nie mieć z nią do czynienia i wyjść tak szybko, jak to możliwe.

Na zewnątrz popatrzył, czy wokół są ochroniarze i elektroniczni obserwatorzy. Upewniwszy się, że nikt go nie śledzi, zaczął spacerować wokół budynku, który miał tylko jedno piętro i został zbudowany z cegieł. Zapewne były jeszcze podziemia, a w nich kotłownia, inaczej nie byłby to typowy polski budynek. Gary doszedł do wyjścia ewakuacyjnego. Nacisnął klamkę i rozglądnąwszy się, wszedł do środka.

Zamknął za sobą drzwi i zaatakowała go ciemność korytarza. Na podłodze był wyłożony drewniany parkiet, zupełnie jak w domu z lat siedemdziesiątych. Nie był on nowy, więc pewnie trzeszczał przy każdym kroku . Gary szedł zatem na palcach, jakby skradał się przed rodzicami w drodze do lodówki. Patrzył na tabliczki zawieszone na drzwiach, ale oprócz pokoi gospodarczych czy poszczególnych biur pracowników nie zauważył niczego, co mogłoby jakkolwiek naprowadzić go na cel.

Pyk! Pyknięcie w podłodze rozniosło się w tej ciszy po całym korytarzu. Delikatnie i szybko, niczym gazela, przeszedł na dalszą stronę i schowawszy się za ścianą, kontrolował swój oddech. Przyssał się do niej jak pająk bojący się, że się z niej ześlizgnie. W tej ciszy miał wrażenie, że skrzypienie parkietu hałasuje jak trzaski metalu o podłogę w wielkiej hali produkcyjnej.

Gdy dźwięk się uspokoił, Gary natychmiast sprawdził, czy aby na pewno nikt nie wyszedł, ale nikogo nie zobaczył, więc poszedł na drugi koniec korytarza. Drzwi naprzeciwko były jakoś inaczej ozdobione. Nad drzwiami znajdował się półokrągły ornament przedstawiający jakąś rzeźbę w greckiej stylizacji. Podszedł do niej, przy drzwiach widniała tabliczka z napisem „Szef”.

Znów dobiegło go skrzypienie. Nim zdążył pomyśleć, przylgnął do ściany od strony zawiasów i zakrył usta. Pokój był otwarty na oścież, drzwi zasłaniały go, ale wiedział, że prędzej czy później ktoś wyjdzie, a on będzie na widoku. Co robić, co robić? – zastanawiał się. Nerwowo spoglądał na korytarz, sufit, drzwi, ale nic ciekawego nie znajdował. Przejście wciąż stało otworem, a Gary już szykował się na kontakt z jakimś człowiekiem.

Po chwili z pokoju wyszedł pogwizdujący mężczyzna w garniturze. Stanął za progiem, a Hayes modlił się, aby nie odwrócił głowy w jego stronę. Szczęśliwie dla niego – nie zrobił tego. Zamknął drzwi odwrócony plecami i nie wyczuwszy żadnego zagrożenia, minął Gary’ego.

Odetchnął, schylił się i położył ręce na kolanach. Miał trudności z uspokojeniem się, wnętrzności wciąż dobijały mu się do gardła, a serce pracowało jak tłoki w silniku samochodowym na pełnych obrotach. Potrzebował jak najszybciej opuścić administrację, limit szczęścia już wyczerpał, zresztą nie bez powodu mówi się „do trzech razy sztuka”, a po raz trzeci wolał nie prowokować losu.

Skorzystał z okazji i wszedł do otwartego pokoju. Od razu przyszło mu do głowy, czego zapomniał zrobić: chociaż miał ze sobą minikamerę, nie sprawdził, czy w środku nie ma dodatkowych osób. Litin już dawno zgromiłby go za takie niedopatrzenie. Jednak i tym razem fortuna się do niego uśmiechnęła. I to już trzeci raz!

Pokój wyglądał jak typowe biuro szefa, tylko o wystroju szlacheckim. Po kątach rozstawiono stoliki, na których stały czajniki i cukierniczki. Gary natychmiast zauważył, że z tego pokoju dało się przejść do jeszcze jednego, a napis „Dokumentacja” przyciągnął go do siebie jak magnes.

Drugi pokój był malutki, ale w całości wypełniony teczkami. Spodziewał się, że każda z nich zawiera zbiór dokumentów związanych z poszczególnymi eksponatami. Wyciągnął rękę po pierwszą z brzegu, ale zatrzymał się kilka centymetrów od niej, przypomniawszy sobie o pewnej rzeczy. Pochwalił się w myślach za powściągliwość i dobył z kieszeni rękawiczki, dopiero po ich włożeniu wziął teczkę. Była podpisana „Karabin Sten”, kolejna zawierała informacje o mundurze polowym wojsk radzieckich. Odłożył je, a po nich kilkanaście innych teczek, aż w końcu doszedł do odpowiedniej – podpisanej „Karabin Maroszek”.

Otworzył ją i rozpoczął przegląd dokumentacji. Zauważył papiery związane z przekazaniem broni z Muzeum Wojska Polskiego do Muzeum Powstania Warszawskiego, które zostało chwilowym dzierżawcą rzadkiego eksponatu. Termin upłynięcia dzierżawy karabinu mijał trzynastego kwietnia. Zatem Gary i Litwin mieli mniej czasu, niż im się wydawało. Muzeum Wojska Polskiego stanowiłoby już poważne wyzwanie dla włamywaczy i jeśli byłaby taka możliwość, to wolałby takowego uniknąć.

Dowiedział się ważnej informacji, ale wciąż nie wiedział jednego: jak ten karabin jest zabezpieczony? Musiał mieć jakieś blokady, przecież jednego z najcenniejszych eksponatów nie można zostawić na pastwę losu. Przewertował kartki, aż w końcu doszedł do dokumentacji związanej z umieszczeniem karabinu w gablocie ochronnej. Po pierwszym opisie, mówiącym o sposobie przechowywania oraz zabezpieczeniu karabinu przed dotknięciem, czytał dalej, aż dotarł do fragmentu o zamontowanych czujnikach. Na tej lekturze się skupił.

Trzask drzwiami pokoju szefa. Na chwilę przestał czytać i skupił się na zasłuchiwaniu rozmowy.

– Tak jak panu wspomniałem, wszystkie dokumenty dotyczące przekazania karabinu mamy już uzupełnione i zgodnie z planem przekażemy je z powrotem w ręce muzeum – rzekł prawdopodobnie kustosz Muzeum Powstania Warszawskiego.

– Dobrze, proszę pana, zatem mogę załatwić transport na trzynastego kwietnia?

– Oczywiście, moi ochroniarze i konserwatorzy zabytków pomogą dopełnić wszelkich formalności, aby transport odbył się bez uszczerbku na karabinie.

Później rozmawiali jak kumple sprzed wielu lat, chociaż wciąż zwracali się do siebie per pan. Kustosz poprosił sekretarkę, aby ta zrobiła im kawę i zasiedli do kontynuowania rozmowy.

Gary z powrotem skupił się na dokumentacji Maroszka. Doczytał, że jakiekolwiek naruszenie szklanej konstrukcji wywoła alarm, nawet podniesienie szklanego klosza przykrywającego broń. Jest on położony na drewnianym podeście zasłoniętym czarnym małym parawanem, również i jego lekkie odsunięcie spowoduje podniesienie alarmu. Główny czujnik wyłączający zabezpieczenia znajduje się tuż pod nim, ale żeby bezkolizyjnie się tam dostać, trzeba po kolei odcinać czujniki – od dołu aż do samej góry.

Potem Gary usłyszał coś, co zmroziło mu krew:

– Tak, panie kustoszu, jego dokumentację mam pod ręką, zaraz ją panu przyniosę.

Szlag, idzie tutaj, god dammit, jak się stąd wydostać?! – grzmiał w myślach, ale wściekłości ciskane w głowie nie mogły pomóc mu wyjść z pułapki, w którą sam się zapędził. Głowa nerwowo kręciła się na wszystkie strony, ale również i to nie pomogło w znalezieniu odpowiedzi. Szef muzeum zbliżał się, by oprócz dokumentacji odkryć nieproszonego gościa.

Gary spojrzał na drzwi i zrozumiał jedno: nie ma innej możliwości – trzeba siłą stąd uciec. Stanął przy drzwiach i czekał, aż szef je otworzy. Gdy klamka się obniżała, Amerykanin z całej siły popchnął drzwi i pełnym biegiem ruszył przed siebie. Kątem oka dostrzegł, że szef przewrócił się, a kustosz Muzeum Wojska Polskiego wgłębił się w oparcie fotela i nie wiedział, co począć. Gary migiem znalazł się na korytarzu i nie patrząc za siebie, biegł do wyjścia.

Poczuł, jak coś ciężkiego rzuciło mu się na plecy i powaliło go na podłogę. Była to ta sama starucha, która przegoniła go z sekretariatu. Zrobiła szeroki raban, tak że Hayes już słyszał, jak z pobliskich pokojów tuptają pracownicy. Po chwilowej szamotaninie Gary strącił kobietę z siebie i zobaczył otwierające się drzwi pokoju, wtedy zawrócił i przez schody zbiegł ku wyjściu, gdzie szczęśliwie nikogo nie było.

Wybiegł na zewnątrz i stamtąd przez bramę na ulicę, a potem dalej biegiem – do samochodu. Miał nadzieję, że przynajmniej Litinowi coś więcej udało się znaleźć.