Powstanie Ragilii – Rozdział 2 część 2 fantastyka

Rozdział 2 – część 2 – fantastyka w najlepszej postaci

Nim nastał świt, dzwony w Itrapie zabrzmiały, i momentalnie wybudziły wszystkich ze snu.

– Właź pod leżankę! – krzyknął Mokar do Krola, kiedy ten się przebudził. – W co ja się wpakowałem?! Jeszcze będę odpowiadał za ukrywanie zbiega.

Krol nie wiedział, o co przyjaciel się wściekał, ale zignorował to po chwili, gdy Daron zawładnął jego myślami. – Kim jest ten cały Daron, a przede wszystkim Ogran? – zastanawiał się.

Nim zasnął, próbował rozmawiać o nim z Mokarem, ale niebieskołuski szybko zakończył temat. Nie wierzył, że Krol mógł mieć takie marzenia o wolności.

– Gdzie mogę się czegokolwiek dowiedzieć o tym Daronie? – zapytał Krol sam siebie, kiedy strażnicy pognali już wszystkich jaszczuroludzi do pracy i Itrapa opustoszała. – Może w świątyni Goryi coś będzie. – Świątynia leżała po drugiej stronie Itrapy. Ostatni kapłan służył w niej kilka pokoleń temu, kiedy jeszcze ludzie traktowali jaszczuroludzi jak równych sobie.

Zmierzał bagnistą drogą do świątyni. Mokradła wciągały jego nogi, tak, że już kostki były całkowicie zanurzone w błocie. Palące słońce nie potrafiło wysuszyć gleby nim przyjdzie deszcz popołudniu. Liany spadające z drzew oplatały jego ręce, próbował je od siebie odsunąć – lecz im bardziej próbował, tym bardziej obwijały się wokół jego rąk. Żałował, że nie zabrał z sobą żadnego noża – miał wrażenie, że któreś z drzew za chwilę go osaczy do tego stopnia, że nie będzie w stanie się poruszyć.

Wtem jakaś wielka siła rzuciła się na niego. Stracił równowagę i upadł na plecy, a przeciwnik próbował wbić się w niego zębami. Krol złapał najbliższy badyl, zwinnie się obrócił, po czym z całej siły uderzył nim w plecy agresora. Bestia zaskomliła i na czterech łapach uciekła w głąb dżungli.

– Przeklęte jaszczury. – powiedział z wściekłością, po czym dodał. – Ale przynajmniej są wolne. – Skinął głową i poszedł dalej w kierunku świątyni.

Część z jaszczurów nie dała się udomowić i nadal pozostawała dzikimi stworzeniami. Rozmnażały się szybciej niż owady w lesie i stanowiły poważne zagrożenie dla wszystkich zwierząt. Krol słyszał jak jego prapradziadkowie odganiali jaszczury, żeby ich więcej nie nawiedzały. Wielu z nich zginęło, kiedy grupa takich jaszczurów zaatakowała.

Nie spodziewał się, że dzikie jaszczury podeszły aż tak blisko, lecz mimo obaw o kolejny atak, szedł dalej. Ścieżka została zatarta, lecz jak dobrze pamiętał, prowadziła wprost do świątyni Goryi. Krol z powodu klimatu, panującego w dżungli, czuł ciepło, które zmuszało go do częstego spożywania wody. Zbierał ją z liści bambusa lub chatilu, które jako jedne z nielicznych roślin, gromadziły ją w łodygach. Myślał, że przed śniadaniem dotrze do świątyni, tym bardziej, że nie była zbytnio oddalona od miasteczka. Kiedy jednak wyszedł na jedno z wyższych drzew, dostrzegł, że był w pobliżu Itrapy.

Czekała go długa przeprawa przez rejony zapomniane przez pobratymców i ludzi. Momentami ścieżka mieszała się z błotem, lub została zalana tak bardzo, że należało ją przepłynąć. Zielonołuskowy potrzebował dowiedzieć się, kim był ten cały Daron i w jaki sposób walczył z ludźmi. Kiedy pomyślał, że ludzie znęcali się nad jego braćmi, gdy on zmierzał do świątyni, górę brałą frustracja. Jeszcze szybciej pragnął znaleźć się w zapomnianej świątyni. Ta zaś pojawiła się po przepłynięciu kilku mniejszych bagien i przejściu mielizny między nimi.

Świątynię wydrążono w ziemi. Nad jej wejściem unosiła się hydra z trzema głowami, od których szły długie szyje. Słyszał o tych istotach – jego dziadek opowiadał, jak przeżył spotkanie z taką istotą, i od tej chwili stanowiło to przestrogę dla Krola, aby nie wchodził w dalsze zakamarki bagien. Czcili te istoty, jako wielkich przodków mokradeł, twórców świata Ererat i strażników przed wejściem do Goryi. Obok wejścia pojawiły się figury z trzema jaszczurami, skierowanymi w stronę hydr. Wejście do świątyni oplatały drzewa i grube pnie.

Wyciągnął maczetę z sakwy i zaczął torować przejście. Gdy przestąpił próg świątyni, dostrzegł zapalone pochodnie, które odsłaniały malowidła na skale. Przedstawiały życie jaszczurów, które nie wyglądało na niewolnicze. Wielu z nich miało własne warsztaty, chodzili gdzie chcieli, bawili się, czy składali modły hydrom. Im dłużej na nie spoglądał, tym bardziej się uśmiechał. Mokar nie miał racji. Jaszczuroludzie byli wolnymi istotami i nie byli przeznaczeni do pracy niewolniczej.

– Witaj Krolu.

Czerwonołuski poderwał się na przywitanie. Spojrzał w stronę źródła dźwięku – stał tam Ogran, który tym razem był ubrany w szaty kapłańskie, zasłaniające jego niebieskie łuski. Krol od dawna nie widział opiekunów świątyni. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni miał z nimi do czynienia.

– Co tu robisz? – spytał z przestrachem zielonołuskowy.

– Jestem i kultywuję historię o naszych korzeniach. – Kapłan spojrzał na gobeliny nad sobą. – Widzisz ten? Pokazuje, jak wyglądała nasza praca. Wytwarzaliśmy przedmioty, za które dostawaliśmy pieniądze. A ten dla przykładu mówił, jakie prace wykonywaliśmy.

Krol czuł się bezpiecznie, gdy patrzył na malowidła, przedstawiające pobratymców, którzy wytwarzali ubrania, narzędzia, czy glinę do zabudowy lepianek. Nie byli przymuszani – pracowali z własnej woli.

Spoglądając na Ograna, rozważał przyczynę jego obecności. Chciał mu zaufać, a z drugiej strony nie wiedział, czy on był godny zaufania Krola. Aura tajemniczości, która spowiła kapłana, nie pomagała czerwonołuskowemu mu zaufać.

– Kim jesteś? – zapytał go.

– Ogran, przecież przedstawiłem się – odrzekł z rozbrajającą szczerością. – Pytanie, kim ty jesteś?

– Krol, ja również się przedstawiałem, ale dlaczego ty jesteś wolnym jaszczurem, a nie pracujesz jak pozostali?

– Tak bardzo chcesz dla nas niewolniczego życia?

– Nie chcę, ale …

– Ale?

 

Dalsza część opowiadania poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

Albo postaw mi kawę, będę serdecznie za nią wdzięczny:

 

– Ale możesz odpowiadać na pytania, a nie przerzucać je na mnie? Czuję się z tym niezręcznie. Czemu mnie tutaj przyprowadziłeś?

– Nie przyprowadziłem cię – sam przyszedłeś.

Chciał mu zaoponować, lecz po chwili przyznał mu rację.

– Pytanie tylko, po co przyszedłeś – jego źrenice się rozszerzyły.

– Powiedziałeś mi o Daronie, więc chciałem się dowiedzieć, kim on był. To pierwsze miejsce, które mi przyszło do głowy.

– Popatrz na gobeliny nad sobą.

– Na co?

– Na malowidła nad sobą. – Zielonołuskowy spojrzał w górę, gdzie była pokazana radość jaszczuroludzi, którzy otrzymywali hojne dary od hydr. – Hydry były nie tylko wielkimi bóstwami, ale również nagradzały nas obfitymi darami za posłuszeństwo. Swoimi długimi szyjami sięgały tam, gdzie złote ważki nie dały radę wylecieć – ściągały z drzew pożywienie. Wiwerny były ich strażnikami i broniły naszych ziem przed najazdem obcych.

– Co się z nimi stało?

– Od momentu najazdu ludzi znikły. Nie wiadomo, czy się ukrywają, czy po prostu miejsce straciło boskie moce, i odeszły.

– Jakie moce? – Oczy Krola zalśniły.

– Popatrz tutaj. – Spojrzał na malowidło, które przedstawiało zwierzę na czterech nogach, które zamiast stóp miało kopyta, potężne ciało z podłużną głową, z której wyrastały dwa rogi. – To byczar, nazwa wzięła się od podobnych zwierząt, którymi ludzie się opiekowali, ale oni nazywają je bykami. Różniły je to, że były znacznie większe od byków, zionęły ogniem i ich spojrzenie potrafiło zabić. – Krol spojrzał z przestrachem i fascynacją na stworzenie. Nie słyszał o nich, ani ich nie widział. – Chodźmy dalej. – Podeszli do następnego malowidła, które pokazywało zwierzę podobne do jaszczura, ale z grzbietu wyrastały my kły, a szyję i głowę oplatała błona.

– Tak wyglądały kiedyś jaszczury? – doszedł do wniosku Krol.

– Podobno się od nich wywodzimy. To bazyliszek, którego spojrzenie potrafiło zamienić w kamień.

– Ekstra – odrzekł zafascynowany Krol.

– Nie byłbym taki pewny. Te istoty potrafiły zamienić w kamień każdego, nawet człowieka.

– Jak to? Jak to robiły?

– Po prostu –  Ogran przyciągnął Krola do siebie i spojrzał mu głęboko w oczy, co Krol odwzajemnił wzrokiem przestraszonym i zaskoczonym jednocześnie – właśnie tak.

Zielonołuskowy nie wiedział, co miał oznaczać ten pokaz siły. Czuł, że miał do czynienia z mądrym jaszczuroczłowiekiem, który widział wiele i pamiętał jeszcze więcej, ale czasami wciąż stanowił dla niego zagadkę.

– Po co mi to wszystko pokazujesz?

– Bo oto dochodzimy do tego, który te wszystkie mityczne istoty potrafił podporządkować sobie. – Korytarzem przeszli do kolejnej jamy, na której ścianie znajdowało się malowidło wielkiego Jaszczuroczłowieka. – To jest Daron, ten, który rządził królestwem Jaszczuroludzi, zanim napadli ludzie. To on nadał Ragilii status królestwa i był pierwszym i jedynym jaszczuroczłowiekiem, który oswoił hydry, wiwerny czy byczary, a wraz z nimi dołączyły do niego również bazyliszki. Kraina bagien była wówczas jedną z największych i najbardziej rozwiniętych na Ererat. – Przeszli dalej, gdzie widniało malowidło przedstawiające atak ludzi, lecz wyglądało, jakby było niedokończone.

– Dlaczego jest niedokończone? – zapytał Krol.

– Bo ludzie już wybili wszystkich kapłanów. – rzekł Ogran ze spokojem. – Zniszczyli większość świątyń i zagrabili jakiekolwiek dobra jaszczuroludzi i gnollów, przez co teraz jesteście niewolnikami. – Już chciał o coś zapytać, ale Ogran kontynuował. – Udało mi się zachować tą ostatnią świątynię i jak się okazało była ona najbliżej Itrapy. Jednego z największych miast Ragilii, po której zostały lepianki, w których mieszkacie.

Dla Krola wszystko, co widział, przekraczało jego najśmielsze wyobrażenie. Byli wolnymi ludźmi, potężne istoty bagien były im posłuszne, te istoty boskie posiadały moce, które nie równały się z niczym i nikim. Pragnął takiego królestwa dla siebie i swoich braci. Pragnął wolności, wręcz kipiała w nim złość, że Ragilia już taka nie była.

Gdy chwilowa euforia opadła zapytał.

– Czemu mi to wszystko pokazujesz?

– Przyznaję, że już dość mam patrzenia, jak moi pobratymcy cierpią. Umierają na pociechę ludzi, którzy nimi gardzą. Napatrzyłem się już dość i chciałbym, żeby to, co widziałeś było żywe. Żeby nie były już wspomnieniem tylko faktem. Żeby Ragilia znów była wielkim królestwem.

– Tak również chciałbym, ale – posmutniał natychmiast – nikt mi nie uwierzy.

– Przyprowadź ich tutaj i powiedz co ci opowiedziałem.

– Jak mam ich przeko …

Rozglądał się po świątyni, ale Ograna już nigdzie nie było. Znów znikł mu z oczu i nie zdążył się z nim pożegnać. Miał tyle pytań do zadania, a ten, który mógł mu udzielić odpowiedzi rozpłynął się w powietrzu. Aczkolwiek było w nim przeczucie, graniczące z pewnością, co teraz powinien zrobić. Przyprowadzi tutaj Mokara, później Krapa, a następnie każdego jaszczuroczłowieka, i z tą myślą opuścił świątynię i wrócił do Itrapy.

 

Ogran patrzył, jak Krol wychodził ze świątyni. Uśmiechnął się w duchu na myśl, do czego dojdzie.

– Idź Krolu, powiedz co widziałeś.

Znikł wewnątrz świątyni zadowolony, że wszystko szło zgodnie z planem.

 

Sprawdź moje media społęcznościowe:

https://www.facebook.com/KamilSobikPisarz

https://www.instagram.com/kamil_sobik_pisarz

 

Jeśli chcesz poznać inne moje opowiadania, czy powieści, fantastyka i nie tylko, to zapraszam do sklepu:

/sklep/

Korekta i Beta Czytelnik: Karolina Kwarcińska

Chat GPT czy należy się go bać?

Wiem, że ten artykuł piszę mocno spóźniony, jednak z racji, że powracam do blogowania, to postanowiłem wrócić do tej kwestii. Co mnie skłoniło do wsadzenia kija w mrowisko? Muszę przyznać, że moje osobiste obawy. Raczej nie obawiam się, aby w tej chwili sztuczna inteligencja, czy najbardziej znany właśnie Chat GPT zrewolucjonizował jakoś rynek pisarski. Aczkolwiek, nie mówię, że tak się nie stanie.

Chcecie porozmawiać o sztucznej inteligencji w literaturze?

Jeśli tak, to serdecznie zapraszam do dalszej części artykułu i zachęcam do pozostawienia swojej opinii.

Co to jest Chat GPT?

Chat GPT to takie urządzenie, które stworzy nam grafiki, teksty do bloga, posty na media społecznościowe, czy nawet da pomysły na różne zabawy, na podstawie wpisanej komendy. Dla przykładu jeśli chcesz grafikę przedstawiającą słonia w trampkach, to w Chat GPT w polu komenda wpisujesz takie polecenie, a on za pomocą tego co napiszesz rysuje dla ciebie słonia w trampkach. Proste i jednocześnie rewolucyjne.

Skoro to takie proste, to pewnie każdy będzie z tego korzystał?

Nie mówię, że nie. Sam korzystam z Chat GPT, żeby właśnie dowiedzieć się czegoś o danym zagadnieniu bez wyszukiwania informacji i szperania po stronach. Również stworzy za mnie jakieś proste grafiki, które później wykorzystuję na IG, jednak czy każdy z tego będzie korzystał? Wydaje mi się, że nie, mimo wszystko. Ponieważ już teraz widać kto z tego korzystał i jakoś grafika czy treść postu stworzona przez AI nie jest mile przyjmowana. Aczkolwiek wykorzystanie Chatu GPT do dalszej pracy może być dobrym pomysłem.

Co takiego jest strasznego w Chat GPT?

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo z racji, że sam korzystam z niego do tworzenia wielu grafik do promocji, to mimo wszystko profesjonalne przygotowanie grafiki na okładkę mojej powieści już zlecam specjaliście.

Wydaje mi się, że tym, co odpycha najbardziej od Chat GPT, jest to, że nie tworzy czegoś całkowicie nowego tylko wykorzystuje materiały, które już występują w Internecie lub którą twórcy wrzucają do maszyny, aby lepiej uczyła się generowania materiałów. Nie chciałbym, żeby moja powieść była wykorzystywana jako pokarm dla maszyny. Nie chciałbym, żeby kopiowała mój sposób pisania powieści ani czerpała styl do tworzenia nowych tekstów. Mimo wszystko wolałbym, aby ta sfera pozostała w rękach ludzi.

Z drugiej strony, jak to pani Katarzyna Bonda napisała: Nie ma czegoś, co by już wcześniej nie zostało napisane – więc tak czy inaczej sami nie stworzymy czegoś, co już ktoś wcześniej nie opisał.

Sorry, taka prawda.

 

Dalsza część artykułu o Chat GPT poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

Albo postaw mi kawę, będę serdecznie za nią wdzięczny:

 

Aczkolwiek tego nie lubię w Chacie GPT

I to co teraz napiszę nie odnosi się do samego urządzenia, tylko do wykorzystywania go przez ludzi. Coraz częściej dostrzegane jest wykorzystanie grafik stworzonych właśnie przez Chat GPT, czy inne AI, do zarabiania i podpisywania się pod nimi. Wydaje mi się, że to już jest pójście na łatwiznę i usilne cięcie kosztów. Niektóre grafiki, które wytworzyłem za pomocą Chat GPT, są naprawdę profesjonalnie zrobione i jestem pod silnym ich wrażeniem. Jednak, czy tak powinna wyglądać praca grafika? Nie, bo jednak cenimy sobie kunszt artystyczny danego twórcy. Podobnie wy też doceniacie to, w jaki sposób piszę powieści, czy chociażby ten artykuł.

Dla mnie sztuka to jednak kreatywność i tworzenie czegoś nowego. Nie wykorzystywanie schematów, które już kiedyś zostały stworzone i tylko są pokazywane w innej postaci, czyli takie troszkę odgrzewane kotlety.

Aczkolwiek, jestem w stanie zaakceptować tworzenie np. grafik do postów i nie raz mi wręcz ratują cztery litery, bo nie jestem mistrzem graficznym, a jednak efekt wizualny lepiej działa na zmysły, niż zwykły tekst. Co zrobię? Albo się dostosuję, albo mogę zwijać zabawki.

Co mogę powiedzieć o Chat GPT?

I nie tylko o nim, bo powstaje coraz więcej oprogramowań, które wykorzystują sztuczną inteligencję. Na pewno jest to krok w kierunku optymalizacji pracy, jednak zawsze jak się coś modernizuje lub usprawnia, to ktoś musi na tym cierpieć i niestety, ale artyści mogą być najbardziej poszkodowani.

Obawiam się o swoją przyszłość i przyszłość swojej twórczości, kiedy sztuczna inteligencja osiągnie wysoki poziom. Mimo wszystko jest to na swój sposób wyjątkowe przedsięwzięcie i na pewno rewolucyjne narzędzie, ale czy dobre? Niech czas to pokaże.

Są branże, w których Chat GPT zrewolucjonizuje rynek

Np. w pracy biurowej czy pracy marketingowej (nie kreatywnej). Dążymy do tego, żeby sztuczna inteligencja miała coraz więcej pracy i żeby pod wieloma względami nas zastępowała, bo co tu się oszukiwać – jeśli ktoś jest w stanie zrobić tysiące obliczeń w ciągu sekundy, to ma większą moc przerobową, niż człowiek, robiący jedno działanie przez godzinę (czy choćby minutę).

Dwa zdania na koniec

Wbrew pozorom, jestem za tym, żeby się rozwijała. Może nie w tym kierunku aby całkowicie zastępowała artystę, ale niech będzie wsparciem. Sam z niej korzystam i to dość mocno, lecz wiem, gdy będę potrzebował coś profesjonalnie stworzyć, jak np. okładkę dla powieści, to zlecę to profesjonaliście.

 

Sprawdź moje media społęcznościowe:

https://www.facebook.com/KamilSobikPisarz

https://www.instagram.com/kamil_sobik_pisarz

 

Zapraszam również na nowe pojawiające się opowiadania, tym razem opowiadam jak powstało królestwo jaszczuroludzi:

Pierwsza część już dostępna:

/powstanie-ragilii-rozdzial-1-czesc-1/

 

Wejdź na mój sklep, tam również są ciekawe historie:

/sklep/

 

Korekta: Karolina Kwarcińska

 

Powstanie Ragilii – Rozdział 2 część 1

Rozdział 2 – część 1 – ciąg dalszy opowiadania fantasy

Okazało się, że nurt rzeki nie porwał Krola daleko od miejsca budowy mostu. Jaszczuroczłowiek po wykonaniu kilku kroków dostrzegł pobratymców, którzy nieśli kamienie do budowy mostu. Zbliżał się wieczór, więc za chwilę skończy się dzień roboczy i wszyscy niewolnicy schowają się w swoich lepiankach. Zielonołuskowy wyszedł na pobliskie drzewo i obserwował okolicę. Ilekroć spoglądał, jak ludzie znęcali się nad niosącymi kamienie, czy murującymi most, to gromadziła się w nim złość i miał ochotę zejść i zbić oprawców.

Poczekał aż skończy się dzień roboczy i gdy wszyscy opuścili miejsce pracy zszedł z drzewa, po czym poszedł do lepianek jaszczuroludzi. Znajdowały się w samym centrum Ragilii w mieście Itrapa. Po dniu pracy jakkolwiek próbowali ulżyć swojemu cierpieniu i choć trochę złapać oddech od pracy. Nikt z nich nigdy nie opuścił bagien, więc tylko z opowiadań słyszeli, jak było w innych krainach. Gradenianie pilnowali tego, żeby żaden jaszczuroczłek nie przekroczył granicy bagnistej Ragilii.

Przemierzał lepianki dostrzegając, jak małe dzieci próbowały się bawić, lecz przez bicze, które otrzymywały od ludzi, część z nich ociekała krwią, a każde z nich miało blizny, które nigdy się nie zagoją. Dorośli próbowali poczuć się swobodnie, ale każdemu z nich trzęsły się ręce, dygotali nerwowo, a niektórzy wręcz wymiotowali wnętrznościami.

Tak być nie może! – wrzasnął Krol w myślach i przyszedł do namiotu Mokara, który jako jeden z nielicznych nie umiał i nie chciał się angażować w kontakty z innymi. Po skończonej pracy siedział z założonymi nogami i z zamkniętymi oczami oddychał. Również i teraz tak robił, co dla Krola było nietypowe.

– Miło cię widzieć Mokar.

Rzekł Krol, na co natychmiast oczy niebieskołuskowego skierowały się ku wejściu. Gdy dostrzegł zielonołuskowego przyjaciela natychmiast przerwał swoją czynność i rzucił mu się w ramiona. Ręce mu drżały, ale ucieszył się na widok kompana.

– Mi również miło ciebie widzieć. – odparł jeszcze mocniej przytulając towarzysza, co Krol poczuł ściskającymi się żebrami tak, że aż mu brakowało tchu. – Jakim cudem przeżyłeś? – Zastanawiał się. – Co prawda rzuciłem ci sztylet od tego strażnika, ale nie wierzyłem, że ci się uda.

– Zatem dzięki tobie przeżyłem. – Uśmiechnął się Krol i natychmiast przywarli do siebie.

Po dłuższej chwili czułości usiedli i zaczęli rozmawiać o wszystkim, co im się nasunęło na język. Słowa, które wypowiadał Mokar były przerywane wysuwającym się językiem, żeby wchłonąć jakąś muchę lub innego owada.

– Teraz, kiedy oni myślą, że nie żyję, to czuję się wolny. – stwierdził Krol. – Wspaniałe uczucie.

– Też chciałbym to czuć. Ale muszę pracować dla tych wścibskich i okropnych ludzi! Mam ochotę ich wyrżnąć, co do jednego.

– To zróbmy to! – postanowił Krol.

Spojrzał na zielonołuskowego z szerokimi oczami.

– Chyba na twarz upadłeś i nie wiesz, co się dzisiaj wydarzyło. Mało co nie zginąłeś pod cokołem. Nadal krwawisz od ran, które zadał ci ten strażnik. – Dopiero w tej chwili Krol przypomniał sobie o zniszczonych plecach. – Może i nie żyjesz dla ludzi, ale myślami odpłynąłeś do Goryi.

– Nie, nie zwariowałem. – postanowił twardo. – Jestem tutaj i wiem co chcę zrobić. Nie chcę już więcej cierpień dla nas. Chcę wolności, abyśmy żyli wolni, tak jak ludzie.

 

Dalsza część opowiadania poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

Albo postaw mi kawę, będę serdecznie za nią wdzięczny:

– Na głowę upadłeś! Wiesz, co grozi za podburzanie innych do buntu?! Śmierć, i to bez sądu! Naprawdę takiej wolności chcesz?

– Nie, wyrzucić ich stąd i zacząć żyć, jak wolny lud.

– Naprawdę nic cię te lata nie nauczyły? Krol, dla nas nie ma wolności. Jesteśmy niewolnikami i czy się nam to podoba, czy nie. Możemy tylko narzekać na swój los, ale go nie zmienimy. Zostaliśmy stworzeni, jako niewolnicy i jako niewolnicy umrzemy.

– Ty byś tylko narzekał, a nie działał.

– A co nam pozostało?! Bierzemy te cholerne kamienie, przenosimy na miejsce i idziemy po następne i robimy to tak, aby ludzie nas nie biczowali. Pogódź się z tym, że taki nasz los.

– Taki sam los chcesz sprawić swoim dzieciom?

Mokar od zawsze marzył o rodzinie, lecz wciąż zarzekał się, że nie nadawał się do życia rodzinnego, chociaż w głębi duszy pragnął tego.

– Nie mam dzieci, jak je będę miał, to wtedy będę myślał.

– Wtedy, to już będzie za późno. Wyobraź sobie, że każdy z nas jest wolny, robi to co chce i na co ma ochotę i kiedy ma na to ochotę. Czyż ta wizja nie jest piękna?

– Nawet moje dzieci robiłyby co chcą? – Skinął mu. – To przecież byłoby najpiękniejsze życie. Chciałbym go mieć. – Uśmiechnął się na myśl o tej wizji, ale później zrozumiał, że była to tylko wyobraźnia. – Jednak niestety nierealna.

– Uwierz, może się tak stać.

– To ty w końcu zrozum, że nie ma dla nas innego życia! Może wyobraźnia rzeczywiście tak ci podpowiada, ale ono nie jest dla nas. Popatrz na to – wskazał mu pręgi na ręce, które otrzymał za opuszczenie kamienia – spójrz na swoje plecy. Nic ci to nie mówi?! Jesteśmy niewolnikami do końca życia.

– Możemy być wolni i dowiem się w jaki sposób to możemy zrobić.

Wyszedł z lepianki Mokara i zmierzał w kierunku swojej. Tuż przed nią zauważył ludzi, którzy podpalali ją, a pozostali patrzyli na nią. Chciał zareagować i nie dopuścić do spalenia domu, ale wtem jeden z jaszczuroludzi, który miał ciemnoniebieskie łuski pochwycił jego rękę i wrzucił zza jedną z lepianek.

– Lepiej siedź w cieniu i nie wychylaj się.

– Zostaw mnie, muszę ratować swój dom.

– Już nie masz domu! Umarłeś, nie pamiętasz?

– O czym ty mówisz?! – zaszokował go tym stwierdzeniem. – Przecież żyję.

– Ale dla ludzi nie żyjesz, więc teraz najlepsze co mogą dla ciebie zrobić, to właśnie spalić twoją chatę. Dopiero teraz możesz żyć jak wolny jaszczur, więc doceń to.

Gdy zrozumiał słowa niebieskołuskowego uspokoił się i powstał.

– Kim jesteś?

– Jestem Ogran i tyle wystarczy ci wiedzieć. Pytanie jest co ty chcesz z tą wolnością zrobić.

Mimo, że Ogran wymusił na nim tą rozmowę, to czuł, że po tych kilku zdaniach, w których brzmiał pewnie, nabrał zaufania do niego.

– Chcę wykurzyć stąd ludzi. Zabić każdego z nich, żeby nikt z nich się tu więcej nie pojawiał.

– Szlachetne postanowienie. Podobnie jak zrobił to kiedyś Daron.

– Jaki Daron?

– A to nie wiesz? W takim razie  pozostawię Cię z tą wiedzą.

– Jaką wiedzą? O czym ty mówisz? Hej! Dokąd idziesz?!

Nim zdążył odpowiedzieć niebieskołuskowy zniknął za lepianką. Krol natychmiast pobiegł za nim, ale tam gdzie powinien być już go nie było. Zupełnie, jakby rozpłynął się w powietrzu. Stanął ponownie przed swoją lepianką, która w najlepsze płonęła, a ogień dosięgał pierwszych liści drzew.

Siedział mu ten Daron. Nie wiedział, kim był, a przede wszystkim czemu Ogran mu o nim powiedział? I kim był ten Ogran? Wiedział, że na żadne z pytań nie dostanie odpowiedzi, więc wrócił do lepianki Mokara, który pozwolił mu przespać tę noc.

 

Sprawdź moje media społęcznościowe:

https://www.facebook.com/KamilSobikPisarz

https://www.instagram.com/kamil_sobik_pisarz

 

Jeśli chcesz poznać inne moje opowiadania, czy powieści, fantasy i nie tylko, to zapraszam do sklepu:

/sklep/

 

Wzrost czytelnictwa o 9 p.p. w roku 2023

Tak brzmiał nagłówek artykułu opublikowanego przez Bibliotekę Narodową 5 kwietnia tego roku, który prezentował stan czytelnictwa w Polsce w 2023 roku. Początkowo popadłem w hura optymizm, że wzrosło czytelnictwo w Polsce. Czyżby? Sprawdźmy to.

Co oznacza ten wzrost, o którym wspomina raport?

Prezentuje wzrost czytelnictwa. Czyli czego dokładnie? Biblioteka Narodowa tłumaczy to, że o 9 p.p. wzrosła liczba osób, która sięgnęła po co najmniej jedną książkę w 2023 roku. Brzmi pięknie prawda? Sam popadłem w ten optymizm, jednak po chwili się zreflektowałem.

Czy przeczytanie jednej książki, to rzeczywiście tak dużo?

Moim zdaniem nie, zwłaszcza, że badanie uwzględniło również e-booki, audiobooki, podcasty i inne materiały audiowizualne, a nawet … gazety i czasopisma. Sam osobiście lubię słuchać audiobooków i nic nie mam przeciwko ich wykorzystaniu i mimo, że nie jestem zapalonym słuchaczem książek audio, to już mam ich kilka przeczytanych w tym roku. Dodam, że przez swój tryb pracy nie mam wiele czasu na ich czytanie (więc stosik hańby rośnie). Wydaje się, że osoby, które czytają powinny mieć ich zdecydowanie więcej na swoim koncie już w tym roku.

I tu przechodzimy do drugiego ważnego wskaźnika.

Co wskazuje nam statystyka mówiąca o czytelnikach, którzy przeczytali 7 i więcej książek?

Nie zmieniła się. Pozostała na stałym 8% poziomie. Oczywiście nadal tu uwzględniamy wszystkie formaty książek, więc mimo to, że mamy coraz szerszy dostęp do publikacji nie przekłada się to na zwiększoną ilość przeczytanych egzemplarzy na osobę.

Powiecie, że jestem jakimś pesymistą, ale czy naprawdę przeczytanie siedmiu książek na rok to dużo? Nie mówię tu o grubych tomiszczach, typu Władca Pierścieni, seria Students, bądź moja seria Gary & Litin – mam tu na myśli poradniki, które nie mają nawet stu stron, a są traktowane podobnie jak wymienione wcześniej serie. Żeby nie było – nic im nie odbieram – wskazuję tylko, skąd pochodzą dane. Zatem sami sobie odpowiedzcie – czy to jest tak wielka liczba?

 

Dalsza część artykułu poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

Albo postaw mi kawę, będę serdecznie za nią wdzięczny:

Aczkolwiek już ten wskaźnik wpływa na wzrost czytelnictwa w Polsce

I to mnie cieszy, że był wskaźnik, który znacząco wzrósł w porównaniu z zeszłym rokiem, a mianowicie sposób zaopatrywania się w książki. Wszyscy mówią, że wzrosło czytelnictwo o 9 p.p., a nikt nie wspomina, że o … 12 p.p. wzrósł zakup powieści wśród respondentów i że jest to najwyższy wskaźnik od ostatnich pięciu lat!

Cieszy mnie jako pisarza taki sposób zaopatrywania się w powieści. Cieszy dlatego, że czytelnicy wolą mieć powieść dla siebie, niźli wypożyczyć, a później zwrócić. Dodatkowo spadł znacząco (o 8 p.p.) udział pożyczania powieści wśród rodziny, znajomych itp. Dowodzi to tego, że po okresie stagnacji spowodowanem między innymi Covidem znów zaczynamy jako społeczeństwo chętniej kupować książki.

Wzrosła liczba mężczyzn korzystających z bibliotek publicznych

Czytelnictwo wśród mężczyzn w przedziale wiekowym dwadzieścia pięć do trzydzieści dziewięć lat wzrosło o 4,6 p.p. Mam tutaj na myśli, że wzrosła liczba mężczyzn w tym wieku korzystających z biblioteki publicznej – i powiem wam, że zadowala mnie ten trend. Cieszę się, że mężczyźni również coraz chętniej korzystają z zasobów bibliotek.

Na czym opiera się czytelnictwo w Polsce?

A więc jakie publikacje najbardziej lubimy czytać? Pewnie niewielu z was zaskoczę, ale najczęściej wybieranym typem książek są pozycje z gatunków obyczajowych, erotyki czy romanse. Mogę tutaj tylko wymienić serię Students, czy Rodzinę Monet, które zdominowały Tik Toka czy inne media społecznościowe, więc siłą rzeczy musiały być najbardziej poczytne.

Prawda? … A właśnie, że nie!

Szok i niedowierzanie?

Co prawda wspomniane przeze mnie serie całkowicie zdominowały Tik Toka, ale to jednak nie ten typ publikacji był najbardziej czytany w poprzednim roku.

Polskie czytelnictwo zdominowały kryminały, thrillery i sensacje

Wystarczy popatrzeć na pierwsze miejsca wśród bestsellerów na najpopularniejszych platformach e-commerce. Max Czornyj, Robert Michniewicz, Wojciech Chmielarz, czy B.A. Paris, to tylko nieliczne przykłady autorów kryminałów. Na drugim miejscu znalazła się literatura zaliczana do obyczajowej, romansów i innego rodzaju literatury kobiecej (wiem, że dużo mężczyzn też je czyta, ale nie miałem lepszego określenia – jeśli takowe znacie, dajcie znać w komentarzu), ale już trzecie miejsce stanowiło dla mnie zaskoczenie.

Czy wiedzieliście, że na trzecim miejscu znalazła się literatura non fiction, czyli wszelkiego rodzaju poradniki, biografie, publicystyka, czy historia XX wieku? Przyznaję, że było to dla mnie mocne zaskoczenie, bo spodziewałem się, że będzie to fantasy.

Może zacząłem pesymistycznie, ale skończę optymistycznie

Czytelnictwo w Polsce na pewno ma się lepiej niż w latach wcześniejszych. Doświadczam tego na wielu targach książki, w których od tego roku uczestniczę coraz częściej. Młodzież czyta i to również jest dobra wiadomość, tylko czytają coś innego. Nie zachęcają ich lektury szkolne i czytają je z musu, ale za to już powieści dostosowane do nich – jak najbardziej.

Może to jest sposób, aby trafić do młodzieży z literaturą? Zaproponować lektury bardziej dopasowane do ich zainteresowań i potrzeb?

To pozostawiam do oceny Ministerstwu Edukacji i pani ministrze Barbarze Nowackiej.

 

Sprawdź moje media społecznościowe:

https://www.facebook.com/KamilSobikPisarz

https://www.instagram.com/kamil_sobik_pisarz

 

Zapraszam również na nowe pojawiające się opowiadania, tym razem opowiadam jak powstało królestwo jaszczuroludzi:

Pierwsza część już dostępna:

/powstanie-ragilii-rozdzial-1-czesc-1/

Korekta: Karolina Kwarcińska

 

Powstanie Ragilii – Rozdział 1 część 2

Rozdział 1 – część 2

Krol widział, jak nad spokojnymi mokradłami pracowała drużyna złożona z kilkudziesięciu sekcji, które dźwigały ogromne żelazne bale. Należało wbić je ziemię. Ludzie wciąż nie wymyślili sposobu jak to usprawnić. Nadal zmuszali jaszczuroludzi, żeby nieśli je na swoich barkach, by ci następnie ustawili je do wcześniej wykopanych dołów. Później należało cokoły zagłębić w gruncie za pomocą dużych kamieni, aby stanowiły solidne oparcie dla dalszej konstrukcji mostu.

Krol podszedł do Mokara, który podobnie jak on również zrobił swoją normę przy noszeniu kamieni dla murarzy.

– Jak idzie? – spytał gdy go spotkał.

Nim usłyszał odpowiedzieć, do jego uszu dobiegł przeraźliwy pisk pobratymców. Wraz z Mokarem odwrócili się w stronę dźwięku i dostrzegli wielki spadający cokół na tych, co go dźwigali. Niektórym udało się uciec, inni nie mieli takiego szczęścia i żelazny walec z wielkim łoskotem uciszył wszystkich krzyczących. Natychmiast wojskowi i jaszczuroludzie zebrali się wokół cokołu.

– Odsunąć to! – rozkazał strażnik do jednego z jaszczuroludzi, który zebrał pozostałą ekipę i przesunęli wielki cokół.

Widok, który zobaczył Krol odwrócił jego głowę, a Mokar patrzył na tą makabrę ze skrzywionymi ustami. Strażnik natomiast podszedł i kopnął jaszczurze zwłoki.

– Najwidoczniej nie byli godni budować mostu dla króla Warena. – Następnie spojrzał na pozostałych. – A wy na co się gapicie?! Przedstawienie zakończone. Do roboty.

– A nie sprawdzimy chociaż kto to był? – wyskoczył nieśmiało Krol.

Strażnik widząc zuchwałość Krola podszedł do niego i mierzył się z nim wzrokiem.

– Czy ty uważasz, że mnie interesuje, którzy z was tu zdechli? – Jaszczuroczłek spojrzał na niego z przerażaniem widząc, z jaką nienawiścią na niego patrzył. Wyobraźnia podpowiadała mu, do czego byłby zdolny ten człowiek i pożałował swojej odwagi. – Nic mnie to nie obchodzi! Dla mnie jesteście tylko zgniłymi jaszczurami, które mają nosić kamienie i budować most na cześć króla Warena. Nic mnie poza tym nie interesuje, póki robicie swoją pracę. Zrozumieliśmy się?

Krol był zbyt przerażony, żeby wyrazić swój sprzeciw. Nie zamierzał mu ustąpić, ale nie miał nic do powiedzenia.

– Powiedz, czy zrozumieliśmy się jaszczurze!

– Tak jest. – Kiwnął głową. – Czy pozostali też to zrozumieli?! – Również i oni byli zbyt przerażeni, żeby odpowiedzieć, więc też skinęli na jego słowa. – Zatem do roboty leniwe gady! Dzisiaj jeszcze długi dzień roboty przed wami.

Wszyscy jaszczuroludzie niechętnie wrócili do swoich obowiązków. Wciąż pamięć o tych, którzy zginęli pod cokołem była w nich żywa i zniechęcała do dalszej pracy, a w Krolu zaczęło wytwarzać się uczucie nienawiści do ludzi.

– Tak być nie może! – rzekł do Mokara, gdy zmierzali z pozostałą ekipą, żeby wbić cokół z powrotem w ziemię.

– I co im zrobisz? – odparł Mokar. – Zbijesz ich? Czym? Nie widzisz, że są uzbrojeni po zęby? Najlepsze, co w tej chwili możemy zrobić, to po prostu pracować wytrwale i nie popełniać błędów.

– Ja już nie jestem w stanie tego wytrzymać. Ilu tu jeszcze nas umrze? Ilu? Powiedz mi!

– Musimy być ostrożni, żeby nie dać powodu ludziom, aby nas zabili.

Nie zgadzał się ze zdaniem kumpla. Dzisiaj zrozumiał, że ludzie zawsze znajdą powód, aby się nad nimi znęcać. Stworzeni są do tego, mają odpowiednie narzędzia, broń, a przede wszystkim siłę i jeśli czegoś nie zrobią, to zginą tak samo, jak ci pod cokołem.

Kilkuset jaszczuroczłowieków podniosło potężny cokół, w tym Krol i Mokar. Początkowo chwiejnie, ale następnie pewnym krokiem zmierzali w kierunku miejsca, w którym została wykopana ziemia na kolejną iglicę.

– Szybciej! – Jeden z jaszczurów oberwał biczem, na co skulił się, lecz wiedząc czym groziło ociąganie się natychmiast powstał i mimo bólu dostosował się do reszty.

Podeszli pod koniec podestu, na który część ekipy położyła cokół, po czym przeszli do tyłu, aby pomóc tym z tyłu wepchnąć go do dołu wydrążonego w dnie mokradeł. Obok dna znajdowały się trzy ekipy, które za pomocą dużych bel miały utrzymać cokół w pionie i nie doprowadzić, żeby przechylił się w którąkolwiek stronę. Do jednej z takich ekip dołączył Krol.

Ekipa z podestu przesuwała cokół, który wchodził w dziurę, a następnie za pomocą drewnianych bel ustawionych jeden na drugi podnosili go, aby wszedł poniowo. Krol poczuł silny wiatr. Wiedział, że będzie go przechylać na różne strony. Uświadomił o tym braci i wspólnie pilnowali, żeby wpadł do dziury. Jednak wiał na tyle silny wiatr, że cokół chylił się w różne strony, tak, że mieli problem z ustabilizowaniem go. Gdy przechylał się za bardzo na prawo natychmiast podbiegło tam kilkunastu jaszczuroczłeków, żeby przechylić na drugą stronę, to spowodowało, że za bardzo przesuwał się na lewo, więc zmierzano w drugą stronę.

– Ustabilizować to! – krzyczał jeden ze strażników, któremu wyobraźnia podpowiedziała upadek cokołu do mokradeł.

– Uciekać! – krzyknął Krol, który już widział, że cokół przechylił się za bardzo i runie do mokradeł.

Cokół spadł na ziemię, a siła uderzenia spowodowała lekkie trzęsienie ziemi wraz z rozchlapem błota na setki metrów. Krol i pozostali nie utrzymali równowagi. Część z nich uniknęła przygniecenia dosłownie o centymetry, a jeszcze innych błoto spod cokołu oblało w całości. Po małym trzęsieniu ziemi Krol, Mokar i inni pomagali tym, którzy mieli trudności z powstaniem.

Strażnik pilnujący ustawienie cokołu przemierzał ze wściekłością wśród nich.

– Gdzie jest ten, co nakazał uciekać?! – Jaszczuroludzie się rozstąpili i wystawili Krola na pastwę zdenerwowanego strażnika. Natychmiast podszedł do niego i wymierzył mu pięść w twarz. Krol upadł na ziemię, a strażnik zaczął go okładać kopniakami. Zielonołuskowy obrywał raz za razem i gdy niezdarnie obronił się przed jednym, to kolejne już trafiały w brzuch, głowę, ręce, uda. Gradenianin kopał wręcz maniakalnie, jakby dążył do powolnego pozbawienia życia Krola. – To za karę, za to, że sabotujesz pracę innych przeklęty gadzie! Baron Joas życzy sobie wybudowany most, to ten most dostanie na część króla Waren, a ty nie masz nic do gadania.

Po chwili przestał kopać i odwrócił się do pozostałych.

– To ja wydaję tu polecenia, do których wy bezwzględnie się dostosowujecie, czy to jasne?

– Ale mogliśmy zginąć! – odparł Mokar, na co również doświadczył ataku rozwścieczonego strażnika.

– To byście zginęli na chwałę Gradenii! To jest wasz obowiązek, by wypełniać rozkazy barona Joasa i króla Warena!

Gdy strażnik okładał Mokara w Krolu coś pękło i rzucił się na strażnika. Zaczął uderzać go pięściami, na co zdezorientowany strażnik nie wiedział, co zrobić. Bił go niekontrolowanie i w jakiekolwiek miejsca, byle tylko wywołać ból strażnikowi, jednak po chwili Gradenianin zaczynał się rozpoznawać w sposobie walki jaszczuroczłowieka. Po którymś z kolei uderzeniu złapał rękę Krola i przerzucił go przez bark.

– Osz ty przeklęty gadzie! Będziesz się stawiał?!

 

Dalsza część opowiadania poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

Albo postaw mi kawę, będę serdecznie za nią wdzięczny:

 

Zablokował jego rękę, przewrócił go na plecy i wygiął ją w nienaturalnej postaci. Krol próbował wiercić się, aby znaleźć chwilę wytchnienia i móc jakkolwiek walczyć z wrogiem, jednak sposób, w jaki strażnik go przyblokował nie pozwalał na znalezienie choćby niewielkiej przestrzeni. Żołnierz poprawił swoją pozycję, tak, że Krol czuł na sobie dwa punkty wbijające mu się w plecy. Domyślił się, że przykucnął na nim.

– Żebyś to zapamiętał gadzie!

Od tej chwili otrzymywał pięść za pięścią w plecy i w głowę, do których po chwili doszło smaganie biczem. Okładany krzyczał na cały głos, lecz strażnik nie przestawał, nawet wtedy, kiedy łuski zaczęły już odchodzić z ciała. Ból był tak wielki, że momentami mdlał, lecz kolejne smagnięcie nie pozwoliły mu odpłynąć w nieznane i opuścić ciało. Dopiero gdy strażnik zauważył, że Krol już nieznacznie się porusza powstał, złapał Ragilijczyka za bety i siłą go podniósł, lecz jaszczuroczłowiek nie miał już siły stać i chwiał się na nogach.

– Jeszcze ktoś zamierza się sprzeciwiać woli barona Joasa? – Nikt się nie odezwał. – Jeszcze ktoś zamierza zdradzić króla Waren? – Odpowiedziało mu milczenie zebranych. – Pytam was wstrętne gady! Jeszcze któryś?

Spuścili głowy, bali się, że wściekłość wojskowego przejdzie na któregoś z nich, a po tym małym pokazie siły nie chcieli mieć z nim do czynienia.

– To teraz wrzućcie tego tutaj – wskazał na Krola – do dołu.

Mokar, który przybył do towarzystwa zebranego wokół Krola, patrzył na strażnika tępym i niezrozumiałym wzrokiem. Pozostali zerkali po sobie i nie wiedzieli co zrobić. Żal im było swojego kompana, ale również nie chcieli stawiać się wojskowemu. Efekt tego nikt się nie poruszył, aby wypełnić rozkaz Gradenianina, który w końcu się zdenerwował, podszedł do najbliższego z nich i wygonił go przed szereg.

– Czy ja gadzie nie mówię wyraźnie?! Wrzućcie go do dołu! – Podszedł do kolejnych dwóch i siłą wyrwał ich ze zgromadzenia. – Brać go za bety i wrzucać do środka.

– Ale on już zrozumiał. – rzekł nieśmiało Mokar, któremu było szkoda przyjaciela.

Strażnik nie mógł nie potraktować tej zuchwałości poważnie. Podszedł do Mokara z biczem wymierzonym w jego stronę. Przyjaciel Krola nie poruszył się, lecz nie z powodu nagłego przypływu odwagi, lecz paraliżu na myśl, co mógł strażnik mu zrobić.

– Ty coś jesteś zbyt pyskaty. – odrzekł Gradenianin. – Chcesz dołączyć do niego? Chcesz wejść na ścieżkę przestępstwa podobnie jak ta zgniła bestia? Pytam się! Chcesz?! – Zaznaczył dobitniej, gdy Mokar nie reagował, na co on pokręcił głową. – Też mi się tak wydaje. Więc bierzesz go za bety i wrzucasz razem z pozostałymi do dołu.

Sparaliżowany strachem Mokar wyszedł z tłumu i razem z trzema pozostałymi pobratymcami wzięli Krola za ręce, przeciągnęli go po dnie mokradeł i wrzucili go do dołu.

W trakcie spadania do dołu Krol oberwał jednym z kamieni, który natychmiast go ocucił. Przypomniał mu o całym bólu, który w sobie zbierał. Zielonołuskowy dotknął bolących pleców, gdzie miejscami nie czuł już łusek, a gdzieniegdzie trzymały się na słowo honoru. Na ręce miał krew, która skapywała wzdłuż łap. Mimo to, myślał o tym, jak wydostać się z pułapki. Zrozumiał, co się za chwilę stanie. Zaraz wbiją cokół w ziemię. Próbował wydrapać się na górę, lecz przeszkadzał mu osuwający się grunt. Starał się wyskoczyć jak najwyżej, ale nie mógł znaleźć podparcia dla łap. Nerwowo rozglądał się za czymś, co mogłoby mu uwolnić się z pułapki.

Widząc podstawę wielkiego cokołu, wiedział, co się stanie. Ugrzęźnie tutaj.

 

Mokar był w ekipie, która miała za zadanie umieścić cokół w dole, aby pozostałe drużyny mogły go ustabilizować. Nie mógł znieść myśli, że cokół zmiażdży przyjaciela, więc myślał, jak mu pomóc, ale nie miał rozwiązania, a wszystkie rzeczy, jakie przychodziły mu do głowy były niewykonalne.

W czasie, kiedy ekipa stawiała cokół, niebieskołuskowemu przyszedł pomysł.

– Panie strażniku – rzekł do Gradenianina, który skatował Krola – czy mogę iść do dolnej ekipy?

Strażnik widząc kolejną zuchwałość Mokara podszedł do niego i wymierzył mu kilka smagnięć po tułowiu, a później po plecach, gdy jaszczuroczłowiek się odwrócił.

– Widzę, że bardzo chcesz trafić do dołu razem ze swoim wstrętnym kompanem. Ale spokojnie, znajdę na ciebie sposób, że będziesz mnie błagał o śmierć. – Wziął jego głowę i przystawił do siebie tak, że widział jego oczy, które wyrażały przerażenie. – To ja ustalam zasady i pracujecie, tak jak mówię, czy to jest jasne? – Z przestrachem kiwnął głową. – A teraz do roboty, bo wlecisz razem z nim do dołu.

Odszedł od niewolnika. Mokar, korzystając z okazji, gwizdnął mu sztylet z pasa i gdy zmierzał znęcać się nad innymi rzucił go przyjacielowi.

– Tylko tyle mogłem zrobić. – rzekł do siebie, gdy spoglądał na ostrze spadające do dołu.

 

Krol leżał na brzegu całkowicie wyczerpany. Nie miał już siły na oddychanie i wyłącznie patrzył w drzewa, z których skapywały krople deszczu na jego głowę. Rozpoczął się okres gwałtownych ulew, który będzie trwał do późnego wieczoru. O niczym nie myślał, tylko przyjmował każdą kroplę deszczu, która spadała na twarz i zlizywał ją długim językiem.

Spojrzał w kierunku, z którego przypłynął. Dzięki sztyletowi, który ktoś mu podrzucił, udało mu się wyjść z pułapki. Kosztowało go to dużo wysiłku, ale wraz z wbitym sztyletem i sprawnością w nogach wykaraskał się na zewnątrz i to zanim zalała go woda. Później porwał go nurt rzeczny, który na spokojnych mokradłach zmienia się w ostry, gdy nadchodzi pora deszczowa. Początkowo próbował walczyć, ale z biegiem czasu pozostała mu wyłącznie walka o świeże powietrze. To się topił, to wypływał, i wykorzystywał każdą chwilę, żeby złapać powietrze, lecz później takich chwil miał coraz mniej, aż w końcu zemdlał i rzeka porwała go z sobą. Obudził się na brzegu, kiedy piasek wpływał do jego ust. Wypluł go, odwrócił głowę i mdlał dalej.

Z ociężałością poruszał rękami, a przy tym całym ciałem. Rozglądał się na boki próbując jakkolwiek rozeznać się w sytuacji. Ból powoli mijał, a zastępowała go nienawiść w stosunku do ludzi. Na każde wspomnienie o strażniku, który nakazał wrzucić go do dołu, czy o młodym strażniku, który już nie miał za nic współczucia, brała w nim złość. Zacisnął ręce w pięści, spojrzał w kierunku skąd przypłynął, powstał i ciężko fuczał, jakby już w tej chwili chciał odpłacić się swoim oprawcom za wszelkie krzywdy, które doświadczyli od ludzi. Poprzysiągł sobie, że póki żyje żaden z jego pobratymców nie będzie już niewolnikiem.

 

Sprawdź moje media społęcznościowe:

https://www.facebook.com/KamilSobikPisarz

https://www.instagram.com/kamil_sobik_pisarz

 

Jeśli chcesz poznać inne moje opowiadania, czy powieści, to zapraszam do sklepu:

/sklep/

Marka pisarska – z czym to się je?

Momentami zastanawiam się nad tym, czym jest marka pisarska i powiem Wam … nie wiem. Koniec, możecie opuścić tą stronę (śmiech). Jednak, jeśli chcecie pozostać ze mną, to spróbujemy odkryć (ja we wpisie, wy w komentarzach) czym jest marka pisarska. Aczkolwiek zaznaczam, że jeśli chcecie wiedzieć, jak utworzyć swoją markę, to zdecydowanie trafiliście pod zły adres, ponieważ … sam nad nią pracuję.

Zatem, czym jest marka pisarska?

Odnoszę wrażenie, że jest to coś, co wyróżnia danego pisarza na pierwszy rzut oka. Co to oznacza? Oznacza to, że jak mamy na myśli np. Remigiusza Mroza, to od razu przed naszymi oczami trafia się pisarz, który pisze dużo i sprzedaje jeszcze więcej powieści rocznie. Idąc tym tokiem rozumowania, to marka jest swego rodzaju wyznacznikiem i pierwszym skojarzeniem na dane pojęcie.

Zagłębiając się w temat, to pisarz tworzący swoją markę stara się wbić do głowy swoim odbiorcom w jaki sposób mają go odbierać, czy jest on twórcą powieści dla dzieci, dla dorosłych, dla entuzjastów obyczajówek, fantastyki, kryminałów itp.

Czy coś takiego w ogóle jest możliwe?

Wszelkie szkoły marketingowe mówią, że tak i każda wielka marka ma swoją identyfikację np. Mróz kryminały, Sapkowski Wiedźmin, Dashner powieści młodzieżowe, George R.R. Martin Gra o Tron itp. itd. Jednak skoro da się to zrobić, to niby jak? Przecież nie podejdę do pierwszego lepszego czytelnika, aby mu powiedzieć:

„Słuchaj, buduję swoją markę i masz obowiązek pamiętać mnie, że jestem takim i siakim pisarzem.”

Czy na tym to polega? Zapewne nie, więc na pewno jest coś, o czym nie wiem.

Z drugiej strony, jak chciałbym żeby ludzie mnie postrzegali?

To bardzo dobre pytanie. Z jednej strony nie chciałbym się podporządkowywać pod jakąś kategorię i gatunek, bo w swoim dorobku mam zarówno powieści historyczne, jak i sensacyjne, ale nie ukrywam, że może powstać jakieś fantasy, czy inny twór. Od fantastyki jakby nie było zaczęło się moje blogowanie, więc czemu miałbym nie powrócić do korzeni, tylko temu, że napisałem już sensacyjne i historyczne powieści? Myślę, że nie o to w tym wszystkim chodzi.

Wiem, że moja marka buduje się w każdej chwili i w każdym momencie, także i teraz, jak czytacie ten wpis, ale też wiem, że nie łatwo będzie nakierunkować odbiorców, aby mnie odbierali w taki czy inny sposób. Pomijam fakt, że inwazyjnie nie mam zamiaru tego robić.

 

Dalsza część artykułu poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

Albo postaw mi kawę, będę serdecznie za nią wdzięczny:

 

Jaka marka będzie odpowiednia dla mnie?

Nie mam pojęcia. Na pewno chciałbym ją oprzeć na tym jaki jestem. Dlatego też moja marka pisarska musi wynikać z tego, jaki jestem codziennie. Przeważnie jestem przyjacielski, emocjonalny i pogodny, a już na pewno można mi ufać w 100%. Nie mówię tego pod publiczkę, ani, żeby zdobyć czyiś poklask, bo jakoś niespecjalnie mi na tym zależy.

Za stary już jestem na to, żeby robić coś na pokaz. Na poklask tłumów to wygłupiałem się, kiedy mi głupawka strzeliła do głowy i choć żadnej takiej wpadki nie żałuję (no dobra, może poza jedną), to wyciągnąłem z nich naukę. Pewnie, gdyby ktoś mnie śledził, to mógłby to wyciągnąć i mnie pogrążyć, a wtedy moja marka poszybowałaby na łeb na szyję. Tylko, czy wokół takich ludzi chce się znajdować?

Zdecydowanie nie, dlatego jeśli taki jesteś i szukasz taniej sensacji, to od razu zniknij.

W takim razie jaka ma być moja marka pisarska?

Ciężkie pytanie i nie umiem na nie odpowiedzieć tak wprost. Przede wszystkim chciałbym, żeby ludzie traktowali mnie jak równego sobie, a nie jak jakiegoś pisarzynę z kijem w tyłku. To, że piszę powieści nie czyni mnie ani lepszego, ani gorszego od was czytelników. Jestem zwyczajnym człowiekiem, który lubi przelewać historie na kartki papieru i takim chciałbym dla was być. Nie boję się, że zadacie mi jakieś ciężkie pytanie, podobnie jak nie mam problemów z tym, że czasami możecie mnie nie zrozumieć. Wystarczy dopytać, czy na pewno to miałem na myśli, a na pewno wam odpowiem.

Podsumowanie

Czym jest marka? Jest to sposób, w jaki identyfikujemy daną rzecz oplecioną wokół niej.
Jak stworzyć własną markę? Nie mam zielonego pojęcia.
Jak chciałbym, żebyście mnie identyfikowali? Jako dobrego i miłego gościa, który historie zapisuje na kartkach lub stronach powieści.

Pytania? Zapraszam do komentowania 😊

 

 

Sprawdź moje media społecznościowe:

https://www.facebook.com/KamilSobikPisarz

https://www.instagram.com/kamil_sobik_pisarz

 

Zapraszam również na nowe pojawiające się opowiadania, tym razem opowiadam jak powstało królestwo jaszczuroludzi:

Pierwsza część już dostępna:

/powstanie-ragilii-rozdzial-1-czesc-1/

Korekta: Karolina Kwarcińska

Powstanie Ragilii – Rozdział 1 część 1

Rozdział 1 – część 1

Kamienie trzęsły się jeden za drugim, co w Krolu wywoływało uczucie pogardy od kiedy ludzie zmusili ich do budowy mostu łączącego bagnistą Ragilię z Gradenią.

– Szybciej jaszczurze!

Krzyczał jeden ze strażników, do czego doszło uderzenie biczem. Pobratymiec Krola zawył donośnie, po czym wstał energicznie, żeby nie oberwać po raz drugi. Miał tylko nadzieję, że już więcej nie będzie smagany, przeniesie kamień w wyznaczone miejsce, a kolejni już go zamurują. Głęboko liczył, że obejdzie się bez dodatkowego biczowania.

Również Krol niósł kamienie, ale z racji swojej muskulatury nie sprawiały mu one większego problemu, lecz z nienawiścią patrzył, gdy inni pobratymcy znosili takie katusze.

– Dlaczego oni w taki upał każą nam nosić te kamienie? Za chwilę tu wyschniemy!

Zaczepił go przyjaciel Mokar, który podobnie jak on niósł kamienie dla murarzy, które Gradenia dostarczyła do Ragilii rzeką Widą. Nie był tak muskularny, jak Krol i na wszystko narzekał.

– Spokojnie, zaraz przyjdzie deszcz i ponownie będziemy tonąć w wodzie. – odrzekł Krol. – Lepiej szybko zanieśmy swoje, zanim ludzie nas zbiczują.

Każdy z jaszczuroludzi miał obowiązek przenieś swoją określoną część do murarzy, którzy utwardzali cokoły wcześniej wbite w ziemię. Król Waren, władca Gradenii, zażyczył sobie połączenie królestwa ludzi z bagnami Ragilii. Nad wykonaniem zadania czuwał baron Joas, który bezlitośnie rozliczał każdego  jaszczura, jeśli nie odrobił swojej pracy.

Krol złapał kamień i wyprzedziwszy kolejkę dostarczył murarzom. Odetchnął głęboko, bo wyrobił swoją dzienną normę i zmierzał coś zjeść. Podszedł do kucharza, którym był Krap. W porównaniu do nich miał czerwone jak krew łuski, które kiedyś były fioletowe. Zmieniły kolor od ilości batów, które otrzymywał od strażników. Nosił za mało kamieni i raz o mały włos jeden ze strażników nie skatował go na śmierć. Uratowało go, że jeden z ludzi zawołał go i na chwilę odciągnął kata od czerwono łuskowego jaszczura. W tym czasie Krap wykorzystał okazję i sporządził jedzenie dla swojego oprawcy. Zasmakowało mu je i od tej chwili przyrządzał jedzenie dla pobratymców i ludzi.

Nie oznaczało to jednak, że miał lżej. Nie raz obrywał za to, że jedzenia nie starczyło dla wszystkich lub nie smakowało strażnikom. Otrzymywał smagnięcia za najmniejszą drobnostkę, czy uchybienie, a jeśli on nie dał rady już więcej otrzymać, to jego karę przejmowała ukochana lub jaszczurątka. Z tego powodu nie przesypiał nocy i poszukiwał składników, aby starczyło dla wszystkich.

– Co dzisiaj do jedzenia? – spytał Krol.

– Ryby z wnętrznościami pomieszanymi z błotem.

Odebrał miskę i poszedł jeść. Spożywał danie w towarzystwie wycia jaszczurów, uderzenia biczem, przecinania skóry, czy skowytu katowanych Ragilijczyków. Ludzie najczęściej pozbawiali życia tych, którzy nie dawali rady dźwigać kamieni, murować, wbijać cokołów w ziemię, czy odciągać wody od koryta rzeki, a przy grząskim gruncie strażnicy wysyłali jaszczurów, którzy nierzadko wpadali w mieliznę i tonęli.

– Pośpiesz się, pośpiesz, nie rób tak dużej przerwy.

Przerwał jedzenie zainteresowany sytuacją. Odwrócił głowę i widział, że niedaleko niego szedł jeden z pracowników, który nie miał siły nieść budulca. Stał nad nim strażnik, który zamiast go zbić wspierał go i dodawał otuchy.

– Co ty robisz? – spytał starszy ze strażników pogardliwym tonem.

– Próbuję zachęcić go do pracy, bo inaczej zginie.

– I co z tego? – odrzekł starszy. – Przecież to tylko jaszczur. Jaszczury nie mają praw! Zapomniałeś o tym?!

– Tak, ale …

– Zjeżdżaj pokażę, jak to się robi.

Odepchnął młodego, wziął bicz w ręce i zaczął okładać niedającego już rady jaszczura. Skowyt i pisk przeszywał Krola, tak, że łuski zaczęły odchodzić z jego ciała. Próbował patrzeć na ból okładanego nieszczęśnika, lecz czuł uderzenia na sobie i odwracało mu głowę ze wstrętem. Jednak krzyki pobratymca wystarczyły, aby wyobraźnia przywołała mu obraz jego mąk przed oczami.

– A teraz bierzesz ten cholerny kamień chrzaniony jaszczurze i niesiesz go do murarzy, czy to jest jasne?! – Nieszczęśnik pokiwał głową. – A teraz śmigaj i żebym nie musiał się ponownie fatygować. – Na odchodne kopnął go w krzyże tak, że miał problem z poruszaniem się. – Widzisz młody, tak się to robi. – Z siłą wręczył mu bicz. – I żebym się nie musiał ponownie fatygować, rozumiemy się? – Pokiwał głową. – To żebyś się nauczył, to pomóż temu leniowi nieść ten kamień, a ja ci potowarzyszę.

Krol patrzył na tą maskaradę z coraz większym współczuciem, zarówno do jaszczuroczłowieka, jak i do młodego strażnika. Widział, jak łzy wylewały się na policzki. Nie chciał tego robić, ale nie miał innego wyboru. Podeszli do nieszczęśnika, który z ledwością dźwigał kamień.

– No na co czekasz? – spytał starszy. – Nie uważasz, że należy mu się kara, za ociąganie się?

Krol spojrzał na Ragilijczyka z urodzenia i zauważył, że miał zdeformowany kręgosłup. Starszy ze strażników złamał go kopniakiem, tak, że powalony nie miał już siły dźwigać kamienia. Młodszy strażnik z niechęcią podniósł bicz i uderzył go, lecz było to na tyle lekko, że nawet uderzenia nie było słychać, za to odczuł je mieszkaniec bagien.

– Mocniej! – naganiał starszy. Młodszy niechętnie, ale uderzył silniej, na co z ledwością dźwięk uderzenia dobiegł do uszu Krola. – Czy chcesz sabotować prace nad budową mostu?

Młody strażnik jeszcze mocniej uderzył, ale łzy spływały na policzki. Nie chciał tego robić. Krol widział w nim, że nie był przyzwyczajony do zadawania bólu. W końcu starszy z nich się zdenerwował i wielokrotnie skatował niosącego kamień, tak, że dźwięk smagania rozniósł się po całej okolicy. Smagał tak długo, aż w końcu katowany nie oddychał i nie poruszał się. Upuścił kamień i zapadł się w bagno.

 

Dalsza część opowiadania poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

– Zabiłeś go. – rzekł młody.

– Sam się zabił durniu jeden! Mógł nieść kamienie, jak kazaliśmy. A ty za mną!

– Co dowódca chce zrobić?

– Tobie też się należy kara.

Wziął go za bety i znikli z tłumu jaszczuroludzi niosących kamienie dla murarzy. Krol odstawił jedzenie i poszedł za nimi. Przeszli do obozu strażników, gdzie były posadzone prowizoryczne domy z drewna załatane mierną zaprawą murarską. Starszy wywlókł młodego przed ognisko, przy którym stało kilku strażników. Natychmiast zainteresowali się sytuacją.

– Przytrzymajcie go. – nakazał starszy ze strażników, na co kilku z nich natychmiast złapało młodego, który próbował uwolnić się z pułapki. – Trzeba cię młody nauczyć moresu.

– Boczek Onras? – spytał jeden, który przetrzymywał młodego Gradenianina.

– Dokładnie tak.

Starszy przyłożył miecz do paleniska. Młodszy wiedział, co się stanie, więc próbował się szarpać i wywinąć się z uścisku, ale starsi i bardziej zaprawieni w bojach wiedzieli, jak go przytrzymać. Po chwili Onras wyciągnął miecz z ogniska, który z rozgrzania stał się czerwony. Przytrzymujący młodego natychmiast zerwali z niego część tuniki i odsłonili fragment ciała.

– Czas nauczyć cię wykonywania rozkazów.

Przyłożył rozgrzaną stroną do boku, na co młodszy strażnik zaczął krzyczeć w niebogłosy i szarpać się, próbując uniknąć bólu. Pozostali strażnicy z Onrasem na czele, nabijali się z niego i wołali, żeby nie zachowywał się jak baba. Wraz z jego krzykiem, starsi mieli jeszcze większy ubaw, a przypalający nie miał najmniejszej ochoty im tego zabierać.

Krol spoglądał z daleka i odwrócił wzrok widząc boleść człowieka. Nie mógł zrozumieć, dlaczego w świecie Ererat było tyle zła i każdy dążył do wyrządzenia jak największej krzywdy drugiej istocie.

Po dłuższej chwili Onras odsunął miecz od przypalonego boku, na co młody upadł na ziemię i ręką zasłonił przypalony bok. Starszy złapał ukaranego za szczękę i podniósł na tyle, by ich spojrzenia spotkały się.

– Następnym razem, nie skończy się na przypalonym boku, czy to jasne? – Z przerażeniem młodszy pokiwał głową. – A teraz do roboty! Trzeba skłonić leni do pracy.

Ukarany Gradenianin opuszczał obóz i wracał do pracy. Gdy wychodził z niego zaczepił go Krol.

– Współczuję ci.

– A ty czego tu szukasz?! Mało roboty masz? Zasuwaj z kamieniami!

– Już swoją normę …

– Już ja ci dam normę! – Wyciągnął bicz i kilkukrotnie zdzielił Krola, tak, że ten upadł na ziemię. – Skoro tak ładnie ci poszło, to zasuwaj do cokolników! Tam na pewno się przydasz i to szybko! Nie chce cię tu widzieć!

Najszybciej jak mógł uciekł od strażnika, zanim ten się obróci i ponownie smagnie go biczem. Gdy stracił go z oczu zrozumiał jedno. Ludzie są podli, źli i okrutni i to jest ich natura, która nigdy się nie zmieni.

Zainteresowany dalszą częścią? Jeśli tak to kliknij poniżej „Następny wpis”.

 

Sprawdź moje media społęcznościowe:

https://www.facebook.com/KamilSobikPisarz

https://www.instagram.com/kamil_sobik_pisarz

 

Część 4 – Stwórca

Część 4 – Stwórca

Wciąż nie mogłem przetrawić swojej porażki. Zastanawiałem się, co poszło nie tak. Czemu oni tak wspaniałej mądrości, którą ucieleśniałem nie chcieli docenić i to pomimo tego, że uratowałem ich życie!? Dlaczego byli tak niewdzięczni?! Stali się nikczemnymi istotami, których jedynym celem była śmierć. Nie zrozumieli komu zawdzięczali życie, więc nie zasługiwali na nie.

Może i nie zasługiwali na życie, jednak im dłużej ich nie było, tym bardziej mi ich brakowało. Wiedziałem, że jestem najdoskonalszą istotą i cudem w czystej postaci, jednak nie miałem przed kim pokazać swojego cudnego oblicza, ani nikt nie mógł go docenić.

Postanowiłem, że dam im kolejną szansę.

Utworzyłem kolejny klosz, w którym umieściłem te same istoty i nadałem mu taką samą specyfikę, żeby mogły żyć i rozwijać się po swojemu. Tym razem tylko spoglądałem na moje złowia, które ponownie wzrastały technologicznie i umysłowo. Po raz wtóry przyczynili się do podporządkowania klosza ku swoim celom. Nie ulegało wątpliwości, że zmierzali w dobrym kierunku i spoglądając na ich ponowny rozwój wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, kiedy zaczną zastanawiać się nad istnieniem. Skąd są, jak powstali, co było przed nimi, jakie były ich zadania w nicości i te i inne pytania, które zada każda myśląca istota.

Im dłużej spoglądałem na ich rozwój intelektualny, tym bardziej zaczynali mnie drażnić. Szczycili się swoimi osiągnięciami technologicznymi, a nie czcili mnie. Widząc to ponownie miałem ochotę zniszczyć ten klosz, jednak zauważyłem, że nie boją się śmierci.

Dałem im życie i śmierć. Z życia czerpali pełnymi garściami, więc czas najwyższy, żeby zaczęli się o nie obawiać. W tym celu utworzyłem jednego złowia, któremu powiedziałem.

– Przekażesz im, że po śmierci czeka ich wieczne potępienie. Będą płonąć żywcem, a piekielne istoty nie będą miały nad nimi litości. – Specjalnie mówiłem w jego języku, żeby wystraszyć go. – Jestem twoim ojcem i zsyłam cię do klosza, żebyś wskazał im drogę do mnie. Przekaż im to co usłyszałeś ode mnie i co widziałeś.

Po czym wysłałem go do klosza. Dokładniej obserwowałem jego ruchy, które już na pierwszy rzut oka różniły się od pozostałych. Przede wszystkim był przerażony. Bał się każdego kroku, nawet jego cień był dla niego straszny. – Dobrze, niech naje strachem innych. Wówczas zaczną mnie wielbić.

Wszedł wśród złowi i przekazywał im to, co mu powiedziałem. Muszę przyznać, że był bardzo dobrym mówcą. O strasznych rzeczach mówił z dygoczącym głosem, a o nagrodzie za wielbienie jego ojca, wieczna nagroda.

Część złowi słuchała go z uwagą, część natychmiast obaliła, a część wyśmiała i ci ostatni irytowali mnie najbardziej. Miałem ochotę ich zniszczyć, jednak po chwili uznałem, że trzeba ich też przekonać.

W tym celu utworzyłem kolejnego złowia, który zgadzał się z poprzednim, lecz, jeśli nie będą mnie czcili, wówczas spadnie na nich potężna kara (a ja już wiem, co nią będzie). Wysłałem go do klosza, żeby przestraszył pozostałych.

Dwóch moich mówców zdobywało coraz większą rzeszę wybranych, ale również i dużo przeciwników, którzy mnie denerwowali. Byli zatwardziałymi głupcami i nie wierzyli słowom tych dwóch. Uznałem, że skoro byli tak pewni swoich poglądów, to trzeba im udowodnić, jak bardzo byli w błędzie.

Z nali rozpętałem potężne fale, które zalały dom. Porwały ich domostwa oraz cały majątek życia. Zniszczyła dom i życie na nim, a cały mój kataklizm przeżyła wyłącznie garstka złowi. Wiedząc, że więcej ich nie może zginąć, bo nie odrodzi się populacja uspokoiłem katastrofę i pozwoliłem im żyć po swojemu.

– I co nadal uważacie, że kloszowi nic nie zagraża?

Nie uważali już tak. Wierzyli moim dwóm prorokom i zaczęli oddawać mi należną cześć. Próbowali wyobrazić sobie mnie w jakiejkolwiek postaci. Dla jednych byłem nadzłowiem, który posiadał magiczne moce. Inni utożsamiali mnie z anderą. Jeszcze inni jako tuptaja, który ma na sobie książkę, w której skrywana jest wszelka mądrość. Pojawiły się również wizje rozgwiazdy, która kontrolowała tyle żywiołów, ile miała odnóży.

– Kontroluję pięć żywiołów?! Jestem znacznie potężniejszy!

Oburzyłem się, aczkolwiek nie miałem zamiaru się mścić, za to, że czczą mnie pod swoją postacią. Wiedziałem, że tak się stanie i pozwoliłem im na to. Oni nie byli na tyle godni, żeby mnie widzieć w najwspanialszej okazałości.

Mogłem w końcu rozmarzyć się w swojej boskości. Nareszcie zaczęli mnie wielbić, za to, że jestem wielki i godzien chwały, na jaką zasługiwałem. Byłem najważniejszą częścią ich życia i w zamian oczekiwali nagrody wiecznego życia. Oczywiście, że go dostąpią, a gdzie, to przecież nie miało to tak wielkiego znaczenia. Wierzyli, że było życie po życiu. Jakim trzeba być idiotą, aby wierzyć w takie dyrdymały?! To ja byłem ich życiem i śmiercią i to ja decydowałem, kto jest w stanie dostrzec mnie w pełnej okazałości. Nikt z nich nie był godzien, a moi mówcy widzieli tylko moje wyobrażenie.

Dalsza część opowiadania poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

 

Ciesząc się moim uwielbieniem zauważyłem, że część złowi zaczęła zastanawiać się, co z tymi, którzy nie wielbili mnie wcześniej. Czy na nich czekało wieczne potępienie? Pytali mówców, którzy nie wiedzieli jak odpowiedzieć. Musiałem im ją dać, tylko jak mogę je połączyć z pozostałymi kwestiami?

Wpadłem na wspaniały pomysł. Potrzebowałem kolejnego złowia, któremu powiedziałem:

– Istoty, które umarły wcześniej, są potępione, ale poprzez Twoją śmierć zostaną wybawione i przejdą do krainy wiecznej szczęśliwości.

Wrzuciłem go do klosza i nie dość, że szerzył nauki zgodne z pozostałymi mówcami, to jeszcze wspomniał, że ojciec, czyli ja, wybawi je z wiecznej męczarni. Został stworzony, żeby móc wybawić istoty cierpiące potworne męki. Nie rozumieli jego słów, ale robił również cuda, dzięki którym stawał się wiarygodny. Nie przypominałem sobie, żebym nadawał mu jakieś specjalne moce, ale póki kieruje inne złowia bezpośrednio do mnie, to mogę mu wybaczyć moje minimalne niedopatrzenie.

Miałem wrażenie, że przez niezrozumienie jego nauk, zbierał coraz więcej wrogów, aż w końcu wszyscy zawistnicy skazali go na śmierć. Zaskoczyli mnie. Czemu zabili kogoś, kto kierował ich bezpośrednio do mnie? Gdy go zabijali drwili sobie z jego słów.

– Innych wybawiał, sam siebie nie może wybawić!

Zrobiło mi się go szkoda, lecz natychmiast zdałem sobie sprawę, że jeśli jego słowa miały być prawdziwe, to musiał nadejść kataklizm, o którym wspominał. W tym celu zatrząsnąłem kloszem tak, że dom i nala zgubiły swoje miejsce i potrzebowały chwili do powrotu. Dopiero wtedy złowia zaczęły mu wierzyć, a zbiegło się to z czasem jego śmierci.

Od tego momentu powstał nurt, który czcił męczennika i mnie, jako jego ojca. Wierzyli, że osoba, która została zabita wskrzesiła martwych do wiecznego życia, więc czcili mnie, jako osobę, która wybawiła ich od śmierci wiecznej. Nurt tej osoby rósł coraz bardziej i bardziej, aż w końcu większość złowi czciło moją boską postać.

Rozsiadłem się wygodnie wokół klosza. Nastała moja chwała, którą złowia wypełniały całkowicie. Słyszałem na swój temat wspaniałe poematy i to nawet śpiewane. Budowali na moją cześć budynki, które nazywały kościołami. Organizowały wielkie imprezy, na które nawet nadawali dzień wolny od pracy. Świętują go wielbiąc mnie.

– Nareszcie się dokonało.

Patrzyłem na świętujące złowia i po raz pierwszy w trakcie całego mojego istnienia byłem z nich dumny. W końcu mogą sobie powiedzieć, że byli godni przebywania w moim kloszu.

Z biegiem czasu pojawili się również inni prorocy, którzy głosili podobne nauki do trzech wcześniejszych i zgarniali również swoją rzeszę wyznawców. Początkowo nie wiedziałem, czemu to robili, lecz skoro wyznawali mnie pod innymi postaciami, to czemu miałem się wściekać? Powstawało już coraz więcej tworów mnie. Było ich tyle, że przestałem liczyć. Jakkolwiek mnie czcili, nie miało to znaczenia, póki to robili zasługiwali na mój szacunek.

Spoglądałem na jednego złowia, który wyznawał nauki głoszone przez męczennika i … zaczynał mieć wątpliwości. Zajrzałem w głąb niego i nie rozumiał, który mówca mówił prawdę, bo chociaż wszyscy mieli podobną koncepcję, jeżeli chodzi o istnienie życia po śmierci, to jednak on dostrzegał różnice w naukach innych mówców.

Miałem nadzieję, że ten jeden był wyjątkiem od reguły, a okazał się nową regułą. Dostrzegałem coraz więcej złowi, które wątpiły w nauki mówców. Wątpiły w wyznawanie mnie! Jak można wątpić w czczenie czegoś co jest po prostu doskonałe?!

Po raz wtóry miałem ochotę zniszczyć cały klosz, jednak uznałem, że trzeba sytuację jakoś uregulować. Jedyny sposób, to sprowadzić im kolejnego złowia, który uporządkuje twierdzenia poprzednich. Stworzyłem jego postać, uformowałem twierdzenia pozostałych i zesłałem go do klosza. Śledziłem jego misję i całkowicie inaczej mówił, niż poprzednicy. Myślałem, że to wystarczy, ale stało się coś zupełnie innego.

Chociaż nie nauczyłem go nienawiści i on nie przekazał jej pozostałym, nienawiść zatruła ich serca i przekazywali ją pozostałym złowiom. Gardzili każdym. Zachowywali się jak jakaś organizacja, do której wstęp ma co prawda każdy, ale każdy musiał wyznawać ich poglądy inaczej czekało ich potępienie i śmierć.

Nie mogłem zrozumieć, na jakiej podstawie tak bardzo nienawidzili drugiego złowia.

Najpierw myślałem nad ukaraniem ich, ale potem uznałem, że już dość karania ich. Sami musieli pojąć, że źle postępowali, temu pozostawiłem ich samych sobie.

I to był mój błąd. Złowia, nie wyznające twierdzenia tego, który uporządkowywał myślenia wszystkich mówców, natychmiast zebrały swoją grupę i stanęły przeciwko tym wyznającym jego naukę. Rozpoczęły się walki między nimi, które momentami przybierały opłakane w skutkach konsekwencje. Nie tylko zabijali się nawzajem, ale również niszczyli klosz! Ten sam klosz, w którym żyli! Nie zasługiwali na życie! To kpina, że w nim istnieli! Tylko ja mogłem zniszczyć życie tam panujące!

Patrzyłem zniechęcony na złowia żyjące w kloszu i wiedziałem, że nie potrzebują mojej pomocy do zniszczenia klosza. Same to zrobią.

 

Jeśli spodobało Ci się ta część opowiadania, to zapraszam Cię do sprawdzenia powieści wydanych przeze mnie. Kliknij w poniższe logo, aby się przenieść do mojego sklepu.

Część 3 – Stwórca

Część 3 – Stwórca

Nie mogły żyć emocjami, żeby mnie wielbić. Zrozumiałem to w trakcie próby zniszczenia klosza. Patrząc emocjami nie patrzą na to co wielkie, tylko zwracają uwagę na małostkowe sprawy. W takim razie stworzę istoty, które całkowicie pozbędą się emocji, a będą rozwijały swój umysł.

Zacząłem tworzyć pierwszą istotę, która była podobna do tuptaji, tylko przednimi odnóżami łapała różne rzeczy i wykorzystywała je do przemienienia życia w kloszu. Patrzyła na drzewo i szukała jakiś jego właściwości do wykorzystania. Zastanawiało mnie, czemu nie jadły liści. Po chwili poznałem powód. Gdy istota zaczęła je przeżuwać natychmiast poczuła się niedobrze. Złapała się za brzuch i skulona położyła się na domie. Przewracała się próbując jakkolwiek sobie ulżyć. Jednak ból był dla niej zbyt mocny. Szybko stała się sina, a gdy twarz przybrała fioletowy kolor, to z ust zaczęła wypływać piana, która wyssała z niej życie.

Pokręciłem głową z zażenowania. Co za bezmyślny imbecyl nie domyślił się, że drzewo może mu zaszkodzić. Nie minęło dużo czasu, a już jeden z marabów zaczął zjadać moją istotę. Myślałem nad uratowaniem jej, ale uznałem, że taka będzie kara za głupotę i bezmyślność.

Wykreowałem podobną do niego istotę, tylko podzieliłem się z nią częścią swojej mądrości i dało się dostrzec, że inaczej podchodziła do wszelkich rzeczy, które widziała w kloszu. Badała dom i żyjące w nim drzewo, pływała w nali, ale uciekała, kiedy dostrzegała niebezpieczeństwo, nawet obserwowała rozloty i próbowała tak jak one latać, lecz gdy spostrzegła swoją niemoc, skupiła się na polowaniu na nie. Obserwowałem i nie rozumiałem, dlaczego tworzą jakieś sznurki, którymi oplatają kamienie, drewno napinają i mocują sznurkiem dwa jego końce, po czym wkładają patyk między nie, czy na patyk dają naostrzony wcześniej kamień. Nie dziwiła mnie ich kreatywność, tylko nie wiedziałem, do czego miała służyć.

Odpowiedź dostałem chwilę później. Ta kreatywność pozwalała im polować na różnego rodzaju istoty żyjące w kloszu, nawet na rozgwiazdy znaleźli sposób. Myślałem, że nala była tylko dla rozgwiazd, a tutaj przekonałem się, że moja nowa istota potrafiła je pokonać na ich terenie. Wykreowałem potwora, a jednocześnie kogoś, kto był mnie godzien. W końcu miałem istotę, która była w stanie wykorzystywać mój boski dar rozumu.

Im dłużej żyły, tym bardziej miałem wrażenie, że wykorzystywały klosz i wszelkie czynności dziejące się w nim. Nawet zaczęły zasiedlać nalę, czy tworzyły zadaszenie, by nie moknąć w deszczu lub cierpieć od prażącego andera. Zrozumieli, że drewno jest do palenia, a nie do zjadania, podobnie jak odkryli, że z niego można stworzyć coś na kształt przechowalni upolowanego jedzenia.

Tak boska istota zasługiwała na swoją nazwę, tylko jaka nazwa była godna mnie samego, a jednocześnie nie przewyższała mnie swoją mądrością? Myślałem, myślałem i myślałem, i początkowo miałem trudności z wymyśleniem. Wszystkie nazwy były albo zbyt piękne, albo zbyt doskonałe, a to musiało być coś doskonałego, ale nie do przesady.

Skupiłem się na tym co robili. Czynili dużo zła, ale jednocześnie dużo wiedziały o tym świecie i ich ruchy nie były po omacku. Miałem „zło” i „mądrość”, z tego połączenia wychodziło mi „złomądrość”. Powtórzyłem to kilkukrotnie w swoim doskonałym umyśle i jakoś dziwnie mi się to wymawiało. Uznałem, że pozostawienie pierwszego członu było doskonałym pomysłem, tylko z drugim miałem problem.

Jak inaczej mówiłem na mądrość. Wiedza? Talent? Kunszt? Inteligencja? Zręczność? To ostatnie przykuło moją uwagę i złączyłem te dwa słowa. Powstało mi coś na kształt „złozręczność”. Ponownie powtórzyłem kilka razy i nie mogłem znieść tego połączenia. Tak niewygodne, że nie godziło mi się tak męczyć wymawiając tak trudne słowo. Męczenie się przeszkadzało mojej boskości.

Przenikałem wokół klosza i podpatrywałem te istoty, licząc, że podadzą mi jakiś pomysł. One z wiedzy utworzyły proste słowo jak „wiedzieć”. Jeśli ktoś coś znał wcześniej, to mówili, że on lub ona „wie”. Spodobało mi się to słowo, bo było proste i jednocześnie tak wiele oddawało.

Połączyłem je ze słowem zło i wyszło mi „złowie”. Powtórzyłem kilkukrotnie i się nie męczyłem. Zrobiłem to jeszcze kilkanaście razy i nadal mnie nie wykończyło. Im dłużej je powtarzałem, tym bardziej zaczynało mi się podobać. W końcu miałem nazwę godną mnie i jednocześnie nie przewyższała mnie swoją doskonałością.

Moje złowia zaczęły funkcjonować samemu i coraz lepiej im to wychodziło. Tworzyły coraz doskonalsze narzędzia, czego efektem był zatrważający spadek bezsensownych śmierci. Szybko zasiedlały nowe miejsca i to nawet te bardzo niedostępne. Podobało mi się, że znajdowały miejsca dla siebie i jednocześnie wciąż uczyły się czegoś nowego o kloszu.

Mijał czas, a miałem wrażenie, że z prostych narzędzi przeszli do tych, które zastępowały większość ich pracy. Nie potrzebowali nóg do poruszania się, mogli się przenieść z miejsca na miejsce za pomocą jeżdżących pudełek. Nie potrzebowali skrzydeł, bo wchodzili do maszyny z szerokimi odnóżami i latali. Jedzenie im się nie psuło, bo wkładali do maszyny, która powstrzymywała ich rozkład.

Patrzyłem z dumą na siebie, że stworzyłem tak wspaniałą istotę. Mój złowie doskonale ucieleśniał to, co sam odzwierciedlałem. Pomimo tego, że był w nikczemnej postaci, to mogłem powiedzieć wprost i na cały głos, że był najdoskonalszą z istot i tylko mi ustępował.

– Ej! Nie przeszkadzaj w moim zachwycie nad wspaniałym kloszem.

Miałem dalej krzyczeć na tego przeklętego hadrona, kiedy dostrzegłem, w jakim kierunku on zmierzał. Leciał w kierunku mojego klosza.

 

– Co robić, co robić? Jak go powstrzymać? Czemu on leci akurat w kierunku mojego klosza!

Grzmiałem na siebie. Miałem je usunąć, a o tym zapomniałem. Mógłbym to zrobić teraz, ale to będzie ostateczność. Nie chciałbym aż tak inwazyjnie ingerować w życie w nicości, ale mogę nie mieć wyboru.

Zatem, co mi pozostawało?

Wiem, Kaloy. Odnalazłem ten znajdujący się najbliżej klosza. Połączyłem się z nim siłą umysłu i zacząłem go ściągać w stronę klosza. Musiałem bardzo mocno się skupić i zaprząc wszelkie siły drzemiące w moim umyśle. Zjadał wszystko co napotkał na swej drodze i natychmiast Hormany znalazły się w pobliżu nich. W tej chwili nic mnie nie obchodziło, że niszczyłem życie w nicości.

Hadron zbliżał się szybciej, niż zakładałem. Nie zdążę go sprowadzić. Nie ma takiej możliwości.

Co robić, co robić? Wiem, Horman!

Zakryję jego trasę w kierunku klosza, wówczas mądramy powinny wskazać mu inną drogę. Przyprowadziłem Hormana i zakryłem jego powierzchnią cały klosz i trasę, którą przebyłby w kierunku miejsca złowiów. Wyglądało to jak kula zaczepiona o sznurek, która wskazywała drogę przebywania hadrona. W ten sposób powinien ominąć klosz i lecieć w głąb nicości.

Nic z tego! Nadal leciał w stronę klosza i co gorsza, wskazałem mu drogę do niego. Złowia dostrzegły, że coś jest nie tak. Zaczęły eksplorować górne granice klosza, aż w końcu jeden z nich wyleciał poza jego granice. Szybko wrócił do domu i przekazał pozostałym informacje o zbliżającym się hadronie.

Z klosza wyleciało kilka płonących punkcików, których celem był hadron. Jeden z nich wybuchnął po trafieniu w jakiś mały obiekt. Siła eksplozji była tak ogromna, że aż musiałem odwrócić wzrok, to co dopiero złowia w kloszu. Zerknąłem na nie i część z nich miała wypalone oczy.

Obrzydzony oderwałem wzrok i spoglądałem na punkciki lecące w kierunku hadronu. Na wszelki wypadek odsunąłem się na bezpieczną odległość i kiedy zderzyły się z hadronem powstał tak silny wybuch, że pobliskie obiekty spłonęły w ciągu chwili. Sam patrzyłem pół otwartymi oczami, aż oślepiający blask zgasł.

– A gdzie Hadron?

Dalsza część opowiadania poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

Znalazłem go chwilę później. Wciąż leciał w kierunku klosza. Wybuchy zmniejszyły jego wielkość, ale nadal stanowił poważne zagrożenie. W tej chwili pozostała mi tylko jedna możliwość. Skupiłem wszystkie mądramy znajdujące się w pobliżu klosza i gdy hadron się zbliżył skupiłem je, a ich ułożenie tworzyło coś na kształt wielkiego hormana. Ułożyły się w postaci litery C, lub jak to określają złowia, w postaci miski.

Gdy to zrobił skupiłem wszystkie siły, żeby go złapać, bo wszelkimi możliwościami próbował się uwolnić. Zaskoczył mnie, podobnie jak jego determinacja, która pchała go, żeby wypaść z mojej pułapki.

– Jest tylko bezmyślnym hadronem! Skąd w nim tyle siły?

Popchał moją miskę w kierunku klosza, jakby chciał ją zniszczyć. Siłą umysłu walczyłem z nim, próbując jednocześnie rozsadzić go od środka. Przenikałem swoimi myślami, w głąb niego, jednak z powodu gorąca, które wręcz spalały moje myśli zaniechałem tego. Złowia patrzyły na moją walkę z hadronem. Część z nich zastanawiała się, dlaczego siła impetu nagle zmalała.

Nie sądziłem, że hadron miał tyle siły. Wyciskał je ze mnie skuteczniej, niż Kaloy pobierał życia. Moje myśli zaczynały przejmować nade mną kontrolę, czułem, że coraz bardziej słabnę i jeśli nic z tym nie zrobię, to hadron w końcu przebije się przez miskę. Mądramy wciąż trzymały strukturę miski, jednak odstępy między nimi zaczynały stawać się coraz większe. Część z nich zaczęło płonąć, niektóre wybuchały, czym jeszcze bardziej utrudniały mi zadanie, a jeszcze inne uciekały z głównego miejsca uderzenia w boczne miejsca miski.

Poddawały się, ale ja nie mogłem się poddać. Nie dam się pokonać jakiemuś hadronowi. Bezmyślnemu, głupiemu bytowi, któremu wydawało się, że siłą jest w stanie zrobić wszystko. – O nie hadronie, nie ze mną te numery.

Z czasem siła nacisku hadrona zaczęła słabnąć. Mądramy wracały do miejsca, gdzie uderzył i odległości między nimi  znowu zaczęły się zwężać. Również i mój umysł zaczynał kontrolować nieproszonego gościa, hamując jego lot. W końcu stanął. Płonął w miejscu, tak, że ciepło momentalnie dochodziło do klosza, co spowodowało wyssanie części nali i śmierć wielu rozgwiazd i innych istot w niej żyjących.

– Lepsze to, niż zniszczenie klosza. – Pocieszałem je.

Zacząłem obracać tym hadronem, aż kręcił się z taką prędkością, że nie dostrzegałem jakichkolwiek szczegółów. Wówczas siłą swojego umysłu odegnałem go z klosza w inną sferę nicości.

Nim zacząłem celebrować swoje zwycięstwo nad hadronem natychmiast pomyślałem o drugim, który krążył gdzieś po nicości. Założyłem, że zmierzał w tym samym kierunku co odegnany przed chwilą. Przemierzyłem nicość w miejsca, w którym wydawało mi się, że powinien się znajdować, jednak oprócz hormanów, kaloyów, notanów i innych typowych elementów nicości niczego nie spostrzegłem.

Gdzie możesz być? – spytałem się w myślach. Odrysowałem w wyobraźni tor lotu hadronu zmierzającego do klosza i na tej podstawie zerknąłem w drugim kierunku i spostrzegłem go. Wielką rozgrzaną kulę, która zmierzała w stronę zbliżoną do klosza. Czekała mnie kolejna bezsensowna walka z hadronem, który nie powinien istnieć. Obiecuję sobie, że jak w końcu złowia będą mnie wielbić, to natychmiast robię porządek z hadronami.

Za pomocą swojego umysłu zacząłem kontrolować kierunek jego lotu i po chwilowej obserwacji miałem wrażenie, że skręcił. Zbadałem w którym kierunku podążał i nie leciał już w stronę klosza.

– Ufff, nareszcie spokój. Nikt już nie zbezcześci mojego najwspanialszego dzieła. Nikt nie ma prawa go dotykać bez mojego pozwolenia. Tylko ja go mogę zniszczyć.

Podleciałem do niego, bo chciałem zobaczyć, jak bardzo złowia są mi wdzięczne za to, że ich uratowałem. Patrzyłem na klosz w oczekiwaniu jakiejkolwiek wdzięczności, lecz one całkowicie mnie zaskoczyły.

Pracowały nad naprawieniem klosza! Żadnej wdzięczności! Żadnej czci do kogoś, kto ich tak cudownie uratował! Zachowywały się, jakby nic się nie stało. Jakby to, że mogli zginąć traktowali, jako coś typowego! Chciałem ich ukarać! Jednak zastanawiałem się, jaka kara będzie dla nich odpowiednia. Myślałem nad podniesieniem poziomu nali i spuszczeniu na nich rozgwiazd, albo przybliżenie którejkolwiek z Ander na tyle, że wyparuje cała nala i spadną do gorącej fary.

Tyle pomysłów pojawiało mi się w głowie, a gdy wybrałem jeden z nich uwagę moją przykuł jeden ze złowi, który zapytał innego, dlaczego hadron ich nie zniszczył? Zaniechałem na chwilę swoim planom i skupiłem się na reakcji innych na jego słowa. Cześć z nich dała trywialną i nierealną odpowiedź, inni wyśmiali go, a jeszcze inni grozili, że mu coś zrobią, jeśli nadal będzie dociekał.

– Zrobić, to ja wam dopiero mogę, jeśli nie okażecie mi wdzięczność i należnego szacunku!

W końcu do tego złowia dołączyły inne i zaczęli rozważać nad tą zagadką. Rozrysowali jakieś szlaczki i inne kreski, które miały im pomóc w odpowiedzi na to pytanie. Przyznaję, że niewiele mi to wszystko mówiło, ale dla nich coś znaczyło. Pojawiły się teorie, którymi dzielili się między sobą.

Byłem pewien, że któraś z nich będzie dotyczyła mnie i co prawda jeden z nich zauważył, że to musiała być jakaś nadnaturalna siła, na co pozostali ją odrzucili!

W tej chwili miarka się przebrała. Postanowiłem zniszczyć ten klosz i niech spłonie żywcem on i wszelkie istoty, które w nim żyły. Mocą swojego umysłu ściągnąłem kilka ander w pobliżu klosza i ustawiłem je tak, żeby tworzyły krąg, na którego środku znajdował się klosz. Ciepło, które wychodziło z Ander nawet dla mnie było za ciepłe, a co dopiero dla złowi żyjących w kloszu. Obserwowałem, jak miejsce do życia złowi się nagrzewa. Wyparowała nala, a na domie nie żyły już żadne drzewa, a on sam stawał się wyschniętą skorupą. Wszelkie istoty umierały w męczarniach.

Kiedy życie w domu i w nali umarło widziałem, jak część ze złowi i innych istot zaczęło schodzić do poddomu. – Nigdzie nie uciekniecie! – Przybliżyłem Andery w kierunku klosza, aż nawet sam dom zaczął się kruszyć i spadać na dno klosza. Złowia schodziły jeszcze głębiej, aż dotarły do miejsca, gdzie niżej już zejść nie mogły. Mieli wybór albo spłonąć od Anderów albo od gorącego jądra klosza.

Nim ostatecznie zdecydowałem się na ich zniszczenie, chciałem spojrzeć, czy część z nich zdawała sobie sprawę, że istnieje niewidzialna moc, która decydowała o życiu w kloszu. Płonne nadzieje. Wciąż uparcie poszukiwali wytłumaczenia we wszystkim, tylko nie we mnie.

Zatem zbliżyłem Andery na tyle blisko, że pozostała część domu wręcz płonęła i ostatnie istoty spaliły się żywcem. Dopiero, kiedy klosz zamienił się w jedną wielką kulę ognia, zniszczyłem klosz, tak, że rozpadł się na kawałki.

Teraz wiedziałem jedno. Żadnych więcej żyć, przez najbliższy czas!

 

Jeśli spodobało Ci się ta część opowiadania, to zapraszam Cię do sprawdzenia powieści wydanych przeze mnie. Kliknij w poniższe logo, aby się przenieść do mojego sklepu.

Część 2 – Stwórca

Część 2 – Stwórca

Minęło sporo czasu i musiałem przyznać, że nazwanie tego miejsca nicością uszczęśliwiało mnie. Choć nie była tak doskonała jak ja, to spełniała swoją rolę. Dla mnie nie było tu nic wielkiego, ale dla kogoś, kogo tu nie było miejsce to spełniło najśmielsze oczekiwania.

Niczego nie można ode mnie oczekiwać. Wszystko każdemu spełniłem i dałem możliwości poszukania odpowiedzi. Nawet rzeczy, które nie miały własnego życia śmiało mogły poszukiwać odpowiedzi na wszystkie pytania. Niech jakkolwiek to zrobią, wówczas i ja im odpowiem na pytania tak jak na to zasługiwały. Nie mniej i nie więcej.

Przecudne światło dochodziło z Ander. Te małe punkty były po prostu unikatowe i nie było w nich niczego co psułoby ten piękny obraz.

– Och, jaka ta nicość jest piękna. Nic tylko się nad nią zachwycać. Chciałbym, żeby też ktoś zachwycił się tym, co stworzyłem, jednak kto mógłby to być?

Andery? Hormany? Notany? Kaloye? Nikt z nich. Zresztą jak zachwycić się może ktoś, kto nie potrafił samodzielnie myśleć? Z kim chciałbym dzielić się swoim dziełem? Kto był godzien oglądać to, co stworzyłem? Nie mógł to być ktoś, kto nie był świadomy swojego istnienia. Nie mógł to być również ktoś mądrzejszy ode mnie, bo nie będzie mnie wielbił.

Wiedziałem, że musiał to być byt, który miał własny rozum, był zdolny do podejmowania własnych wyborów i kierowania swojego życia w odpowiednim kierunku. Tylko jak miałby wyglądać ten byt?

Niech no tylko spojrzę na siebie. Ociekałem niebieskim. Miejscami byłem dymem, a gdzie indziej falą. Rozciągałem swoją doskonałość po granice nicości i jednocześnie potrafiłem się skulić do Anderu. Tam, gdzie pokrywałem nicość swoją osobowością, tam też czułem to co stworzyłem. Nie dostrzegałem tego, po co nie sięgałem, skoro wszystko, co najpiękniejsze, znajdowało się tuż pode mną. Czy inni mnie dostrzegali? Myślę, że ten, kto chciał doświadczyć mojej wspaniałości doświadczy jej, kiedy będę tego chciał. Nie mogę być na zawołanie. Jestem wyjątkowością, a nie codziennością.

Istota powinna mnie przypominać pod względem rozumu. Skoro miało to być moje najwspanialsze dzieło, to musiało myśleć samodzielnie. Dobrze, czas zacząć tworzenie istoty na moje boskie podobieństwo. Chociaż nigdy się nie zastanawiałem, z czego zostałem stworzony, to jednak moja istota powstanie z wszystkiego co znałem.

Sprowadziłem wszystkie byty w nicości. Wziąłem Andery, Hormany, Hadrony, Kaloye, Bole, Loye, Notany i pomieszałem je z sobą. Cokolwiek z tego nie powstało i tak było wspaniałe, w końcu ze wspaniałości musiało powstać tylko coś wspaniałego. Postawiłem wielki zbiornik, w samym centrum nicości, gdzie wrzuciłem Kaloye. Spojrzałem do środka i wokół jego obrzeży powstało coś na kształt ciemności. Dziwne, tworzyłem je, jako przeźroczyste twory, więc czemu teraz wytworzyła się ciemność?

Nie zastanawiając się nad odpowiedzią zgromadziłem hormany i wrzuciłem je tam. Otoczyły się wokół Kaloyów i dobrowolnie nie chciały się z nimi połączyć. Siłą swojego umysłu wymieszałem je i gdy to zrobiły powstało coś na kształt wielkiego zbiornika w zbiorniku. Niebieskie byty oddzielały te głodne od zbiornika.

– Mądre, musiałem przyznać, że jednak potrafiły samodzielnie myśleć i dostrzegać zagrożenie. Co jak co, zaimponowały mi, a rzadko kiedy coś mi imponuje.

Po chwilowym zachwycie wróciłem do pracy.

– Bole, przyzywam was i wpłyńcie do zbiornika łącząc się z pozostałymi bytami.

Zgodnie z moimi słowami Bole niczym wielki czerwony pierścień skupiły się wokół zbiornika i pojedyncze drobinki tam wpadały. Po dłuższej chwili znalazły się w środku i natychmiast wpłynęły do Kaloya. Nie tego się spodziewałem, ale po chwili rozsadziły duże Kaloye tworząc mniejsze. Mimo, że Boli było więcej to mniej miejsca zajmowały.

To czas na Notany. Tylko je … Co też one wyprawiają!

Kto by pomyślał, że przyjdzie im do głowy, żeby pluć na siebie. Wyrzucają swoje niebieskie moce, niszcząc inne. No co za niedorozwinięte imbecyle!

– Dość! – Przez chwilę zapanował spokój, aż w końcu któryś z nich wybuchnął na mnie i cała walka rozgorzała na nowo. O nie, tak się traktować nie będziemy! Siłą zabrałem jednego z nich i wrzuciłem do zbiornika. To samo spotkało drugiego, co uspokoiło pozostałe. – Natychmiast do zbiornika! Wszystkie! Bez wyjątku!

Początkowo nie wiedziały jak się zachować, ale, kiedy im zagroziłem, co się stanie jak nie posłuchają, to pojedynczo dryfowały do środka. Zerknąłem do wnętrza zbiornika i w moje istnienie uderzyła fala niebieskiej plazmy. Już myślałem, że znowu któryś się zbuntował, jednak pochłonęły je Bole, a z tego połączenia powstała beżowa maź. Przejechałem częścią swego istnienia po niej i poczułem coś solidnego, ale jednocześnie mięsistego. Kiedy oddzieliłem jedną część od drugiej odniosłem wrażenie, że można ją kleić i formować nadając jej kształt.

Jeśli moja istota miała powstać, to musiała mieć formę gorszą od mojej. Musiała być skażona podrzędnością, upokorzeniem i nędzą, upośledzona częściową wiedzą i rozumem. Pobrałem część tej mazi i siłą swojego umysł zacząłem układać ją w formę życia.

– Jak ona mogłaby wyglądać?

Pomysłów miałem tysiące, więc po kolei zacząłem je wprowadzać w życie. Tworzyłem istotę na kształt długiego, rozciągniętego hormana i postawiłem ją na samym dnie zbiornika. Nie zdążyłem się nacieszyć jej istnieniem ponieważ natychmiast została wchłonięta przez Kaloya. Zniszczyłem go, przez co również i unicestwiłem istotę, która najwidoczniej nie była godna życia.

Utworzyłem kolejną istotę, która miała pierścieniowaty kształt. Położyłem ją na szczycie zbiornika, wówczas przechyliła się na zewnątrz. Nie pomagałem jej, bo sądziłem, że sama nauczy się dryfować i żyć, ale ona na przekór wszystkiemu nie myślała o ratowaniu siebie. Pozostawiłem ją samą sobie i niech spadnie na dno nicości. Jeśli jest tak niedorozwinięta, to nie zasługiwała na życie.

Po kilku próbach doszedłem do wniosku, że z tymi istotami coś było nie tak. To nie możliwe, żeby były aż tak głupie i bezmyślne, że natychmiast ginęły pożarte przez kaloya, czy spadały do notana, a potem z niebieską mazią leciały w odmęty boskiego i cudnego pomieszczenia. Co było z nimi nie tak?

Najwidoczniej nie mogły żyć w nicości. Powziąwszy tą myśl zaniechałem na jakiś czas tworzenia kolejnych istot. Wróciłem do tego przez przypadek, gdy spojrzałem na Kaloya i na jego zawartość, gdzie były Andery. Nie miały własnego życia, ale też nie gasły.

– Może również powinienem tak spróbować z moimi istotami? Zamknąć je w pomieszczeniu, żeby rozwijały się po swojemu, przy okazji wielbiąc mnie za miejsce do życia, które im stworzyłem?

Czas stworzyć klosz, czyli miejsce z którego nie będą w stanie się wydostać, a do którego będę miał wgląd. Siłą swojego umysłu wykreowałem przeźroczystą kulistą bańkę. Nie podobało mi się, że praktycznie nic w niej nie było. Pomachałem wirem powietrza i stworzyłem coś bardzo gorącego, co mnie ogrzewało, a im bliżej tego byłem, to wręcz paliło. Natychmiast sformowałem coś przeciwnego do tego i pierwsze nazwałem fara, a drugie nala. Uzupełniały się wzajemnie. Gdzie ciepło siało zniszczenie, tam zimno działało kojąco, a gdzie zimno niszczyło, tam fara pomagała. Obserwowałem to, bo chwilowo narodził się piękny taniec, którego nie chciałem przerywać. Zastanawiałem się dokąd on dojdzie i czy przyniesie coś dobrego dla tego klosza.

– Ach jaką piękną rzecz stworzyłem. Kolejna piękność, która jest godna samego mnie.

Po dłuższej obserwacji znudziłem się. Czas usadzić w niej istotę i sprawdzić, czy sobie poradzi. Utworzyłem stworzenie, które miało podłużną budowę ciała, a w jej środku zrobiłem wielką bułę, jakby wyrosła jej góra na plecach. Wrzuciłem ją do klosza myśląc, że sobie poradzi. Jak bardzo się myliłem. Fara ją pochłonęła i po chwili zmieniła jej kolor na ciemny. Spojrzałem na nią, ale ona w ogóle nie funkcjonowała.

– Cóż za bezmyślne stworzenie, dlaczego nie żyła po swojemu?!

 

Dalsza część opowiadania poniżej

Jeżeli treść opowiadania Ci się spodobała i chciałbyś wpłynąć na rozwój świata literackiego, to serdecznie zachęcam Cię do sprawdzenia mojego Patronite. Kliknij w poniższe logo.

 

 

Skretyniały idiota, dobrze, że zginął. Nie był godzien wielbienia mojej boskości. Wykreowałem kolejną istotę, która podobnie do poprzedniej również miała podłużną budowę ciała, tylko mniej więcej w połowie długości ciała odchodziło coś na kształt rozciągniętego hormana, tylko, że w dużo mniejszej postaci.

– Nazwę to odnóża. Nazwa równie obrzydliwa, co wygląd tej istoty. Zobaczymy, co z niej wyjdzie.

Wrzuciłem ją do klosza i wylądowała w nali. Początkowo nie wiedziała, jak się tam odnaleźć. Ulegała nali, dając się ponieść w kierunku, w którym się poruszała. Raz, jak poruszyła odnóżami to odkryła, że może kontrolować nalę. Próbowała płynąć w przód i w tył. Machała odnóżami i im dłużej to robiła, tym sprawniej się poruszała.

Zasługiwała na moje uznanie. Takiego przebłysku rozumu się nie spodziewałem, jak na tak marną istotę.

I za wcześniej ją pochwaliłem. Dosłownie chwilę później wpłynęła do fary i sczerniała.

– Cóż za bezmyślne, marne, nikczemne, idiotyczne stworzenie! Jak można tak bardzo nie myśleć i nie widzieć, że skoro poprzednia istota sczezła w farze, to również i ona tam zginie?!

Zaczynałem wątpić, czy życie w kloszu będzie istniało. Jeśli każda z utworzonych przeze mnie istot będzie głupsza od poprzedniej, to wyjdzie, że wszystko co stworzę zginie. Okropieństwo, jak można być takim imbecylem?

Jak tym bezmyślnym bytom uprościć życie? Skoro ginęły w farze, to muszę ją oddzielić od nali. Przesunąłem farę w głąb klosza, a na zewnętrznych jej częściach pozostawiłem nalę. Nadal oddziaływały na siebie, ale fara już nie powinna zabijać moich istot.

Można przystąpić do tworzenia kolejnych kreatur. Teraz powinny się jakoś odnaleźć w tej nali. Zwłaszcza, że po przykryciu fary przez nią, uspokoiła się. Z kolejnej istoty pociągnąłem maź od środka w pięciu różnych kierunkach. Zginała tymi odnóżami, a nawet próbowała coś łapać. Zachwyciłem się jej pięknem jeszcze przez chwilę, aż w końcu wrzuciłem ją do klosza. Wylądowała w nali i szybko zaadaptowała się do życia w tym miejscu. Pływała swobodnie, nawet robiła jakieś dziwne akrobacje, aż wypłynęła ponad nalę i ponownie się w niej zanurzyła. Wiedziałem, że się w niej odnajdzie. Pierwsza istota, która nie umarła, tylko żyła po swojemu.

– Nazwę ją … gwiazda. Albo jeszcze lepiej … rozgwiazda.

Stworzyłem kolejne rozgwiazdy i wrzuciłem je tam. Mimo, że miały do siebie spore dystanse, to i tak zaczęły ze sobą żyć. Gromadziły się w skupiska, gdzie każdy miał dokładnie wyznaczony cel. Odniosłem wrażenie, że zaczęły tworzyć hierarchie i jedna rozgwiazda była ważniejsza od innych.

Zastanawiałem się, jak sobie poradzą, kiedy spotkają inną istotę. W tym celu stworzyłem tuptaja, nazwa pochodziła od tego, że chodził po moim ciele przebierając swoimi czterema odnóżami. Wyrastały z niego cztery odnóża i wszystkie były zwrócone w dół. Wrzuciłem go do klosza i chociaż początkowo miał problem z odnalezieniem się w nali, to po zrozumieniu jej specyfiki zaczął swobodnie pływać. Nie szło mu to tak prosto, jak rozgwieździe, co  mnie zastanawiało, jednak uznałem, że jakoś sobie poradzi. Podobnie, jak w przypadku rozgwiazdy, również i teraz stworzyłem ich więcej i wrzuciłem w różne strony klosza.

Zauważyły to rozgwiazdy, które zbliżyły się do przykładowego osobnika. Obserwowały go z różnych stron, a część z nich wyłoniła się ponad nalę, aby dostrzec jego zakończenie, gdzie miał oczy.

Wtem zauważyłem coś dziwnego. Rozgwiazda natychmiast odsunęła się od tuptaja i zanurkowała w wodzie. Popłynęła do swoich i przekazała im co widziała. Wtem w stronę przybysza popłynęła chmara istot i gdy poszturchały tuptaja, wtedy pierwsza z rozgwiazd ugryzła go. Potem kolejna, aż na końcu wszystkie zaczynały go gryźć i … zjadać.

– Imbecyle! Co wy wyprawiacie?!

Patrzyłem i niedowierzałem. Zjadały tuptaja żywcem! Polowały na niego, jakby to była przyjemność. Głośno krzyczał o pomoc. Wylewał się z niego czerwony płyn, który barwił się z niebieską nalą, aż w końcu zanikał. Po chwili nic z niego nie było, nawet czerwonego płynu. Nie rozumiałem czego właśnie byłem świadkiem. Było to przerażające i piękne zarazem. Zdenerwowałem się, gdyż zabiły moją wspaniałą istotę, lecz patrząc na to z drugiej strony zaczęły dostosowywać się do warunków w kloszu. Zachwycało mnie to i trwożyło jednocześnie.

Im dłużej przyglądałem się tuptajom, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że były bez szans. Ponosiły klęskę za klęską, a w niektórych miejscach miałem wrażenie, że czerwony płyn nawet nie chciał się połączyć z nalą. Liczba tuptai drastycznie spadła, a podobały mi się te istoty.

Należało coś z tym zrobić. Nie mogło być tak, że to istota niższego rzędu będzie decydowała o życiu w moim kloszu! Dlatego musiałem pomóc tuptajom, zanim wszystkie zginą. Przyjrzałem się im i zauważyłem, że one ani razu nie zanurkowały w nalę, jakby obawiały się czegoś. Nie robiły tego, nawet kiedy rozgwiazd nie było w pobliżu. – Dlaczego tego nie robicie? – Spytałem ich w myślach. Stworzyłem je najdoskonalszymi istotami, podobnie jak rozgwiazdy, a jednak one mają takie predyspozycje, a tuptaje już nie.

One się męczyły w tej nali. Pływały w niej, bo nie miały innego wyjścia. Należało stworzyć im miejsce specjalne dla nich. Jednak czym ono mogłoby być? Poszukując go przypomniałem sobie, jak pierwszy z nich tuptał po  moim duchowym ciele.

Wróciłem do zbiornika, gdzie połączyłem hormany, andery i notany ze sobą. Powstało coś twardego, na co musiałem przyłożyć większej siły swojego umysłu, aby móc uformować z niego dowolny kształt. Niemniej ułożyłem coś na kształt stożka i włożyłem do klosza. Początkowo reagował bezwładnie na ruchy nali, ale od pewnego momentu utrzymywał się w niej. Nie zmieniał swojego miejsca i wręcz wyrastały z niego drobne nitki. Zaciekawiły mnie. Były zielono brązowe. Brązowa barwa znajdowała się w grubszej jej części wewnątrz, a od niej odchodziło zielone zakończenie.

– Hmm, tego się nie spodziewałem.

Byłem doskonałą mądrością i powinienem to przewidzieć, ale prawda była taka, że nawet najdoskonalsza istota, jak ja, nie mogła kontrolować wszystkiego. Zwłaszcza życia, które wyrastały z rzeczy stworzonych przeze mnie.

– Nazwę te istoty – musiałem się głębiej zastanowić – rośliną. Wspaniała nazwa, godna mnie.

Moje rośliny rozwijały się dość szybko i opanowały mój stożek. Zastanawiałem się, jak będą reagować na tuptaja  i tuptaj na nie. Położyłem go tam. Nie wiedział jak się zachować, przez co niepewnie stawiał kroki. Wyglądał, jakby obawiał się, że zaraz coś się stanie. Jeśli miał mnie wielbić, to musiało mu się to miejsce spodobać i liczyłem, że właśnie tak się stanie.

Po pierwszych obawach kolejne kroki stawiał coraz swobodniej, aż w końcu zachowywał się, jak rozgwiazda w nali. Skakał, tarzał się po miejscu (właśnie muszę je nazwać), rozciągał swoje odnóża i widziałem w nim szczerą radość. Czułem, że zrobiłem dobrą robotę dając go tam, na co on odpłacał mi się powiększaniem liczby osobników. Nawet nie zauważyłem, kiedy z jednego grona tuptaji zrobiło się kilka i podzieliły się przestrzenią stożka. Nie atakowały się nawzajem, a wręcz współpracowali ze sobą, jak rozgwiazdy w nali.

– W takim razie ten brązowy stożek nazwę domem.

To był ich dom, a ja byłem ich ofiarodawcą. Zaczną mnie kochać, tak bardzo, jak na to zasługiwałem.

Od tej chwili tworzyłem kolejne istoty do klosza, zarówno do nali jak i do domu, a nawet na przestrzeń znajdującą się między domem, a granicami klosza. Stworzyłem kilka stworzeń, które fruwały po tym obszarze. To wzlatywały, to pikowały, nazwałem je rozloty, gdyż przypominały rozgwiazdy lecz miały cztery odnóża, a z piątego wyrastało coś na kształt twarzy zakończonej twardym szpicem. Zauważyłem, że istoty żywiły się pokarmem, który ofiarowały im drzewa. Myślałem, jak zwalczyć nadmierne ich zjadanie, bo wiedziałem, że cierpią, aczkolwiek zrozumiałem, że to normalne dla klosza, że jedno zjadało drugie. Dlatego przestałem się już przejmować, gdy okazało się, że stworzyłem część drapieżników, które zjadały inne osobniki. Mimo wszystko jakoś funkcjonowały. Utworzyłem jeszcze kilka domów, które osobniki natychmiast osiedliły i żyły po swojemu.

Obserwowałem to życie i byłem z siebie dumny. Tylko taki geniusz jak ja mógłby coś takiego stworzyć. To jest wyczyn, za który należało mi się uwielbienie i wychwalenie, za boskość, którą reprezentowałem. Zatem wystarczyło poczekać, aż jej dostąpię.

Patrzyłem na życie w kloszu, zapominając, co się działo w nicości. Całkowicie mnie absorbował, ponieważ w ciągu kilku lat działo się tutaj więcej, niż przez całe eony w nicości. Ilość istot i powiązań między nimi potęgowała się, dzięki czemu coraz rzadziej traktowałem je, jak jedną grupę. Każde z nich miało swoje odczucia, emocje, zdanie i nie raz wywoływało to kłótnie między pozostałymi osobnikami, ale póki się jakoś dogadywały i wszyscy byli szczęśliwi, nie ingerowałem w to.

Do czasu.

Widziałem, jak wszyscy byli szczęśliwi. Tuptaje rozmawiały z ironami (istoty podobne do nich, tylko na grzbiecie miały kolce), maraby (podobne do tuptaji, tylko ich odnóża kończyły się pazurami) z gowenami (turlające się kólki, które swoje odnóża wyciągały wtedy, jak traciły prędkość), czy ikaby (istoty z dłuższymi tylnymi odnóżami od przednich i skakały, zamiast chodzić) z wuwami (mają tyle sierści na sobie, że nie widać ich twarzy), jednak coraz bardziej irytowała mnie ich wesołość. Uśmiechały się, podskakiwały z radości i nie dostrzegały dzięki komu zawdzięczały życie!

Dawałem im czas, bo nikt nie był tak wybitny jak ja, żeby od razu wszystko widzieć, jednak nawet nie próbowały zrozumieć, dlaczego żyły. Nic, żadnych kroków, żeby rozwijać swoją wiedzę, odkrywać, dlaczego klosz wygląda tak a nie inaczej, dowiadywać się, czemu Tuptaje w nali są zjadane przez rozgwiazdę, czemu jedne istoty fruwają, a inne chodzą po domu.

Kompletnie nic! Tak, jakby gardziły moją wspaniałą osobą!

Zniszczę je! Zniszczę ten klosz i całe bezrozumne życie, które w nim stworzyłem. Co to za życie, które nie wychwalało mnie ponad wszystko?! Było nic nie warte! Ich wartość polegała jedynie na wielbieniu mnie, a nie na życiu zgodnie z warunkami klosza. Przecież to oczywiste, że jak się otrzymuje dar, to się za niego dziękuje.

Skupiłem wszystkie moce swojego umysłu, aby zniszczyć ten klosz. Nastało kilkanaście potężnych wstrząsów tak, że cały klosz dygotał. Istoty traciły równowagę, życia fruwające spadały na dom, czy istoty w nali ponownie nie wiedziały, jak się w niej zachowywać.

Wzmagałem siłę wstrząsów, lecz jednocześnie dziwna myśl pojawiła mi się w umyśle. Odnosiłem wrażenie, że należało im dać drugą szansę. Nauczyć ich wielbienia mnie, żeby zrozumiały dzięki komu żyły. Wraz z pojawieniem się tej myśli siły wstrząsów słabły, aż w końcu całkowicie zgasły. Byłem zły na siebie, że nie byłem w stanie zniszczyć tego klosza, a jeszcze bardziej zły na te przeklęte istoty, że nie dostrzegały boskości, jaką im dałem.

 

Jeśli spodobało Ci się ta część opowiadania, to zapraszam Cię do sprawdzenia powieści wydanych przeze mnie. Kliknij w poniższe logo, aby się przenieść do mojego sklepu.