Część II part 1: Podbój Steadwick

            Narady wojenne zazwyczaj odbywały się w głównym zamku Gryphonheart. Lascott zjawił się tam najszybciej, jak to było możliwe i choć nie wyglądał zbyt okazale, to założył, że pozostali również nie będą olśniewać wyglądem. I nie pomylił się. Już jego brat Izak, którego spotkał tuż za wejściem miał na sobie koszulę w biało-niebieską szachownicę i jeździeckie spodnie, które nosiły na sobie ślady konia. Obydwaj zakładali barwy rodu Gryphonheart, jeśli byli na służbie.

            – Jak myślisz, w jakiej sprawie sprowadza nas król? – Wiedział w jakiej, ale chciał jakkolwiek przerwać ciszę między nimi, gdy przemierzali przez główny hol w zamku. Izak nie był zbyt rozmowny, nawet wówczas, gdy on rozmawiał i żartował ze wszystkimi dookoła. Jego brat wolał bardziej towarzystwo koni, aniżeli ludzi.

            – Wojna.

            Krótko dobitnie i na temat. Lascott wiedział, że dalej ma się nie odzywać, gdyż jego brat nie przepadał za rozmowami. Zazwyczaj robił wszystko, żeby skrócić je tak bardzo, jak to tylko możliwe. Skręciwszy w lewo, a potem w pierwsze wejście na prawo, znaleźli się w sali obrad. Czekał na nich generał Kendall, Profesor Xanthor, Orrin Carlian oraz kleryk Ingham. Wszyscy oni byli członkami Królewskiego Militarnego Oddziału Erathii, która podlegała tylko władcy.

            Bracia stanęli przed wielkim stołem i wyczuli panujące napięcie. Każdy z nich spodziewał się niepokojących wieści o najeździe Kreegan na ogniste wybrzeże i o dalszym marszu na południe. Jedynie Generał Kendall, który tymczasowo sprawuje władzę w Erathii, zachowywał spokój, aczkolwiek cały czas bawił się swoim krzaczastym rudym wąsem. Najwidoczniej też nie potrafił utrzymać rąk w jednym miejscu. Orrin bawił się swoją kuszą, przesuwając po niej ręką, jakby nie była dobrze wypielęgnowana. Ingham przewracał palcami, z których czasami wydobywała się ognista kula. Jedynie profesor Xanthor był spokojny, jednak jeśli przebyło się tyle świata co on i przeżyło się najróżniejsze przygody, to wiadomo, że nic już nie zaskoczy.

            – Czy mamy jakiekolwiek informacje o Theodorusie i Rylandzie? – król regent spytał wszystkich o członków oddziału z Bracady i Avlee. Byli to jedyni członkowie spoza królestwa, którzy mogli zasiadać w radzie. Ich obecność w najwyższej radzie wojskowej miała gwarantować Bracadzie i Avlee sojusz i wspólne działania militarne przeciwko wrogim królestwom.

            – Niestety nie. – odrzekł profesor Xanthor, który pokłonił się królowi, odsłaniając łyse czoło. Miał zawinięte ręce, podobnie jak u kleryka, którym nie był.

            – Wygląda na to, że nie przybędą. – zmartwił się król i nakazał służbie zamknąć drzwi, a następnie opuścić miejsce narady. Uczyniwszy to, rozpoczął. – Witajcie drodzy rycerze. Wolałbym spotkać się z wami z zupełnie innego powodu, jednak po raz kolejny siły Erathii są wystawione na ciężką próbę. Jak dobrze wiecie, zmarł nasz ukochany król Nicholas i jego ciało jest w drodze do królewskiej krypty w Stonecastle. – Informacja ta była im wiadoma, lecz generał wykorzystał ją jako wstęp do dalszego ogłoszenia. – Zgodnie z panującym prawem władzę w Erathii na czas wyboru króla przejmuje dowódca Królewskiego Militarnego Oddziału Erathii i tak się składa, że jestem to ja. Wszem i wobec oznajmiał, że zgadzam się na zajęcie tego stanowiska i rządzenie Erathią tak dobrze, jak tylko potrafię.

            – Wiwat król! – krzyknął Lascott, a po nim Orrin, profesor, Izak i Ingham.  Wiwaty trwały jeszcze chwilę, ale wkrótce zamilkły za jednym skinieniem króla regenta.

            – Dziękuję, ale nie czas na to. Zebrałem was panowie, ponieważ dostaliśmy informację o inwazji demonów na ogniste wybrzeże. Zrównali wszystko, co było możliwe i zmierzają na podbój królowej złotych smoków, na południową część Erathii.

            – Dlaczego nie atakują bezpośrednio na Steadwick? – zdziwił się Orrin. – Dlaczego wyruszyli na południe? Nie opłaca im się to.

            – Na moje oko, chcą odciąć Steadwick od wsparcia z południa. – ozwał się profesor Xanthor, który przeszył wszystkich członków swoimi dużymi oczami. – Królowa ze swoimi oddziałami przybędzie do Caryatid, a więc chcą jej oddziały zniszczyć tuż po przybyciu.

            – Muszę przyznać, że jest to racjonalne działanie – zgodził się generał – jednak robiąc takie koło i próbując nas zaatakować z południa, otwierają drogę do Kreelah.

            – Nie – wtrącił się Lascott – jeśli ktoś zabezpieczy te rejony.

            – A kto miałby to być? – spytał Orrin. – Z Avlee jesteśmy w sojuszu, nekromanci niedawno doznali sromotnej porażki, a Nighon nadal siedzi za cieśniną Nighońską.

            W tej właśnie chwili Lascott przypomniał sobie słowa Tyris. Wszystko zaczynało się łączyć. Kreeganie chcą zabezpieczyć przeprawę Nighonu w głąb Erathii.

            – Właśnie Nighon, mój drogi przyjacielu.

Na słowa Lascotta tylko Xanthor nie spojrzał na niego, jakby oznajmił rzecz niebywałą. Orrin już miał odpowiedzieć, kiedy do sali narad wszedł porucznik Dannil Darwin. Wszyscy krzywo i z niechęcią spojrzeli na członka królewskiego oddziału, gdyż od dawna każdy się zastanawiał, dlaczego on wciąż w nim jest. Na jego oręż nie spadła ani kropla krwi, ale za to w jego słowach, którymi mamił panny, cały już nią spływał. Jego bujdy sięgały dalej, niż jego czyny. Wszedł spóźniony na naradę, w odświętnych szatach i jeszcze sprawiał wrażenie, jakby to nie było nic złego. Towarzyszyła mu wyniosła poza, królewski krok i spojrzenie, którym traktował wszystkich, jako niższych od siebie, nawet króla.

Nie był lubiany w radzie, ale jako osoba reprezentacyjna, dobrze sprawował swoją funkcję.

– Królu – odezwał się wyniosłym głosem, próbując przykuć uwagę wszystkich – chciałem obwieścić, że informacja o zmianie władcy została przekazana i gryfy wyruszyły już do pozostałych miast, aby przekazać tą wiadomość.

– Dobrze dziękuję. – Kendall wracał do ważniejszych spraw. – Lascottcie, dlaczego uważasz, że to Nighon mógłby nas najechać.

– Usłyszałem to od jednej z twoich kadetek Izaku, a mianowicie Tyris z rodu Lockenhole, która, jeśli chodzi o kwestie militarne i taktyczne rzadko się myliła i przeczuwała ruchy przeciwnika szybciej, niżli ja bym się domyślił.

– Lascott, przejdź do rzeczy. – poganiał go król.

– Powiedziała, że Nighon nie przeprawi się wodą przez cieśninę Nighońską, bo oni zrobią to tunelami pod cieśniną.

– Nie no Lascott i ty w to uwierzyłeś. – wtrącił się Darwin. – Przecież to jest niemożliwe, aby przeprawić się pod nią. Nie stać ich na taką przeprawę i ktoś musiałby ich wesprzeć, to po pierwsze. Po drugie, tam wciąż są wieczne walki pomiędzy władcami, więc nie zdążyliby zebrać armii. Nighon to jest wymysł twojej kadetki.

Nie mojej tylko Izaka tępaku. to po pierwsze, a po drugie nie widziałeś nighońskich smoczych jaskiń, więc się nie odzywaj. – Lascott chciał mu odpowiedzieć, ale widząc, że pozostali zbyli jego uwagę, to również się nie odzywał.  W końcu ignoranci tak mają, że lekceważą wszystko do momentu, kiedy już jest za późno.

Izak parsknął niczym koń, dobitnie podsumowując jego wykład.

– Czy dostaliśmy jakieś informacje od zwiadowców?

– Nie Izaku, już od dłuższego czasu nie otrzymujemy żadnych danych z ognistego wybrzeża. – Król wyprostował się. – Zatem panowie, co proponujecie?

– Nie możemy opuścić stolicy, ale na pewno trzeba sprowokować demony do ataku. – zasugerował Orrin, dowódca kuszników. – Proponuję dokonać zmyłki, ruszając na Kreelah, wtedy demony będą musiały wyjść nam naprzeciw. I przez gryfie skały najadą na stolicę.

– Plan bardzo dobry. – poparł go profesor Xantor, który patrzył z podziwem na Orrina. – Sugeruję królu, aby wysłać oddziały w pobliżu Keventry i zmusić demony do ataku.

– Nie no, ja chyba śnię. – wyskoczył Darwin, jak zwykle nieproszony. – Przecież, jak wyjdziemy na wschodnie rejony Erathii, wtedy damy im okazję do przeprowadzenia inwazji na Steadwick. Musimy tutaj siedzieć i czekać na ich następny ruch.

Król nawet nie poddawał głosowaniu tej sugestii. Była tak idiotyczna, że tylko osoba zajmująca się plotkami o królestwie, mogłaby ją wysnuć. Siedzieć na czterech literach i patrzeć, jak demony podbijają Erathię? Taki jest pomysł porucznika, wojskowego człowieka? Pozostali członkowie rady ponownie przemilczeli jego stanowisko, ale przychodziło im to z coraz większym trudem.

– Królu a Nighon? – przypomniał się Lascott. – Jeśli rzeczywiście zamierzają przekroczyć cieśninę, wtedy na pewno połączą się z demonami.

– Zdaję sobie z tego sprawę. – Generał pogładził swojego wąsa, zastanawiając się nad tą kwestią. – Najlepiej jest nie dopuścić do połączenia tych dwóch oddziałów, bo wtedy czeka nas zagłada.

– Zagłada? Nas? Królu, przecież Steadwick nikt nigdy nie podbił, demony nawet jak się połączą z Nighonem to wciąż są za słabe, aby na nas najechać. Nikt nie jest w stanie przeciwstawić się naszej armii. Poza tym nie wiemy, jakimi oddziałami dysponują. Może się okazać, że…– nie skończył myśli porucznik Dannil.

– To może poruczniku sprawdzicie, jaką liczebnością dysponują władcy podziemi i demony? – wypowiedź króla miała przerwać jego dywagacje i wtrącanie się w debatę doświadczonych żołnierzy. Dostrzegł, że Dannilowi na twarzy po raz pierwszy pojawił się grymas typowy dla przestraszonego dzieciaka. Widząc tą nieporadną twarz, lekko się uśmiechnął. – Skoro według ciebie dysponują niewielkimi oddziałami, to chyba nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli weźmiesz kilkunastu kawalerzystów i pójdziesz sprawdzić z kim mamy do czynienia?

Porucznik długo się zastanawiał nad odpowiedzią. Pozostali członkowie podśmiewali się w duchu, widząc jego nieporadność. Wiedział, jak pokazywać się publicznie, nawet wtedy, kiedy z niego drwiono, ale teraz został wypuszczony na pojedynek z Behemotem i to bez odpowiedniego wyszkolenia. Próbował się zebrać w sobie i znaleźć odpowiednie słowa, ale jak na złość miał pustkę w głowie. Król i pozostali członkowie oczekiwali na jego wypowiedź, dzięki której całkowicie się pogrąży.

Część I: Podbój Steadwick

            Steadwick było jedną z najpotężniejszych twierdz na kontynencie Antagarich i jednocześnie stolicą Erathii, królestwa ludzi. Erathia, dzięki swojemu położeniu, co chwila była z kimś w konflikcie. Na zachodzie zagrażali jej barbarzyńcy z Krewlod i jaszczuroludzie z Tatalii, na północy nekromanci z Deyji, na wschodzie elfy z Avlee i nowo przybyli Kreeganie z Eeofol, czy Nighon znajdujący się na południowym wschodzie. Jednak mimo niekorzystnego położenia i licznych wojen, stolica Erathii nigdy nie została podbita. Każdy kolejny król z rodu Gryphonheart umacniał stolicę, aż w końcu stała się twierdzą, przed którą nawet najwięksi wrogowie czuli respekt.

            Również i teraz dla Erathii nie szykują się dobre czasy. Kreeganie już pokazali, że nie cofną się przed przywłaszczeniem sobie całego kontynentu. Najwyższy z arcydiabłów i jednocześnie król kreegan Xenofex, pomimo krótkiego pobytu na Eeofol, zdecydował się na podbój całego kontynentu i zmuszenie przeciwników do czczenia Baa. Początkowo chciał zachęcić po dobroci, ale widząc, że nie poszerza grona wyznawców, przeszedł do siłowego rozwiązania.

            Nie tylko kreeganie, którzy zostali przez mieszkańców Antagarich przyrównani do demonów, pragnęli władzy na kontynencie, również nekromanci, dowodzeni przez Vilmara, mają chęć na jego podbój. Wielu gardziło nekromantami, ale mimo to zawsze widziano w nich poważnego przeciwnika. Nie ze względu na pozycję króla lisza, ale na tego, który nim steruje, a był to przebiegły nekromanta Sandro. Posadził marionetkowego króla na tronie Deyji. Posiadał potężne artefakty jak przeklęta zbroja czy płaszcz nekromanty i dokonywał rzezi żywych istot, a potem przywracał je do pozornego życia po swojej stronie. Dopiero czwórka bohaterów: Yog, Craig Hack, Gem oraz Gelu pokonali przebiegłego lisza i zniszczywszy jego artefakty, roznieśli je po różnych częściach Antagarich. To był mocny cios dla nekromanty, ale, jak to bywało wcześniej, zawsze wracał z kolejnym planem zniszczenia. Chodziły słuchy, że paktował z Nighonem, aby zniszczyć Erathię.

            Wschodnie granice również nie były spokojne. Król Tatalii – Trallosk oraz Krewlod Winston Boragus zawarli między sobą przymierze, a skoro królestwa, które w najlepszym przypadku były dla siebie obojętne, zawierają sojusz, to znak, że mają wspólnego wroga.

            Wszyscy się zbroją, a Erathia właśnie straciła swojego przewodnika. Kogoś, w kim każdy miał oparcie. Nicolas Gryphonheart był nie tylko królem, ale również i miłościwym władcą, który dobrze rządził swoim królestwem, dbając o potrzeby wszystkich swoich poddanych. Śmierć króla wywołała popłoch wśród mieszkańców Erathii. Nikt nie wiedział, co będzie, a przede wszystkim kto weźmie ogromną odpowiedzialność na swoje ręce, kiedy z każdej strony mogło dojść do ataku.

            Rozmyślał nad tym również  i Dannil Darwin, kiedy stał na mównicy postawionej przy kapitolu miejskim, znajdującym się niedaleko targowiska. Chociaż był młodym porucznikiem, to nie za często wojował za Erathię. W Królewskim Militarnym Oddziale Erathii znalazł się dzięki swojemu mocnemu głosowi, który wielu odbiorcom zapadał w pamięć.

            – Proszę o uwagę mieszkańców Steadwick i poddanych króla Nicolasa Gryphonhearta. – Król Nicolas został pochowany w krypcie w Stonecastle, ale prawdziwy król jest nieśmiertelny i żyje w sercach mieszkańców. – Kilka dni temu został pochowany nasz wielki król, który znajduje się wśród starożytnych razem z założycielem Erathii – Rionem Gryphonheartem. Dlatego Królewski Militarny Oddział Erathii, który podlega wyłącznie królowi informuje, co następuje…

            Po tych słowach wszelkie rozmowy zamilkły. Targowisko, największe w Erathii, na którym zazwyczaj kupcy przekrzykiwali się o atrakcyjność swoich towarów, zamilkło. Podobnie chłopi i mieszczanie, którzy zazwyczaj targowali się z kupcami o najmniejszy grosz, teraz upominali się nawzajem, sprawdzając kto będzie ciszej. Porucznik widząc, że skupił już uwagę, rozwinął zwój z postanowieniami i kontynuował:

            – Władzę w królestwie, do momentu przybycia następcy tronu, przejmuje dowódca Królewskiego Militarnego Oddziału Erathii, którym jest Generał Kendall. Jego głównym zadaniem będzie uporządkowanie spraw związanych z funkcjonowaniem Erathii, aby jego następca mógł zająć się bardziej wydawaniem dekretów i rozporządzeń, aniżeli naprawianiem chaosu, który powstał po śmierci króla. Dodatkowo zapewnia was wszystkich, że zrobi wszystko, aby prawowita następczyni tronu, Katarzyna Ironfist, zasiadła na tronie Erathii.

            Następnie opowiadał o sytuacji panującej w królestwie. Niedawno doszły wieści, że kreeganie wyruszyli na południowo-wschodnie rejony Erathii, żeby pokonać królową złotych smoków i spacyfikować znajdujących się tam elfów. Przemówienia Dannila słuchał Lascott Aberville będąc w koszarach, gdzie ćwiczył walkę na miecze razem z Tyris Lockenhole. Był od niej o dziesięć lat starszy, ale dziewczyna nierzadko, w kwestii taktyki i dowodzenia, przerastała nawet najtęższe umysły w Erathii. Wiedział, że daleko zajdzie, choć kobiety, zwłaszcza te z blond włosami, zawsze mają ciężej z udowodnieniem swojej pozycji.

            – Nie stój jak posąg zrobiony przez kiepskiego rzeźbiarza. Więcej życia, dziewczyno. – Tak zachęcał ją, aby w walce wykazywała się większą charyzmą, gdyż dziewczyna zbyt często przyjmowała postawę obronną i to nawet, gdy była agresorem. Stanęła z większą pewnością i zaatakowała Lascotta. Ten szybko odbił jej miecz w przeciwnym kierunku, czym pomógł sobie ją obrócić tak, że ramieniem zacisnął się wokół jej szyi. – He he he Tyris nie ma szans na ucieczkę? No jak to! – ironizował. – Tak się broniła, że się aż sama zabroniła?

            Tyris nie znosiła, kiedy Lascott się z niej nabijał. On natomiast robił to specjalnie, żeby ją rozzłościć, aby w końcu poszła za swoimi emocjami, a nie kalkulowała. Biła ręką w ramię Lascotta, ale ten nie odpuszczał. Nie dawał jej forów, było to takie gnębienie młodszego. Musiała zrozumieć, że na bitwie przeciwnik też nie poda jej ręki, a że przy okazji znajdował w tym sporo przyjemności, to czemuż by jej nie przedłużyć?

            – Aaa! – Przyjemność przerwana. Tyris odskoczyła od doświadczonego rycerza i wziąwszy miecz przystawiła do niego sztych. Lascott trzymał się za palce i podskakiwał, jakby nadepnęła go partnerka  podczas tańca. Po kilku podskokach kucnął i z dołu patrzył na sztych, który dziewczyna skierowała na niego. Lascott zaśmiał się, czym wywołał niezrozumienie u Tyris.

            – Mogę wiedzieć, z czego się tak śmiejesz?

            – Już mi się wydawało, że łapiesz, o co w tej grze chodzi, ale jednak nie. Jesteś tak blisko, żeby zrozumieć, a jednocześnie tak daleko, aby się domyślić. A to podobno ja nie używam głowy. – I znów się śmiał.

            – Nie rozumiem.

            Ledwo skończyła, a Lascott chwycił jej klingę tak szybko, że nawet pikujący smok zrobiłby to za wolno. Zupełnie, jakby jego ręka zaplątała się wokół jej klingi szybciej, niż za mrugnięciem oka. Próbowała wyrwać miecz. Szarpała się z nim, co wzbudzało jej irytację, a  im bardziej wzrastała, tym szerzej Lascott się uśmiechał, aż w końcu ponownie miał z niej ubaw. Próbowała jakkolwiek uwolnić miecz z jego ręki. Zaparłszy się na nogach ciągnęła, jakby przesuwała ciężki kamień. Gdyby miała tyle siły w rękach, co siły woli, to już dawno wyszłaby z silnego uścisku, aczkolwiek siła fizyczna, to nie siła woli.

            Lascott, jak to on, puścił miecz i dziewczyna, z całą nagromadzoną siłą, przewróciła się, lecz niefortunnie upadła do kałuży. Czuła się upokorzona. Siedziała przed swoim nauczycielem i z wściekłości biła pięścią po ziemi, że znowu dała mu się pokonać. Rycerz zaczął się śmiać, ale w tym śmiechu było coś, co nie pozwalało jej myśleć, że się z niej nabija, a raczej bawił go komizm sytuacji. Uśmiechając się, podał jej rękę i pomógł jej wstać.

            – Teraz już rozumiesz, o co mi chodzi? – Nie bez powodu zapytał. Widział, że nie wie i taką odpowiedź też otrzymał. – Kiedy nie trzeba za bardzo myślisz, a kiedy trzeba pomyśleć, w ogóle tego nie robisz.

            – Wyjaśnisz?

            – Kiedy walczysz, wiedz kiedy używać serca, a kiedy rozumu. – Brzmiał jak nauczyciel i jednocześnie dobry kumpel. Usiadł po turecku i spoglądał na dziewczynę jakby był niższy rangą wojskowej od niej. – Za pierwszym razem czekałaś nie wiadomo na co. Dałem ci kilka szans do ataku, a ty stałaś jak posąg. Gdy zaatakowałaś, zrobiłaś to najgorzej jak mogłaś, bo rzuciłaś się na mnie całym ciałem.

            – Tak mnie uczono, że należy pełnym impetem atakować przeciwnika.

            – Ach no tak, kawalerzystka, zapomniałem. – Przypomniał sobie, że Tyris przeznaczono pod komendę jego brata, Izaka Abervilla. Niewielu jest w stanie z nim wytrzymać, stąd w stajniach jest samotnikiem, jeśli nie ma obowiązków. Tyris przychodziła do niego, tylko w ramach obowiązku i choć świetnie odnajdywała się jako kawalerzystka, to szacunku Izaka nigdy nie zdobyła. Dlatego też przychodziła do Lascotta walczyć na miecze. – Na koniu, to ci Izak powie, co należy robić, lecz, gdy walczysz mieczem, zapomnij o tym. Całym ciałem atakujesz wtedy, kiedy jesteś pewna, że zranisz przeciwnika. – Wyrwał małą grudkę trawy i rzucił przed siebie. – W walce wręcz nastaw się na sparowanie ataku przez przeciwnika, a pierwszego to na pewno.

            – To jak mam walczyć sercem i jednocześnie myśleć?

            Pokręcił głową z zażenowania.

            – Tyris bądź żywa w walce i nie analizuj wszystkiego. Zwłaszcza, gdy się uczymy. Popełniaj błędy, a wówczas twój umysł sam zacznie działać i analizować.

            Dziewczyna nic z tego nie rozumiała. Lascott był żartobliwy, a jak walczyła z nim wręcz, to zawsze pozostawiał ją z myślą, którą analizowała przez kilka dni. Na dzisiaj skończyli ćwiczenia. Odnieśli ćwiczebne miecze do zbrojowni i zmierzali do wyjścia z koszar. Okazało się, że Dannil nadal przemawiał do zgromadzonej ludności. Teraz mówił o najeździe Kreegan na ogniste wybrzeże i procedurach z ewakuacją mieszkańców do Bracady.

            – Kreeganie znowu napadają. – podsumował Lascott. – Teraz mówią, że jest ich więcej. Król regent już zorganizował naradę wojenną w tej sprawie.

            – Czy zwiadowcy donieśli, dokąd zmierza armia Xenofexa? – spytała Tyris.

            – Wyczyścili cieśninę Nighońską i zmierzają na południe. Szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego. – Żartobliwy grymasik zszedł z jego ust. Erathia nie ma wytchnienia od wojen.

            – Demony chcą, aby królowa Katarzyna Ironfist miała komitet powitalny, jak przybije do Caryatid.

            – Spodziewałem się tego, ale jeśli tak, to my wyruszymy za niedługo na południe, żeby odbić ją z rąk demonów.

            – Robiąc to, otworzymy Nighonowi drogę do stolicy. – Lascott spojrzał na nią z podniesionymi brwiami i wciągnął powietrze. Oczekiwał, co dalej powie. – Nie widzę sensu, dlaczego mieliby ociągać się z ruszeniem na Steadwick, tylko skierowali się na południe. Po coś potrzebowali dominacji nad ognistym wybrzeżem. Inaczej, po co byłoby im to potrzebne?

            No właśnie. Po co? – Zastanawiał się Lascott. Zazwyczaj nadmorskie tereny podbija się, aby kontrolować handel oraz zbierać dodatkowe opłaty za wpłynięcie na terytorium danego królestwa. Ale po co to demonom? Na co im tereny wodne? Boją się wody bardziej niż gobliny magii.

            – Masz pewnie jakąś na to teorię. – zainteresował się.

            – To proste. Chcą przeprowadzić siły władców podziemi na ląd.

            – Przecież tam wciąż są walki o wpływy i nikt nie zdobył większości.

            – Orwald. – rzekła z pewnością tak, że Lascottowi już całkowicie zniknął dobry humor. – Po raz pierwszy od dłuższego czasu zjednoczył wszystkie królestwa w Nighonie, a jeśli się jednoczy królestwa, to najczęściej w celach podboju.

            Nie chciał tego przyznać, ale argumentacja dziewczyny miała sens i to było najgorsze. Jeśli rzeczywiście królestwa w Nighonie połączyły się w tym celu, to Erathia nie tylko będzie walczyć z demonami, ale również z władcami podziemi, a z ich czarnymi smokami wolał nie mieć do czynienia. Strach zżerał jego ciało. Nie pokazywał tego, ale coraz bardziej drętwiały mu nogi, a myśli były skupione wokół smoków latających wokół miasta i arcydiabłów przenikających przez mury. Ta wizja mu się nie podobała.

            – Nawet, jakby rzeczywiście Nighon chciał nas najechać, to któryś ze zwiadowców w końcu doniósłby nam o potężnej flocie.

            – Nighon nie przypłynie statkami. Oni na pewno budują tunele pod cieśniną.

            Tego się nie spodziewał. Teoretycznie byłoby to możliwe, ale oznaczałoby to, że … – gdy pojawiła się ta myśl już nie krył się ze strachem. Z nóg naraz zniknęła siła i siadł na ziemi tuż przy wyjściu z koszar. Patrzył na ziemię z szeroko otwartymi ustami i przez chwilę naprawdę miał problem ze złapaniem oddechu. Strach zacisnął mu gardło.

            Jeśli Tyris miała rację, to Orwald i Xenofex zawarli sojusz w celu zniszczenia Erathii. Miał nadzieję, że kawalerzystka się myliła, ale wszystko zaczęło nabierać sensu. Orwald musi przejść przez cieśninę, gdzie po drugiej stronie spotkałby siły Erathii. Dlatego Xenofex podbił te ziemię, żeby władcy podziemi spotkali sojusznika, a nie wroga. Demony wyruszyły na południe, aby odciąć Steadwick od wsparcia.

            Właśnie wychodziło na to, że królestwo ludzi będzie miało do czynienia z największą inwazją od momentu założenia królestwa przez Riona Gryphonhearta.

            – Lascott, wszystko w porządku?

            Zapomniał, że Tyris jest przy nim i nie powinien pokazywać, jak bardzo się boi, ale świadomość walki z potężnym przeciwnikiem zwaliła go z nóg i nie potrafił tego ukryć. Wstał i choć nadal nogi mu drżały, spróbował przywdziać na twarz ten głupkowaty rodzaj humoru, z którego znany był w Steadwick i nie tylko.

            – Szczerze mówiąc, to mam nadzieję, że się mylisz. – Nawet nie wiedział, jak bardzo chciała nie mieć racji. – Idź do stajni i pomóż mojemu bratu, ja muszę pomyśleć, co z tym zrobić.

            Zniknęła z jego oczu, zostawiając go samego ze swoimi myślami. Zbierał je do kupy, aby jego argumentacja brzmiała jak najbardziej sensownie. Tylko argumentami przekona pozostałych członków Królewskiego Militarnego Oddziału Erathii, do swoich racji, a nie wyjdzie w ich oczach na panikarza. Panika nigdy nie była mile widziana wśród żołnierzy. Zwłaszcza wśród oficerów, do których należeli między innymi Izak i Lascott.

            Długo nie był sam. Tuż po odejściu Tyris przybiegł do niego jeden ze zbrojnych stacjonujących w samym zamku i przyniósł wieść od króla o zwołanym zebraniu dowódców.

Opowiadanie V: Gary i Litin – Co przed sobą ukrywają?

Gary

No i jak ma mu to powiedzieć? Właśnie przez zleceniodawcę został zmuszony do wkopania Litina, inaczej on zabije Borańskiego. Zazwyczaj to od Borańskiego Gary i Litin dostawali zlecenia na kradzież unikatowych eksponatów, jednak tym razem przez Masę zgłosił się ktoś inny. Zleceniodawca chciał mieć całość dla siebie, więc porwał Borańskiego i kazał Garemu zdobyć eksponat. Całość bierze dla siebie. Litin nie zgodziłby się pracować za darmo, więc należało go wykiwać z interesu. Myślał nad tym, jak go wrobić w kradzież: De origne et rebus gestis Polonorum, autorstwa Marcina Kromera i jednocześnie wyjść z tego bez szwanku. Nic konkretnego nie przychodziło mu do głowy.

Litin zazwyczaj wiedział więcej od niego. To właśnie on był tym rozsądnym, który widział więcej, aniżeli wszyscy dookoła. Dostrzegał to, czego sokole oko nie widziało, przewidywał przeciwności, których nie dostrzegłby Napoleon Bonaparte czy Aleksander Macedoński. Jednak musiał wrobić swojego kumpla i cały zysk ze sprzedaży egzemplarzu przeznaczyć zleceniodawcy. Tylko w ten sposób uwolni Borańskiego, choć straci też dobrego partnera do współpracy. Oczywiście to przy założeniu, że Litin rzeczywiście w niczym się nie połapie.

Cokolwiek nie wybierze będzie źle. Nie ukradnie kroniki, zginie Borański, ukradnie kronikę, Litin pójdzie siedzieć. Zdecydował już, że wrobi kumpla, ale nie miał pomysłu jak to zrobić. Chodził po całym swoim mieszkaniu. Patrzył z półki na półkę, z rzeczy na rzecz, z okna na okna, mając nadzieję, że jakikolwiek przedmiot uzmysłowi mu, jak wrobić bruneta. W głowie miał wielką dziurę. Żaden z pomysłów nie był na tyle genialny, żeby Litin nie mógł się go domyśleć. Wsparł swój proces twórczy szklaneczką whisky, lecz nawet ona nie wlała do jego umysłu genialnego planu. Wręcz wzmogła jego irytację, że niczego nie może wymyśleć.

Usiadł na sofie i otworzył plany Pałacu Henryka Sienkiewicza, gdzie znajdowała się kronika Marcina Kromera. Spoglądając na plany muzeum zauważył jedną możliwość. Gdy będą planować włamanie do muzeum zatai informację o czujnikach ruchu. Tego Litin nie przewidzi, bo to Gary miał znaleźć informację o działaniu urządzeń odpowiadających za kontrolę ruchu w muzeum. Choć przyjdzie mu to z ciężkością, to jednak los postawił go, przed takim a nie innym wyborem. Od tej akcji, będzie musiał pójść swoją stroną.

 

Litin

Wielokrotnie marudził na Garego, ale nie wyobrażał sobie współpracy z kimś innym, mimo jego wad. Jednak od tej akcji każde następne włamanie wykona bez niego. I choć myśl, że będzie działał bez irytującego i jednocześnie zabawnego pana Hayesa, była dziwna, to nie miał innego wyboru.

Litin był racjonalistą, posiadającym wiedzę o wszystkim, co jest związane z akcją. Zanim zaczął działać, to miliard razy przemyślał swoją decyzję, rozważając wszystkie za i przeciw. Mózg był ostatnim, czego Gary używał. Najpierw działał, najpierw psuł lub naprawiał, nim pomyślał, co właściwie zrobił. Dlatego zawsze uwzględniał dość nietypową przeszkodę w postaci wybryków blond kompana. Czasami podziwiał go za wolność w działaniu i brak skrępowania. Pan Stockborn nie miał takiej swobody ruchów, nic nie robił, jeśli wcześniej tego nie zaplanował. Wolał wiedzieć, co go czeka, niż zdawać się na los.

Gary był, jaki był, ale gdyby miał jakąkolwiek inną możliwość, to nie wydawałby go w ręce policji. Albo Gary trafi do więzienia, albo zleceniodawca zabije Borańskiego, jego szefa. Nie mógł stracić swojego głównego źródła utrzymania, więc, choć nie chciał tego robić, to nie miał wyjścia. Był zły na siebie, że do takiej sytuacji w ogóle dopuścił. Jak może wydać kumpla, z którym dokonał już tyle udanych włamań?

Chociaż Gary był spontaniczny, to instynkt miał bardzo mocno wyczulony i nie rzadko na nim działał. Jeśli zacznie coś podejrzewać, to opiera się na nim, jakby to miała być prawda absolutna. W wielu przypadkach go nie zawodził, więc, jeśli teraz zacznie coś podejrzewać, to będzie miał całkowitą słuszność. – Jak to wszystko wymyśleć, żeby jego instynkt samozachowawczy się nie włączył? – Dywagował Litin, który spacerował po całym mieszkaniu tam i z powrotem. Stwierdziwszy, że samemu nie wpadnie na genialny pomysł, otworzył mapę pałacu Henryka Sienkiewicza. To właśnie stamtąd mają ukraść najstarszy egzemplarz, którym jest kronika Marcina Kromera. Po chwilowej obserwacji doszedł do wniosku, że o jednej rzeczy nie wie. Alarmy, które trzeba dezaktywować, działają na klasyczny rolling code, ale z podwójnym zabezpieczeniem. Gdy złamie jedno z nich, to jest jeszcze drugie, które natychmiast dostrzega obcą ingerencję w urządzenie.

Tą informację, musiał zataić i choć zdaje sobie sprawę, że Gary go za to znienawidzi, to niestety od tej akcji swoje następne zlecenie będzie musiał wykonać samodzielnie.

 

Planowanie

Spotkali się wieczorem, żeby rzucić na stół wszelkie potrzebne informacje o miejscu, gdzie przechowywana jest kronika. Obydwaj wiedzieli, że włamanie do muzeum nie powinno im nastręczać trudności. Pałac Henryka Sienkiewicza w Oblęgorku był oddziałem Muzeum Narodowego w Kielcach, jednak w stosunku do niego był słabiej zabezpieczony, niż jego kielecki odpowiednik.

– To co wiesz o zabezpieczeniach w muzeum? – Spytał Gary, nalawszy sobie Whisky.

– Zabezpieczenia nie są skomplikowane. – Mówił lekko drżącym głosem Litin. – Jeden alarm, którym połączone są wszystkie wejścia. Działają one na klasyczny rolling code.

Już chciał powiedzieć, o podwójnym zabezpieczeniu rolling codem, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Miał nadzieję, że Gary tego nie dostrzegł.

– Klasyczny rolling code? Serio jeszcze się nie nauczyli, że złamanie go to nie taki problem?

Jeszcze jest drugi rolling code do złamania, a jego sam nie dasz rady złamać. – pomyślał Litin i ponownie zmusił się, żeby nie wypuścić tego na zewnątrz.

– Jeszcze długo będą się uczyli, żeby nie stosować tej techniki. A ty co masz? – Musiał zrzucić ciężar na Garego, bo czuł, że zaraz powie o jedno słowo za dużo.

– Ja dopełnię to, co ty powiedziałeś. – Zaczął luźnie, choć to nie była to ta swoboda ruchów, z której słynął w trakcie planowania. Zazwyczaj wolał pominąć etap planowania akcji, tylko od razu przejść do działania, ale teraz nic nie było typowe. Miał wrobić swojego partnera w kradzież, więc wolał wiedzieć, kiedy to zrobi. – Niewielkie zabezpieczenia, w muzeum występują wyłącznie czujniki na podczerwień. Zatem jeśli zakryjesz swoje ciało od góry do dołu, to nikt nie zauważy, że wchodzisz do muzeum.

– Jesteś przekonany, że czujniki wychwytują ciepło?

– A co nie wierzysz mi?!

Reakcja Garego zdziwiła Litina. Dlaczego ten, który zazwyczaj jest mocno wyluzowany, teraz zachowuje się, jakby ktoś wepchnął mi kija do dupy? Czyżby coś ukrywał?

– Mógłbyś nie podnosić głosu? Tak się składa, że tylko zapytałem, a nie oskarżałem.

Gary całkiem inaczej to odczytał. W tym prostym pytaniu dostrzegał podejrzenie Litina, że nie mówi całej prawdy. A może sam widział to wszystko inaczej?

– Daruj, nie podnoszę głosu, tylko … się denerwuję.

– Ty? – Kto jak kto, ale Ty nie masz powodów, aby się denerwować. Chciał mu odrzec. – Największy luzak na świecie denerwuje się przed włamaniem? Do bardziej zabezpieczonych miejsc, żeśmy się włamywali, więc nie udawaj, że nagle masz pietra.

– Dobra, to jak to robimy? – Chciał wrócić do meritum rozmowy.

Litin krzywo spojrzał na blond kompana. To on zazwyczaj zmuszał go, żeby skupił się na planowania ich akcji. Nigdy na odwrót, więc co się z nimi dzieje? Nie dywagował nad tym, tylko rzucił na stół plany muzeum. Wskazał główne wejście.

– Najlepiej jest wejść od frontu. Jednak wcześniej, trzeba będzie wyłączyć alarm. Inaczej nie wejdziemy, bo wszystkie wejścia, nawet przez okno i balkon, są zabezpieczone.

– Żaden problem, mogę się tym zająć.

Problem to dostrzeżesz na miejscu, gdy mimo rozbrojenia go włączy ci się alarm. – Odrzekł mu w myślach.

– Super, wiedziałem, że ty nie odpuścisz sobie możliwości zabawy elektroniką.

– Jednak nim do tego dojdzie, będzie trzeba wejść do piwnic i wyłączyć kamery w budynku. – Wskazał na wejście prowadzące do piwnic.

– No dobrze, spokojnie tam wejdę. – Odrzekł. Wiedział, że to miejsce, jako jedyne nie jest pilnowane alarmem, lecz jest klasycznie zamykane na klucz, który ma jeden z ochroniarzy. Wystarczy wiedzieć, który z nich ma wtedy służbę i ukraść go, gdy będzie się tego najmniej spodziewał.

Gary wiedział, że Litin ma szybkie i zwinne ręce. Jeśli chodziło o otwieranie drzwi, za pomocą wytrychu, albo zwinięcie czegoś tuż sprzed nosa, to Litin nadawał się do tego jak nikt inny. Nie przekazał mu tylko informacji, że tam znajdują się czujniki ruchu, które złapią go, tuż po przekroczeniu progu.

– Kto jak kto, ale ty się do tego nadajesz idealnie.

I niestety będziesz idealnym kozłem ofiarnym. – To już Gary dodał w swoich myślach.

– Najlepiej, jak jedno i drugie zrobimy w tym samym momencie.

– W porządku.

Nie dadzą rady jednego i drugiego zrobić naraz. Ktoś musi najpierw złamać kod alarmu lub wyłączyć kamery w muzeum. Wyłączając dwie rzeczy naraz doprowadzą do włączenia cichego alarmu i sprowadzenia całych zastępów ochrony.

– Podejdę do pałacu od strony lasu, natomiast ty musisz wejść od strony głównej.

– A dlaczego to ja mam się wystawiać na widok innych? – zbulwersował się Gary. – Chcesz, żebym to ja załatwił czarną robotę, a ty sobie wejdziesz i wyjdziesz z egzemplarzem, jak gdyby nigdy nic?

Opowiadanie IV: Maroszek

Do Polski przybył rzadki okaz karabinu, którym Polskie Siły Zbrojne się szczyciły przez drugą wojną światową. Był to jeden z nielicznych egzemplarzy pokazujący wysoką myśl techniczną polskich specjalistów w dwudziestoleciu międzywojennym. Skonstruował go inż. Józef Maroszek i wyprodukowano go zaledwie sto pięćdziesiąt sztuk. Do dzisiaj przetrwało pięć i jeden z nich trafił do Muzeum Historii Polski w Warszawie.

Gdy zleceniodawca Garego i Litina dowiedział się o tym karabinie, momentalnie nakazał im jego zdobycie. Wyznaczył wysokie wynagrodzenie za to zlecenie, które jest adekwatne do ryzyka. Wyzwanie duże, zwłaszcza, że Wiktor Borański zażyczył sobie z dnia na dzień mieć ten egzemplarz. Duet nie zdążył się rozejrzeć po muzeum, więc idą na czuja. Litin nigdy nie znosił takich zleceń, bo czuł się przy nich nieswojo, natomiast dla Garego było to wszystko jedno, i tak często działał na żywioł.

Przed włamaniem do muzeum Gary miał przechwycić obraz kamer z miejsc, do których będą uczęszczali. Litinowi przypadło zbadanie możliwości wejścia do muzeum przez dach. W okolicy bloki nie były wysokie, więc nikt ich z góry nie będzie obserwował. Obydwaj wywiązali się ze swoich zadań. Ustalili, że będą wchodzić przez dach, a następnie rozdzielą się, żeby Litin wyłączył czujniki laserowe, a Gary zszedł i zwinął karabin.

Przez kraty wentylacji widzieli rzadki okaz. Był on zabezpieczony szklaną powłoką, wokół której biło kilka czujników, wyłączanych w jednym miejscu. Dookoła znajdowały się przedmioty nawiązujące do okresu historycznego. Ubiór żołnierza, jego uzbrojenie, sztandary armii, opisy bitew i wszystko to, co udało się zebrać z tamtych lat. Odkręcili śruby trzymające kraty i odłożyli je na bok.

Gary pokazał kciuk w górę. Litin kiwnął głową i patrzył na zegarek. Pozostała minuta do ich brawurowej akcji, w której trakcie Litin miał zjechać i wyłączyć czujniki w sali, aby jego wspólnik mógł zejść i wziąć karabin bez obaw o alarm. Założyli noktowizory, Litin podniósł rękę do góry i odliczał. Pięć, wszystkie palce w górze, cztery, jeden palec w dół, trzy, drugi palec w dół, dwa, trzeci palec w dół, jeden, schował czwarty palec. Pięć.

Zeskoczył z szybu i delikatnie niczym pióro opadł na podłogę. Natychmiast udał się licznika, gdzie wstukał odpowiedni kod. Zrobił to w kilkadziesiąt sekund, a trzy głośne piknięcia dały znak Garemu do działania. Zjechał do pomieszczenia i udał się do gabloty z Maroszkiem.

Wtem nastało trzaśnięcie, które i Garego i Litina wytrąciło z synchronizowanego działania. Specjalista od alarmu momentalnie znalazł się w szybie wentylacyjnym. Gary podszedł do liny, zapiął się, próbował wznieść się do góry, lecz … pilot od dźwigu nie działał. Spróbował ponownie, ale dźwig ani drgnie.

Litin machał mu do góry, a jego wyraz twarzy przesiąknięty był złością połączoną z obawą o powodzenie zadania. Dochodziły ich czyjeś kroki, złodziej w szybie zrozumiał, że Gary jest w pułapce. Również i on sam to zrozumiał. Przybiegł do Litina, który chciał mu zrzucić linę. Nie zrobił tego, gdy dostrzegł zbliżające się światło od latarki. Machnął ręką w dół i pokazał palcem w stronę światła. Wspólnik upadł i ukrył się za jednym z eksponatów. Choć luzacko podchodził do życia, to tętno mu biło jak oszalałe.

Tym, kto zakłócił spokój, był ochroniarz, który robił obchód wokół wystaw. Złodzieje spodziewali się, że za chwilę już go tutaj nie będzie, lecz na ich nieszczęście zadzwonił mu telefon.

– Halo? O siema stary, widzę, że nie chce ci się spać. – Z wściekłości Gary groził mu pięścią. Miał nadzieję, że szybką stąd zniknie.

Po kilku kwestiach zakończył rozmowę, lecz w ramach pracy postanowił pooglądać eksponaty, co wywołało jeszcze większe oburzenie złodziei. Gary spojrzał na Litina i ten pokazywał mu pięść energicznie przesuwającą się do przodu. W zamian na to Gary palcem puknął się w głowę – zdurniałeś pacanie? – Ułożył rękę przy uchu w postaci trąby, a następnie zakreślił koła w powietrzu.

Specjalista pokazał mu dwa chodzące palce, które potem przekreślił poziomym ruchem ręki.

Ta, pewnie, już widzę, jak nikogo tu nie ma. – Odrzekł mu Gary w myślach. Błądził wzrokiem po pomieszczeniu i dostrzegł swoją zwisającą linę. Wywijał swoimi rękami niczym pedały w rowerze, a potem pokazał mu palcem na sznur. Kompan od razu zauważył i tak szybko jak mógł przemieścił się do niego i ręcznie wciągnął linę z powrotem do szybu.

Ochroniarz nie chciał ani drgnąć, sterczał i lampił się w przyniesione kolekcje, jakby nie zdążył się na nie napatrzeć w trakcie swoich godzin pracy. Litin spojrzał na zegarek, stracili za dużo czasu. Ponownie pokazał pięść skierowaną do fikcyjnego przeciwnika, lecz postukał palcem parę razy w zegarek. Gary poziomymi ruchami rąk zaprzeczył, przyłożył rękę do fikcyjnej podłogi, a następnie zakreślił palcem koła w powietrzu.

Co z tego, że wywołasz alarm? Zaraz ciebie pacanie mogą nakryć. – wrzał Litin. Już mu chciał pokazać, co mu zrobi, jeśli się nie pośpieszy, ale zerknął na drugi koniec korytarza i … zapomniał o jednej istotnej rzeczy. Kontrolka od alarmu świeci się na zielono, bardzo jasno, nie ma możliwości, żeby ochroniarz jej nie zauważył. Momentalnie otwierał i zamykał rękę, po czym pokazał mu na alarm. Wspólnik spojrzał w tamtym kierunku i wtedy jego serce biło jeszcze szybciej i coraz bardziej panikował. Nie chciał pójść na rozwiązanie, które proponował mu Litin, ale coraz bardziej rozumiał, że nie miał innego wyjścia. Jego kompan nie ustępował, nadal pokazywał, że trzeba go ogłuszyć, dodatkowo coraz energicznie machał rękami z przerwą na coraz mocniejsze bicie w zegarek.

Gary niechętnie spojrzał na ochroniarza, który zmierzał w drugą stronę pomieszczenia. Patrzył na przejście do następnego pokoju, lecz złodziej brał za pewnik, że to kwestia czasu, kiedy spojrzy na alarm. Podobnie jak cicho skrada się lew po swoją zdobycz, tak równie Gary bezszelestnie zbliżał się do ochroniarza. Póki pracownik muzeum nie odwróci głowy, nie miał zamiaru atakować.

W sekundzie rzucał cień na drugi koniec sali. Ochroniarzowi wypadła latarka z ręki i smuga światła skierowała się na złodzieja. Gary odskoczył na bok, nie patrząc, czy nie potrąci jakiegoś eksponatu. Gdy usunął się ze światła, rozejrzał się za pierwszą lepszą przeszkodą, którą był powieszony mundur polskiego żołnierza. Schował się za nim i próbował opanować swój oddech, ale buzująca adrenalina utrudniała mu to. Specjalista od alarmów był już pewny, że zostaną złapani i czeka ich długa odsiadka w pace. Również jak Gary miał problemy z oddychaniem, a z wrażeń miał ochotę wszystko zwrócić.

Ochroniarz dźwignął latarkę i rozejrzał się po pomieszczeniu po raz ostatni. Niczego nie dostrzegł, więc wyszedł z pomieszczenia, od razu skręcając na dział z powojenną historią Polski.

Gdy zniknął Litin głęboką westchnął. Gary odetchnął z ulgą i przejechał ręką po czole, którą opuścił na dół. Następnie kiwał karcąco palcem do specjalisty od alarmów. – Tym razem szczęście uśmiechnęło się do ciebie, ale ile razy jeszcze to zrobi? – Zastanawiał się Litin. Pokręcił głową na Maroszka. Gary w trymiga znalazł się przy karabinie. Ostrożnie ściągnął zasłonę wsadził rękę i pół pomieszczenia zaświeciło się na czerwono, światło szybko przenosiło się na drugi koniec pokoju, żeby potem wrócić. Do kręcącej się czerwieni dochodziło ogłuszające wycie alarmu.

Ani chwili nie czekając Litin zrzucił linę Garemu i machaniem wzywał go do siebie. Kompan zarzucił broń na ramię, pobiegł do liny i zaczepił o nią uprząż. Kciukiem dał specjaliście znak, żeby go wciągał. Litin kliknięciem dźwignął go do szybu. Gary nie czekał aż urządzenie go wyciągnie, chwycił się za szyb i podciągnął się do niego. Odczepił się, a Litin już zwijał sznur. Następnie specjalista od alarmów ruszał zakręcać kraty.

– Zostaw to gówno, spierdalamy! – Gary złapał go za ramię i pognał w stronę wyjścia z pułapki.

Już nie musieli patrzeć na siebie. Obydwaj mieli nadzieję, że jakoś bez szwanku z tego wyjdą.

Opowiadanie I: Ilidium – część 4

Dziewczyna zamknęła za nim wrota. Podeszła do większego skupiska kruszcu. Przyłożyła do niego rękę i czekała aż moc Ilidium przejdzie na nią. Spoglądając z daleka, można by rzec, że jest to twarda niebieska skała, której nie wydobędzie żaden kilof. Można ją pobrać tylko poprzez połączenie się umysłu z wewnętrzną mocą kruszca.

Szukała w nim dwóch punktów decydujących o równowadze wewnątrz kruszca. Jeden z nich wskazywał życie, drugi śmierć. Gdy je odnalazła, przed jej oczami ukazał się tunel podobny do tego, którym zmierzał Turnlei. Na jego końcu było światło, w którego stronę ruszyła. Po kilku krokach pojawił się anioł oraz demon. Anioł złapał ją za rękę, kierując w stronę światła, a demon szedł obok niej.

– To jest twoje zadanie Osis. Który z nich jest aniołem, a który demonem? – To był jej test, który dzięki Turnleiowi miał się szansę odbyć. Jak to aniołowie określali, nim wyjdzie z jaskini promieniującej energią musi zrozumieć, kto jest dobry, a kto jest zły.

Spojrzała na anioła. Miał na sobie białą szatę oraz skrzydła. Skierowała wzrok na demona, który … również miał białą szatę i skrzydła. Nic ich nie rozróżniało pod względem wyglądu. Zatem musiała wybrać anioła ze względu na zachowanie. Demon w ciele anioła nie trzymał ją za rękę i zrównał się z nią krokiem, lecz anioł trzymający ją za rękę przyspieszył i ciągnął za sobą.

Spojrzała w stronę demona, który ronił łzy. Anioł nawet nie zwrócił na nią uwagi, a wręcz przyśpieszył, jakby to jemu bardziej zależało, aby dojść do światła.

To nie jest światło, które chcę zobaczyć. To jest piekło i temu się śpieszy, bo jest demonem. – Rozwiązała zagadkę Osis. Uwolniła swoją rękę spod władzy demona. Odwrócił się i jego anielska twarz zamieniła się w demona. Wyrosły mu rogi, stopy zmieniły się w kopyta, a z kręgosłupa wyrósł ostro zakończony ogon.

Wywinął nim, chcąc zabić dziewczynę. Uchyliła się i do akcji wkroczył anioł. Wyciągnął jaśniejący miecz i przeciął na pół ogon demona. Następnie podszedł do niego i wbił mu ostrze w serce. Demonem zaczęły szargać dusze, które skusił do piekła. Nie były w stanie wyjść z niego, więc atakowały każdą kończynę, powodując przy tym spazmatyczne ruchy demona.

Dopiero, gdy anioł wyciągnął miecz, to wszystkie dusze opuściły swoje więzienie, a pod demonem otworzyła się ziemia, ciągnąc go z powrotem do piekła. Gdy już wrócił do swojego naturalnego miejsca, to ziemia wróciła na miejsce. Osis ponownie zobaczyła tunel, który kończył się światłem. Dzięki aniołowi zdała test, ale z jego pomocy nie była zadowolona.

– Dlaczego zacząłeś płakać? To miał być mój test, rada nieba ci tego nie daruje!

– Sumienie mnie zżarło. Nie mogłem znieść, że wybierasz źle. – łkał. – Nie umiem patrzeć jak ktoś popełnia błąd i nie zareagować. Jestem aniołem, który za swoją niesubordynację poniesie winy.

Pod aniołem otworzyła się ziemia, a ognisty ogień niczym liny związał go i wciągał w swoją otchłań.

– Nie, nie możesz odejść! – Pobiegła, aby zrzucić z niego krępujące ogniste sznury. Próbowała je zerwać, ale one przypalały jej skórę, tak że nic nie mogła zrobić. Patrzyła tylko jak anioł odchodzi do piekła. – Jak ci mogę pomóc?!

– Pomóż Turnleiowi, bo on ma mądrość w sobie!

Wrota piekła zamknęły się. Próbowała kopać, aby usłyszeć dalsze jego wskazówki, ale po kilku przerzuconych garściach ziemi. Zrezygnowana łkała dłuższą chwilę, próbując zrozumieć motywy anioła. Miał to o czym marzy każdy człowiek, więc dlaczego zrezygnował?

Jakikolwiek byłby jego rzeczywisty motyw, postanowiła spełnić jego ostatnią wolę – pomóc Turnleiowi. I tak zamierzała to zrobić. Będzie jego cieniem w podróży i to nawet wtedy, jeśli będzie miał jej dość. Zmotywowana ruszyła w stronę światła. Gdy weszła do oświetlonego pomieszczenia dostrzegła leżący na stole sztylet. Świecił on na niebiesko i był długości łokcia. Miał prostą klingę, a na rękojeści wygrawerowane skrzydła z aureolą.

Pochwyciła go i wróciła do groty pełnej Ilidium. – Zatem niech przebije swoje serce, napełniając ciało umiejętnościami skrywanymi w tych niebieskich kamyczkach – stwierdziła. Pomoże mu, podobnie jak i on pomoże jej wyciągnąć anioła z piekła.

– Możesz już wejść Turnleiu. Mam dla ciebie ostrze.

Opowiadanie III: Telefon na wakacjach

Leżysz na słonecznej plaży w Teneryfie. Przed sobą masz morze, a za sobą piasek. Spoglądasz w górę, a tam słońce atakuje cię swoimi promieniami i nagrzewa twoje ciało tak, że za chwilę ci wyparuje. Zlewasz na to. Pomimo temperatury porównywalnej do nagrzanego piekarnika, w końcu odnajdujesz spokój po ostatnich wyczerpujących miesiącach.

A wydawało się, że to będzie takie proste zlecenie. Co to dla ciebie ukraść jeden z przedmiotów występujących w śladowych ilościach na świecie? Bułka z masłem. Nieraz to robiłeś i to nawet wtedy, kiedy wojsko monitorowało je dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Jednakże ostatnie zlecenie nie równało się z poprzednimi.

Razem z Garym ukradliście popularnego Maroszka. Karabin, którego ostało się na świecie wyłącznie pięć sztuk. Jednego z pięciu Maroszków, dzięki wam, dostał wasz zleceniodawca, który zorganizował aukcję, na której broń stała się głównym hitem. – Ta hitem, chyba kitem. – Myślisz, kiedy przypominasz sobie, że został wylicytowany za jedną piątą faktycznej wartości tego karabinu. Teoretycznie masz to w dupie, bo wyście swoją kasę dostali i to obaj po pięć milionów. Jedną piątą zgarnął wasz szef, więc zostało wam po cztery na łeb. Ani przez chwilę nie było wam szkoda waszego ostatniego zleceniodawcy, ale żeby zorganizować wielką aukcję, która okazała się klapą podobną do tej w Janowie Podlaskim, no to trzeba być naprawdę „wielkim”.

Nigdy nie utożsamiałeś się z żadnym zleceniodawcą, oprócz tego, który najczęściej przydziela wam zadania. Tylko on zna wasze prawdziwe życie i to jacy na ogół jesteście. Inni są tylko kontaktami biznesowymi i to, co się dzieje z nimi później obchodzi cię jak zeszłoroczny śnieg.

– Wiesz Litin, – odezwał się do ciebie Gary po dłuższej chwili milczenia, – my to mamy zarąbiste życie. Robimy swoje i wypoczywamy tak, jak chcemy. Mamy hajsu jak lodu na Antarktydzie i inni mogą nam podskoczyć.

Gary twój wspólnik w biznesie, to ktoś, kto nie raz testował twoją anielską cierpliwość. Nie potrafisz zliczyć, ile razy chciałeś go zatłuc gołymi rękoma, a potem zatańczyć na jego grobie. Swoimi wygłupami nieraz doprowadzał cię do białej gorączki, ale najgorsze jest to, że jest w nim coś takiego, że i tak nadal z nim trzymasz. Od prawie dwudziestu lat zastanawiasz się co to takiego i nadal nie znalazłeś odpowiedzi. Może to to, że mimo swojego głupkowatego podejścia do życia, jest dobrym złodziejem, tak jak ty? A może potrzebujesz kogoś, kto rozluźni atmosferę, gdy sytuacja staje się zbyt napięta? Albo spontanicznej osoby, która przez przypadek znajdzie rozwiązanie skomplikowanego problemu, nad którym ty myślisz od rana do wieczora? Cokolwiek to jest powoduje, iż od dwudziestu lat bez przerwy pracujecie razem i tak pewnie będzie do emerytury. – Oczywiście, jeśli jej dożyjesz.

– Tak fajnie mi się wypoczywało w ciszy i samotności, a ty akurat musiałeś mi to przerwać?

– W samotności? – zdziwił się na twoje słowa. – Rozejrzyj się, tutaj dookoła są ludzie, turyści tacy sami jak my, nawet nie ma, gdzie nogi wcisnąć.

Wcześniej miałeś to gdzieś, ale dzięki temu głupkowi, znowu słyszysz rozwydrzone bachory goniące po plaży, tych napalonych Latynosów, śliniących się na widok pięknych tyłeczków czy plażowiczów prowadzących zbyt głośne konwersacje. Masz tego dość, ale wiesz, że już nie odgrodzisz się od tych dźwięków.

Choć swoją drogą, jedna rzecz cię dziwiła.

– Bez urazy, ale jesteśmy na środku plaży, tyle lachonów dookoła, a ty nadal ze mną siedzisz?

– Widzę, że chcesz się mnie pozbyć.

– Za to, że zakłóciłeś moją samotność to tak, ale nie znam Garego, który nie wykorzystałby pierwszej lepszej okazji, żeby zaczepić jakąś dupeczkę. – Odwróciłeś się w jego stronę i podniosłeś okulary, patrząc spod nich na niego. – Po prostu się o ciebie martwię.

– Tyyy? – No dobra, rzadko kiedy okazujesz troskę akurat o niego. – Będę to musiał zapisać w jakimś pamiętniku.

Komentarz był już zbędny. Niech sobie myśli co chce, ale na więcej i tak liczyć nie może. Po chwili wstał i poszedł na „łowy”.

– Idziesz stary czy tak będziesz leżał i nic nie robił?

Najwidoczniej potrzebował skrzydłowego, ale ciebie naszła ochota na powrót do spokojnego wypoczywania. Machnąłeś mu tylko ręką dla zachęty, na co on odszedł nie drążąc tematu. Ponownie skupiłeś się na falach oceanu i po chwili udało ci się wejść w stan, z którego cię wybudził. Znowu otoczyła cię aura, w której zlewasz na wszystko. Liczy się tylko chwila, która trwa i trwa i trwa i tak w nieskończoność. Twoje myśli spoczęły na … dziewczynach. Aż sam się sobie zdziwiłeś, czemu akurat teraz to one zmąciły ci spokój. To, że teraz nie masz ochoty na podryw, wcale nie oznacza, że jesteś pedziem. Po prostu umiesz się powstrzymać. Gary łapie pierwszą okazję, żeby zaliczyć pannę i potem o niej zapomnieć, ty natomiast oczekujesz czegoś głębszego, czegoś na kształt interakcji pomiędzy dwoma sercami, połączonymi niewidzialnym sznurem, który zaplątał się dzięki twojemu i jej uczuciu. Ilekroć próbowałeś znaleźć jakąś partnerkę bliższą sercu, to twój tryb pracy nie pozwalał ci na nawiązanie głębszej znajomości. Mało która zaakceptowałaby złodzieja pod swoim dachem, a ukrywanie czegokolwiek przed nią mijało się z celem.

Mimo to, jak jasna cholera chciałbyś się zakochać. Pragniesz miłości, lecz będzie mógł sobie na nią pozwolić dopiero na emeryturze i tylko wtedy, jeśli odłożysz odpowiednią ilość kasy, by swobodnie żyć. Gary ma inne plany w przeciwieństwie do ciebie. On zdecydowanie żyje chwilą. Cieszy się z każdego nowego wyzwania, które przyjdzie mu w życiu. Jeśli ktoś by cię spytał o definicję Carpe Diem wskazałbyś na niego. Aczkolwiek troszkę zaciekawiło cię to, jak on podchodzi do kwestii starości. Wiele o tym nie rozmawialiście, ale …

A chuj, chyba za dużo myślę. – Stwierdzasz w końcu. Wstajesz i już masz zamiar iść do Garego, ale telefon dobijający się spod ręcznika wybija cię z rytmu. Formalnie byś go olał, ewentualnie wyciszył, lecz to był służbowy telefon, na który mogła dzwonić tylko jedna osoba. – Czego on może chcieć? Przecież doskonale zdaje sobie sprawę, że jesteśmy na wakacjach. – Wyciągasz telefon spod ręcznika. Wyświetlacz pokazał numer prawej ręki waszego zleceniodawcy.

Naciskasz zieloną słuchawkę i przystawiasz smartfon do ucha.

– Ty zdajesz sobie sprawę, że jesteśmy na wakacjach? Właśnie przeszkadzasz nam w urlopie.

– A ty zdajesz sobie sprawę, że jesteście na każde wezwanie pana Borańskiego?

Wiktor Borański, to wasz główny zleceniodawca. W życiu zawodowym oficjalnie jest prezesem jednego z największych banków w Polsce, a w życiu podziemnym … sam wiesz kim.

– Pan Borański zdaje sobie sprawę, że my też potrzebujemy odpoczynku, żeby zdobywać jego zachcianki.

– Litin, ty lepiej waż słowa, bo rozmawiasz z jego prawą ręką. – Nie krzyczał na ciebie, ale dobitnie przekazał, żebyś nie mówił wszystkiego, co ślina przynosi ci na język. Standardowo miałeś to w dupie.

– Pan Borański również nie byłby zadowolony, gdybym dzwonił mu w środku nocy, kiedy jest z własną żoną. Dlatego nie licz na jakieś wielkie okazywanie emocji, mów co tam masz i daj odpocząć.

Gdyby zadzwonił jak jeszcze byliście w Polsce nie miałbyś do niego pretensji, ale za zakłócanie urlopu to należy mu się, co najmniej, rozstrzelanie. Dobrze, że nie połączył się z Garym, ten to by mu naklnął i wyzwał go od panien lekkich obyczajów, zwłaszcza jakby rozmawiał już z jakąś panną i przeszedłby do kolejnych etapów bliższej znajomości. Doskonale wiedział, że ty nie działasz impulsywnie w porównaniu do twojego wspólnika.

– Mamy robotę dla was.

– Zdaję sobie z tego sprawę, inaczej byś nie dzwonił. – Zastanawiasz się czy on w końcu przejdzie do konkretów, czy będzie pieprzył bez sensu zalewając cię stekiem bzdur.

– Termin jest naglący, dlatego dzwonię w trakcie waszego urlopu. – W słuchawce usłyszałeś nagle jakieś piknięcie, które okazało się być sygnałem nowej wiadomości. Nim ją otworzyłeś rozmówca podawał ci szczegóły dotyczące przedmiotu. – To jest winyl, na którym nagrana jest piosenka Franka Wilsona, „Do I love you Indeed I do” z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego roku. Artysta nie żyje już od czterdziestu siedmiu lat, ale jest specjalna trasa koncertowa organizowana na jego cześć. Będą przejeżdżać …

– Ile jest warta? – Przerywasz mu, bo takie informacje to sobie znajdziesz w internecie. Chcesz jak najszybciej zakończyć tą rozmowę i ewentualnie wziąć się do pracy.

– Czterysta tysięcy.

– No ty sobie kurwa, za przeproszeniem, jaja robisz!!! – Spodziewałeś się, co najmniej, kwoty dobiegającej kilku milionów dolarów, a on wyskakuje z takim gównem? Traktuje cię jak nowo przyjętego. – Naprawdę uważasz, że będziemy się ruszać z wakacji i narażać cztery litery, za przedmiot warty czterysta tysięcy? Kogo ty próbujesz oszukać.

– To jest cholernie rzadki okaz, oprócz tego, który jest w posiadaniu tej grupy istnieje może z jeden i też nie ma pewności, że jest w całości.

Co mnie obchodzi czy on jest rzadki, czy ma go każdy, skoro jest gówno warty? – Zadajesz sobie w myślach to pytanie.

– Jeśli zaraz mnie nie przekonasz, dlaczego mamy w to wejść, to się rozłączam i wyłączam telefon, abyś czasem nie wpadł na pomysł, aby nas nękać co pięć minut.

Opowiadanie I: Ilidium – część 3

Razem ze swoim rozmówcą wypił kilka kufli, lecz starał się nie przesadzać, aby następnego dnia mieć trzeźwy osąd. Turnlei korzystając z długiej nocy starał się dociec prawdy o kruszcu. Jego wybawiciel powiedział mu o mocach Ilidium, które miało moc zmieniania w nadczłowieka. Uzyskiwał on wtedy umiejętności, o których nawet najznamienitsi magicy nie myśleli. Nie zachowały się żadne zapisy o prawdziwej potędze Ilidium.

Nim wyszedł z miasta wstąpił na pobliski targ, aby zakupić przyrządy do wspinaczki, po czym odszedł. Nie czekał aż ktoś się z nim pożegna.

Po całym dniu wędrówki górskiej doszedł do wysokich i stromych ścian. Nie widział jak są one wysokie z powodu chmur zakrywających ich szczyty. – Nie ma co, jak na wzgórze, to jest ono bardzo strome. – Pomyślał Turnlei ostrożnie wkładając stopy w szczeliny. Skały były ostre, więc po chwili ubrał swoje rękawiczki. Miały być ochroną przed ostrymi krawędziami skalnymi.

W trakcie spinaczki zastanawiał się, dlaczego nigdy nie słyszał o tym wzgórzu oraz dlaczego zostało nazwane wzgórzem, skoro przypomina góry? Przemierzył świat wzdłuż i wszerz, a mimo to nigdy nie słyszał podobnej nazwy. Nie wierzył również, że ktoś mógłby się pomylić nazywając górę wzgórzem.

A może kiedyś to faktycznie było wzgórze, a rozrosło się w górę? – Przemknęła mu przez głowę myśl. Jeśli faktycznie tak się stało, to Ilidium ma więcej mocy, niż zdołał wyczytać wśród zapisków w bibliotekach. Działanie Ilidium mogło zaskoczyć najtęższe umysły, ale wychodzi na to, że dzięki niemu można się zbliżyć do potężnych aniołów.

Chciał zobaczyć Ilidium na własne oczy, dlatego przyśpieszył nie zwracając uwagi na względy bezpieczeństwa. Pół dnia zajęło mu to, żeby wejść na jeden ze szczytów, skąd wchodziło się do jaskini promieniującej energią. Gdy znalazł się na szczycie chłodny wiatr otulił jego ciało wywołując drżenie z zimna. Chciał się go pozbyć, dlatego skupił swoją uwagę na odnalezieniu wejścia do jaskini. Gdy znalazł się przed nią na wejściu widniał napis: „Do środka wejść może każdy, ale wyjść z niej może tylko ktoś, kto posiada czystą wiedzę w sobie”.

Pytanie czy to ja jestem tym, który posiada czystą wiedzę w sobie? – Miał tylko jedną możliwość, żeby się o tym przekonać. Wszedł do środka czekającego go tunelu.

Zrobił kilka kroków, gdy wielki właz zasunął wyjście z jaskini. – A więc drogę wyjścia mam odciętą, teraz już nie ma odwrotu. – Pomyślał, wyciągnął poręczną szpadę. Nie używał jej od momentu swojej śmierci, a mimo to wciąż były na niej ślady krwi. Rada nieba dopilnowała, żeby ostrze potęgowało jego wyrzuty sumienia, ilekroć na nie spojrzy. Chciał zmyć tą plamę.

Kiedy właz zasłonił wyjście z jaskini zapanowała całkowita ciemność. Po omacku szukał jakiejś pochodni, którą po chwili znalazł i zapalił. Jego oczom momentalnie ukazała się potęga ilidium. Tam gdzie sięgało światło, tam ściany, podłoga oraz sufit świeciły się na niebiesko. Kiedy wymachiwał pochodnią jaskinia pulsowała niebieskim kolorem. Im bardziej zbliżał pochodnię do ściany, tym bardziej przybierała ciemniejszy odcień błękitu. Momentami dostrzegał, jak przez jaskinię wypełnioną kruszcem przemykały małe kulki. Nie chciały być obserwowane przez podróżnika, dlatego jak zwrócił wzrok w ich stronę, to uciekały.

– Teraz już rozumiem, dlaczego tą jaskinię nazwano promieniującą energią. – Wszedł w jej głąb i z każdym kolejnym krokiem drogę wskazywało mu jaśniejące niebieskie światło, które odsłaniało wszelkie nierówności.

Jaskinia rozszerzyła się. Znalazł się okrągłej grocie, gdzie dalsze przejście zostało zastawione starożytnymi, lecz solidnymi wrotami. Nie podszedł sprawdzić, bo jego uwagę przykuł inny widok. Przy ścianach groty leżały czaszki oraz pozostałości po śmiałkach, którzy skończyli tutaj swój żywot. Widok ten wywołał u Turnleia obrzydzenie połączone z obawą o dołączenie do ich grona.

– To są głupcy, których gnuśność i pycha zwiodła na manowce. – Rzekł głos za nim.

Powiedział to kapłan, który był ubrany w błękitny płaszcz, ściągnięty sznurami przy barkach, pasie i szyi. Jego ręce i twarz były białe, lecz znajdowały się tam blizny w kolorze Ilidium. Jak podejrzewał Turnlei, kapłan był już napełniony tym kruszcem.

– Rozumy pozjadali uważając się za aniołów. Jeśli nie masz w sobie czystej wiedzy, wtedy podzielisz ich los.

– Jesteś strażnikiem Ilidium? – dociekał podróżnik.

– Strzegę tajemnicy Ilidium i nie pozwalam głupcom korzystać z jego wielkości.

– Skąd wiesz, że jestem głupcem? – Odezwało się ego Turnleia.

– Wiem kim jesteś Turnleju i z jakiego powodu się tutaj znalazłeś. Za chwilę się okaże czy najwyższy z rady nieba słusznie podejrzewał, że jesteś człowiekiem o wielkiej mądrości.

– To dlaczego nazywasz mnie głupcem?

– Okaże za chwilę czy nim jesteś, czy nie. Żeby przejść przez wrota musisz poprawnie rozwiązać trzy moje zagadki. Jeśli nie odpowiesz spotka cię taki sam los. – Wskazał ręką na kości. Ten widok przeszył Turnleia strachem, lecz po chwili przywołał się do porządku.

– Zatem proszę o pierwsze z pytań.

– Pierwsza zagadka: istnieje reguła, która głosi, że wszystkie reguły mają wyjątek. Czy ta reguła również ma wyjątek? Udowodnij swoją odpowiedź.

Reguła, która głosi, że każda reguła ma wyjątek. To tylko pytanie czy tyczy się to również i tej reguły? Czy jej zasady dotyczą również jej samej, czy tylko tych reguł, które się do niej odnoszą. – Rozważał Turnlei. Początkowo chciał udzielić pierwszej spontanicznej odpowiedzi, która przyszła mu do głowy, lecz skoro trzeba ją jeszcze udowodnić, to musi znaleźć potwierdzenie swoich rozważań. – Skoro reguła tyczy się danej grupy społecznej, to także ten, który ją wymyślił do niej przynależy. Tak więc skoro i jego dotyczy reguła. Nie, nie, nie … nie mogę dodawać osoby to reguła jest najważniejsza, a nie ten kto ją ustalił. Zatem skoro wszystkie reguły mają wyjątki, a więc również i ona musi mieć. Tylko co będzie jej wyjątkiem? Przecież to takie proste. – Stwierdził w Myślach.

– Również i ona ma wyjątek. Ponieważ istnieje reguła, która nie ma wyjątku, a więc to ona sama jest wyjątkiem. – Odpowiedział.

Kapłan analizował odpowiedź Turnleia z poważną miną. Podróżnik nie potrafił nic z niej wyczytać, więc pozostało mu cierpliwie czekać na odpowiedź. Po chwili wymownego milczenia kapłan odparł:

– Dobra odpowiedź. – Turnleiowi ulżyło na duchu. – Drugie pytanie: Złodziej spogląda na dom przez uchylone okno. Dostrzega leżącego w łóżku Shara, który nie śpi. Otwiera okno iwchodzi do środka. Patrzy na Shara, a on na niego. Złodziej przegląda wszystkie półki, kosze, zakamarki i szuka potencjalnych skarbów. Schował swoje łupy do torby i wyszedł przez okno. Dlaczego Shar nie reagował, gdy złodziej okradał jego dom? – Twarz Turnleia odmalowała wszystkie emocje począwszy od zażenowania zagadką, aż po zdziwienie brakiem reakcji Shara. Kapłan dodał dodatkowe wytyczne. – Shar jest zdrowy na umyśle i ciele. Nie jest również związany ani nie zna złodzieja.

To już komplikuje zagadkę, ale gdyby złodziej go związał to kapłan wspomniałby o tym. – Stwierdził podróżnik, który rozpoczął analizowanie zagadki.

A może nie wziął nic cennego? Ale gdyby przedmioty te nie posiadały wartości, to złodziej by ich nie zabierał. Po co mu towary, z których nic by nie miał? Był cholernie pewny wchodząc do domostwa, a więc wiedział, że Shar mu nic nie zrobi, tylko skąd on mógł by to wiedzieć? Ewidentnie nie znał tego miejsca.

Coś z tym Sharem jest nie tak, ale co? Jest zdrowy na umyśle i ciele, ale nawet jeśli coś by mu dolegało, to zareagował by widząc złodzieja, a przynajmniej coś by spróbował zrobić. Zatem Shar nie mógł się obawiać złodzieja, ale któż by się nie bał?

Ktoś silny? To idiotyczne, bo wtedy by go powstrzymał, zważywszy na to, że nie był związany i go widział. Każdy jakoś reaguje na niebezpieczeństwo.

A może Shar nie znał słowa niebezpieczeństwo i nie wiedział, kiedy mu coś grozi, a kiedy nie? Jednakże kto może nie mieć świadomości, kiedy ktoś czyha na jego życie? Nawet małe dzieci pła … – w jednej chwili odpowiedź pojawiła mu się w głowie. – Shar musiał być niemowlakiem. Niemowlaki płaczą jak coś się dzieje w ich ciele, ale cały świat postrzegają jako wielką tajemnicę, którą chcą odkryć, zatem gdy złodziej przyszedł do domostwa Shar patrzył na niego z zaciekawieniem.

– Shar nie reagował, ponieważ był niemowlakiem, a dzieci, zwłaszcza tak małe są ciekawe świata. – Odrzekł kapłanowi.

Ponownie nastała chwila ciszy, a po niej zapadł werdykt.

– Zgadza się, Shar był dzieckiem. Zatem przed tobą ostatnia zagadka Turnleiu: Myślisz o niej, ale nie potrafisz sobie jej wyobrazić. Im bardziej jej pragniesz, tym bardziej się oddala. Może być wszystkim, ale jest sobą.

Kilkukrotnie powtórzył sobie cały opis zagadki. Pojedyncze słowa rozbijał na czynniki pierwsze i tak o to miał coś, czego nie potrafił wyobrazić – człowieka, który zmierza po swoje oddalające się coś i to coś przybiera każdy kształt, ale jest sobą.

Jednakże, czym jest to coś? – Zastanawiał się Turnlei. Na pierwszy rzut oka nie potrafił tego sprecyzować. Miał wrażenie, że zatrzymał się przy drugiej części zagadki. Im głębiej w nią wchodził, tym bardziej oddalał się od rozwiązania. Podróżował w odmętach swojego umysłu, aby nadać jakikolwiek kształt temu czemuś. W wyobraźni chciał namalować ten przedmiot, niczym artysta na płótnie.

Ale jak namalować coś, co nie wiadomo jak wygląda? – Pytanie to dobijało go najbardziej. Spojrzał na kapłana, próbując wyczytać cokolwiek z jego twarzy, lecz on nieruchomo stał z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Nawet się nie poruszał, tylko jego wzrok podążał za spacerującym po grocie Turnleiem. Podróżnik wiedział, ze musi polegać na samym sobie i nie może szukać rozwiązania u innych.

Opowiadanie I: Ilidium – część 2

Wziął do roboty, lecz rzeczywistość zweryfikowała jego początkowy zapał. Komukolwiek zadał pytanie o Sawrhino, to jedyną odpowiedzią, jaką usłyszał było: o co ty w ogóle pytasz?

Później pytał szanowane umysły Azari, wierząc, że uzyska odpowiedź na pytanie, gdzie jest Sawrhino. Jednakże również nic się nie dowiedział. Każdy z nich zachowywał się, jakby dowiedział się czegoś nowego o świecie. Skoro nawet oni nie wiedzieli nic o tym ostrzu, to kto mógłby wiedzieć?

Kolejnym jego pomysłem było przeczesanie bibliotek. Dlatego rozpoczął podróż po całym królestwie. Pierwszym jego celem było zbadanie zbiorów w największej bibliotece wojskowej na północnych wyspach w mieście Trandstar. Jego pirackie odzienie przywołało niechętne spojrzenia bibliotekarzy. Jednakże każda osoba chcąca skorzystać z mądrości bibliotek, miała do tego prawo.

Przeczytał tam wiele o wojnach toczonych w świecie Azari zarówno między ludźmi, magami, jak i alchemikami. Aczkolwiek żaden ze zwojów nie zawierał informacji o Sawrhino.

– Skoro nie ma o nim żadnej wzmianki, to skąd wiadomo, że jest on taki wyjątkowy? I Czemu aniołom tak bardzo zależy bym go zdobył. – Zastanawiał się Turnlei.

Chciał poznać odpowiedź, dlatego przemierzał świat wzdłuż i wszerz, od biblioteki do biblioteki. Z każdej wychodził z pustymi rękoma. Po odwiedzeniu kolejnych bibliotek każda następna podróż wywoływała u niego zwątpienie. Oczywiście nie dał po sobie tego poznać, żeby rada nieba nie miała powodów by zesłać go do piekła. Za nic nie chciał tam trafić, choć każdy kolejny dzień jego poszukiwań, w którym nic się nie dowiedział, wzmagał jego irytację.

Wciąż pytał napotkanych ludzi o Sawrhino. Nie ważne, czy był to zwykły chłop, czy profesor. Liczył na jakąkolwiek informację o mieczu. Gdy przychodził ulicami miasta portowego jego uwagę przykuł leżący strzępek papieru. Podniósł go i jego oczom ukazała się niepełna informacja: „Sawrhino … Ilidium”.

Co to jest to Ilidium? Jakie jest jego zadanie? I przede wszystkim, dlaczego wymieniono je obok Sawrhino? Te oraz inne pytania przychodziły na myśl Turnleiowi. Wiedział tylko jedno. Jego poszukiwania zaczynały się od początku. Teraz zaczął szukać informacji o Ilidium.

Szybko znalazł odpowiedź, z kolejnej biblioteki nie wyszedł z pustymi rękoma. Ilidium – kruszec, dzięki któremu posiadacz nabywa umiejętność przewidywania wszelkich ruchów przyrody związanych z płynami. Dokładnie nie określono, jakie to są umiejętności. Powiedziano wyłącznie, że osoba napełniona ilidium potrafi wydobyć moc z wody, jeśli się znajduje w pobliżu jej źródła oraz wszystkiego, co posiada w sobie wodę.

Wiele się dowiedział, ale wciąż nie odnalazł najważniejszej informacji. Gdzie można uzyskać ten ważny kruszec? Nie tracił nadziei, mimo że los nie dawał mu powodów do optymizmu. Wytrwałości miał dużo. Nie poddawał się, bo nie wierzył, że aniołowie kazali by mu szukać wiatru w polu.

– Mam jeszcze wiele zbiorów do przeczytania. W końcu gdzieś musi się kryć informacja o miejscu występowania Ilidium. Z takim nastawieniem udał się do następnego zbioru starożytnych zwojów. Jego celem stała się Imira. Było to miasto w którym znajdowały się wszelkie zwoje magiczne, pochodzące sprzed okresu sprzeniewierzenia mocy.

Niewiele jest zapisków mówiących o tym wydarzeniu, lecz wiadomo, że wtedy to narodziło się Ilidium. Turnlei miał nadzieję, że więcej informacji o nim znajdzie w Imirze. Czekała go długa podróż, dlatego zatrzymał się w Pabrani na odpoczynek. Było to małe nadmorskie miasteczko.

Dobijając do niego dostrzegł, że miasto chroni się przed światem. Ludność tego miasta zajmowała się rybołówstwem lub rolnictwem. Zasadniczo, miasto nie miało zasobów przyciągających potencjalnych kupców, a co dopiero przyszłych mieszkańców. Jedyne co zdziwiło podróżnika to to, że w ubiorze większości ludzi przeważał kolor niebieski z domieszkami cyjanu, lazuru i innych kolorów przypominających wodę. Mieszkańcy miasteczka mieli jasną karnację, a ich ciało promieniowało blaskiem.

Podróżnik wiedział, że spędzi w tej mieścinie maksymalnie dzień i wyruszy w stronę Imiry. Poszedł do najbliższej karczmy, gdzie skupił na sobie spojrzenia tutejszych. Zresztą, trudno się nie wyróżniać, skoro miał na sobie łachmany podróżnika w kolorze brązu z elementami białego oraz dopasowany do nich kapelusz.

Poprosił kelnerkę o traco, znany w tych rejonach mocniejszy trunek alkoholowy. Kiedy kelnerka niechętnie położyła kufel na stole, przypomniał sobie, że tutejszy alkohol również ma niebieski kolor. – Czy cokolwiek w tym mieście mieniło się innymi barwami? – Pomyślał.

Rozmowy w barze natychmiast ucichły. Mieszkańcy przenieśli swoją uwagę na podróżnika. Mimo, iż wyróżniał się pod względem ubioru, to przecież nie chciał im przeszkadzać. Miał ochotę stąd wyjść, by nie zakłócać im spokojnego pobytu w barze. Dopił trunek i zmierzał do wyjścia, lecz drogę zagrodził mu jeden z mieszkańców miasteczka.

– My nie lubimy nowych w naszym mieście. – oznajmił to takim tonem, który sugerował zaproszenie do bójki, jeśli Turnlei nie ustąpi.

– Rozumiem, że nie jestem mile widziany, dlatego zapłacę za alkohol i wyjdę stąd.

Wyminął go, lecz wystawiona ręka mieszkańca zastawiła przejście podróżnikowi. Mogło się to skończyć tylko w jeden sposób – walką.

– Naprawdę, wcale nie szukam problemów i nie …

Pięść wymierzona w Turnleia przerwała jego wywód. Przeleciał przez stół rozlewając kufle innych biesiadników. Nie gniewali się za rozlany alkohol, tylko dopingowali swojego towarzysza. Podróżnik boleśnie upadł na ziemię. Nie chciał walczyć i miał świadomość, że aniołom w niebie to się nie spodoba, jednakże zginie, jeśli nie postawi się temu osiłkowi.

Ustawił się do odparcia ataku. Agresor zachęcony wiwatem tłumu zaatakował go. Kolejne ciosy mijały Turnleia o włos. Musiał przyznać, że jego przeciwnik jest wyjątkowo szybki i silny. Gdy nie zdążył uciec przed którymś z ciosów parował go, lecz z uderzenia na uderzenie jego ręce błagały go o rozluźnienie.

Obronił się przez atak. W momencie sparowania jednego z ciosów odpowiedział przeciwnikowi łokciem w żebra, a potem nadgarstkiem w nos. Z nosa agresora polała się fontanna krwi, a pod wpływem uderzenia przetoczył się kilka metrów do tyłu. Nos spływający krwią zdenerwował przeciwnika, który z jeszcze większą zaciekłością zaatakował. Jego kolejne ciosy przeszyły powietrze i gdy Turnlei znalazł sobie miejsce na atak, rzucił się z impetem na niego. Wpadli na stół i to podróżnik znalazł się na agresorze. Wziął zamach, lecz wtedy jakaś siła złapała jego ręce, powstrzymując go przed dalszą walką.

Odwrócił się i dostrzegł starszego mężczyznę. Podróżnik sądził, że będzie walczył z dwoma przeciwnikami, lecz ten powiedział:

– Brahim przestań! W taki sposób witasz gości, którzy przybyli do nas z daleka?

Przeciwnik Turnleia już chciał odpowiedzieć, lecz mężczyzna najwidoczniej miał poważanie wśród mieszkańców, toteż skończyło się odburknięciem pod nosem i groźnym grymasem w stronę podróżnika. Turnlei nie wiedział jak postąpić. Znalazł się w centrum wydarzeń, choć nic złego nie zrobił. Starał się zachowywać z kulturą i odejść z miejsca, gdzie był niemile widziany.

– Wszystko w porządku? – zmartwił się mężczyzna. – Proszę mu wybaczyć, ale nie jesteśmy przyzwyczajeni do gości.

– Nie dało się tego nie zauważyć. Rozumiem, że nie jestem mile widziany, dlatego chciałem dopić alkohol i położyć się spać.

– Przybywasz z daleka. Możemy poznać twoje imię?

To była wiedza, którą nie zamierzał się dzielić. Nie był z tego dumny, podobnie ja z całego poprzedniego życia, lecz najgorsze jest to, że ono wciąż na nim ciążyło. Choć tysiąclecie minęło od momentu jego śmierci, to ludzie wciąż pamiętają kim był Turnlei z Narisk. Jeśli wyjawi im swoje imię wtedy na pewno nie zazna spokoju.

– Nie przedstawiam się osobom, które pragną mnie zabić, a jedna przysługa nie jest w stanie sprawić, że zmienię nastawienie do tego miejsca.

Mężczyznę zdziwiła odpowiedź podróżnika, który otoczył swoje imię aurą tajemniczości. Wywołało to podejrzenia skierowane w jego stronę.

– Nie zaczynasz dobrze. Przychodzisz do nas i bijesz pierwszego lepszego mieszkańca wsi, – nie dał się wtrącić Turnleiowi, – a teraz na proste pytanie nie chcesz odpowiedzieć. Skąd mamy wiedzieć coś ty za jeden i czy nie masz złych intencji wobec nas?

– Gdybym miał złe intencje, to czy usiadłbym z boku nie chcąc nikomu przeszkadzać?

– Zatem po co przybywasz?

– Odpowiadając na to pytanie musiałbym streścić całe swoje życie.

Napięcie w karczmie coraz bardziej wzrastało przez irytację z powodu braku odpowiedzi na dwa proste pytania. Turnlei otoczył się za skorupą tajemniczości, która chroniła jego myśli nawet przed tymi, którzy potrafili czytać w ludzkich umysłach.

– W takim razie powiesz nam, dokąd zmierzasz, czy to też jest tajemnica, której nie chcesz nam wyjawić?

A co mi szkodzi, może chociaż powiedzą mi jak szybko dostać się do Imiry. – Pomyślał podróżnik.

– Zatrzymałem się tylko na noc w waszej miejscowości. Jutro zmierzam do Imiry. Chcę znaleźć informacje o ilidium.

Kiedy wyjawił powód swojej wizyty wśród zebranych w karczmie zapłonął ogień nienawiści. Chcieli wydłubać mu oczy i przebić uszy, aby nigdy nie usłyszał ani nie zobaczył Ilidium. Starszy mężczyzna uspokoił zebranych, choć od tego momentu patrzył na Turnleia, jak na potencjalnego przeciwnika.

– Po co ci Ilidium?

Zatem oni coś o nim wiedzą. – Wydedukował podróżnik. – Muszę od nich jak najwięcej wyciągnąć. Jednakże czemu tak ostro zareagowali, kiedy wspomniałem o tym kruszcu?

– Jest mi potrzebne, aby odkupić błędy swojej przeszłości. – Uznał, że już nie warto ukrywać kim jest. I tak ich zdenerwował, więc jeśli mają mu coś zrobić, to i tak mu zrobią. Może nawet go zabiją, a wtedy ponownie stanie przed radą nieba, która znowu ześle go na ziemię.

Opowiadanie II: Ustawiony Poker?

Ustawiony Poker?

 

Była gwieździsta noc, idealna na romantyczny spacer dla zakochanych ludzi lub na randkę z największą miłością swojego życia, na którą jedna i druga strona zakłada najpiękniejsze ubrania, kojarzące się tylko z tym wielkim wydarzeniem.

Gary i Litin wystroili się w garnitury z Vistuli, co mogło świadczyć o tym, że czekają na swoje drugie połówki. Przygotowali się na ważne wydarzenie, lecz nie jest nim randka na statku z wykupionym rejsem po Dunaju. Co prawda byli na promie, którego celem faktycznie było przepłynięcie drugiej co do wielkości rzeki Europy, lecz powód dla którego znajdowali się na statku dotyczył ich profesji.

Ich klient zażyczył sobie rzymską kopię tarczy Ateny Partenos z Muzeum Brytyjskiego, która została wcześniej skradziona. Wręcz ktoś ubiegł Garego i Litina w ich zamiarze. Dlatego musieli naprawić swój błąd i odzyskać tarczę dla klienta. Właściciel łupu postanowił zarobić na nim organizując turniej pokera Texas Hold’em. Jego zwycięzcą będzie osoba, która wyciągnie całą kasę od pozostałych graczy. Zawody odbywały się na promie, którego kapitan miał w planie płynąć Dunajem przez Budapeszt i okoliczne miejscowości.

Przeciwnikami złodziei byli: Ignacio Rodrigo – meksykanin posiadający wiele burdeli na całym świecie; Himeroshi Yamada – przywódca Yakuzy w Tokio, Caroline Moro – Australijka trudniąca się handlem żywym towarem, Edric van Lyle – premier Holandii, który sfałszował wyniki wyborów, aby zdobyć stanowisko i nikt mu tego nie potrafił udowodnić, Hors Schmidt – sprzedawca lewych, luksusowych samochodów, Andrij Spavić – jeden z największych dilerów narkotykowych w Europie.

Każdy z graczy dysponował wpłacił do banku wpisowe wynoszące pięć milionów Euro. Początkowe rozdania nie przynosiły wielkich zysków dla wygranych. Podobnie przegrani niewiele tracili. W trakcie tych rozdań miało miejsce badanie przeciwników oraz ich sposobu na wygraną. Gdy gracze zdemaskowali strategie swoich przeciwników, zaczęli być skłonni do większego ryzyka. Jednym się to opłaciło, a innym nie.

Złodzieje również mieli swój sposób na przeciwników. Gdy rozdawał Litin, to partię miał wygrać Gary i na odwrót. Przed rozgrywką wymyślili sposoby na oszukiwanie i pomaganie szczęściu. Pierwszą kartę dla sojusznika podawano z samego dołu talii. Drugi sposób polegał na odsunięciu karty wypadającej dla sprzymierzeńca i wyciągnięciu tej będącej pod nią. Wcześniej ustalili miejsca, które będą zajmować, by wiedzieć, którą kartę przekazać następnej osobie, a którą dać partnerowi.

Nadchodziło rozdanie Litina. W tej rozgrywce wiedzieli, że muszą pójść na całość i zdobyć przewagę. Zwłaszcza, że odkryli sposoby gry poszczególnych graczy.

– Widzę drodzy państwo, że coś nie chcemy ryzykować. – powiedział Litin, tasując karty do rozdania.

– Próbuje odwrócić pan naszą uwagę od rozgrywki, panie Jamesie? – spytał Gary Litina.

Na statek nie mogli wejść razem, wówczas wydałaby się ich współpraca. To była ich tajna broń, którą zamierzali wykorzystać. Aby umocnić otoczkę braku powiązania ze sobą, utworzyli nawet fikcyjne tożsamości – Gary nazywał się Aaron Blakehole, a Litin James Moonlight.

– Nie panie Aaronie. Po prostu lubię rozmawiać z ludźmi. – odparł Litin.

Skończył tasować. Stół był okrągły i Litin siedział na dwunastej. Idąc zgodnie z ruchem wskazówek zegara siedzieli kolejno: Ignacio, Himeroshi, Gary, Caroline, Edric, Hors oraz Andrij. Na małym blindzie był Ignacio, a na dużym Himeroshi. Ustalono, że mały blind wynosi dwadzieścia tysięcy euro, natomiast duży czterdzieści.

Rozdał pierwsze dwie karty. Gary spojrzał na nie, aby dopełnić formalność. Znał zawartość swojej ręki i nawet nie musiał w nie zerkać, aby wiedzieć, że w ręce ma dwa asy, trefl i karo.

Następnie rozpoczęła się licytacja przed flopem. Zaczynał Gary.

– Call. – Wyrównał stawkę dużego blinda.

– Ja również Call. – Caroline nie była dłużna Aaronowi, uraczając go zmysłowo – zadziornym spojrzeniem. Gary nie pozostał dłużny, pozwalając jej na chwilowe przejęcie władzy nad nim.

– Fold. – Wycofał się premier Holandii, który nie miał szczęścia do rozdania.

Kolejny ruch należał do Horsa oraz Andrija, którzy wyrównali stawkę. Litin postanowił nie odsłaniać flopa tak szybko.

– Raise. – Podbił stawkę, rzucając na stół sześć żetonów mających równowartość sześćdziesięciu tysięcy euro. Tym zagraniem chciał pokazać, że ma silną rękę.

Chwyt nie zadziałał. Ignacio Rodrigo wraz z Himeroshim Yamadą zrównali się stawką z Litinem. Gary, Caroline, Hors oraz Andrij przyjęli również defensywną postawę, wyrównując stawkę gry. Następny był Litin, który długo myślał nad kolejnym posunięciem.

– Ruszył pan do przodu z licytacją, a teraz zastanawia się pan czy dobrze zrobił? – Edric van Lyle ocenił długie rozważania Litina. – Trzeba było pomyśleć, zanim agresywnie pan ruszył.

Nie bez powodu Litin rozmyślał nad kolejnym ruchem. Musiał stworzyć wrażenie, że nie kontroluje swojej pozycji, aby wrogowie poczuli większą chęć do swobodniejszego podbijania stawki. Wiedział, jakie karty doda na flop oraz na rivera – dwie, dzięki którym Gary wygra. Jego zadaniem było rozpoczęcie agresywnego działania, które później będzie kontynuował jego wspólnik.

– Check. – Teraz wolał nie podwyższać stawki. Wszystko po to, by nie stworzyć wrażenia, że sam sobie dał lepsze karty niż innym. Wówczas wycofaliby się z licytacji.

Stonował ryzykowne zapędy – swoje i następujących po nich przeciwników, którzy również czekali do flopa. Przed przystąpieniem do niego tylko jeden gracz zrezygnował z dalszego uczestnictwa w rozdaniu. W sumie na stole było czterysta dwadzieścia tysięcy Euro.

Nastąpił flop. Litin wyłożył na środek trzy karty, którymi były AS kier, ósemka oraz szóstka trefl.

– Ciekawe, jakie państwo przyjęli strategie po zobaczeniu flopa na stole. – Zaciekawił się pan Schmidt.

Gary i Litin zdawali sobie sprawę, że każdy z ich przeciwników ma swoją własną strategię. W ich gestii leżało pokazanie przeciwnikom, iż nie mają ze sobą nic wspólnego. Ustalili, jaką konwersację mają prowadzić ze swoimi wrogami. Mieli nie rozpoczynać dyskusji, dopóki któryś z oponentów nie rozpocznie, chyba, że rozmowa dotyczyć będzie rozgrywki.

– Czyżby zaczynał się panu palić grunt pod nogami? – Pytanie panny Caroline było niepozbawione podtekstu. Wyczuwała to, co złodzieje wiedzieli. Pan Schmidt nie miał dobrych kart w ręce, dlatego próbował coś ugrać poprzez twardą i nieugiętą postawę. W ostateczności zaprowadzi go to na manowce.

– Podobnie jak pani zamierzam iść po swoje. – Odparł jej diler samochodowy.

Tym razem to Rodrigo zaczynał fazę licytacji.

– Raise. – Podbił stawkę do osiemdziesięciu tysięcy, czym wywołał niemałe zdziwienie Litina.

Spodziewał się, że widząc flopa Rodrigo będzie dążył do wycofania się z licytacji. Zakładał, że nic dobrego nie ma w ręce, podobnie jak on oraz pozostali przeciwnicy, aczkolwiek poker to w założeniu gra pozorów i wzajemnego okłamywania się. Stąd miał świadomość, że ściemnia.

Dowódca Yakuzy wyrównał stawkę. Kolejny krok należał do Garego, który wraz z Litinem miał wykosić konkurencję.

– Raise. – Ostrożnie podniósł pulę do stu tysięcy. Robił dokładnie tak, jak ustalili – miał nie odkrywać się ze swoimi zamiarami aż do rivera. Poprzez agresywną strategię licytacji przeciwnicy mieli wtedy spasować.

Taktyka zadziałała na ten moment. Pani Moro spasowała, co Gary przyjął z niemałym zaskoczeniem.

– Tak szybko pani rezygnuje? – Zdziwił się. – Sądziłem, że jeszcze będę miał przyjemność licytować się z panią w tej rundzie.

Litinowi nie spodobało się, że Gary dyskutuje z przeciwnikami, jednakże zdał sobie sprawę, że on po prostu taki jest. Ile razy jest możliwość gadania, tyle razy będzie to robił.

– Na przyjemności przyjdzie czas po grze. – odparła sarkastycznie pani Caroline. – Teraz to jest biznes, zatem trzeba wiedzieć, kiedy wejść, a kiedy się wycofać.

Serb dołożył dwa żetony do swoich ośmiu. Symbolizowały one kwotę stu tysięcy Euro. Teraz decydujący ruch miał Litin.

– Raise. – Położył na stole pięć dodatkowych żetonów, podnosząc tym kwotę stawki aż o pięćdziesiąt tysięcy euro.

Wywołało to piorunujące wrażenie na wrogach. Spojrzeli z zaskoczeniem na Litina, zdziwieni jego gwałtownym podwyższeniem licytacji. Gary też popatrzył na niego zdziwiony, lecz w porównaniu do pozostałych on udawał. Najszybciej ze stanu zaskoczenia wyszedł pan Yamada, ale tylko dzięki wewnętrznym pokładom spokoju. Pozostali uczestnicy wciąż byli w szoku. Oczywiście, jak wiadomo, prędzej czy później ktoś zaryzykuje i mocniej przebije stawkę, ale podejrzewali, że nastąpi to dopiero w trakcie rivera.

Ruch Litina spowodował spasowanie Ignacio Rodrigo. Himeroshi długo się zastanawiał, co zrobić. Gary próbował odgadnąć ile jest w tym rzeczywistego badania sytuacji. Efektem tego było długie wyczekiwanie na ruch Japończyka.

– Call. – wypalił po dłuższej chwili.

Aaron również dołożył pięć żetonów, by nie wyjść przed szereg za wcześnie. Diler samochodowy spasował. Pani Moro natychmiast mu to wypomniała.

– Przecież miał pan tak zdecydowanie iść do przodu. – Zironizowała.

Miał, jakby posiadał dobre karty. – Pomyślał Litin, który po wyrównaniu pana Spavicia czekał na swoją kolej.

– Ruszył pan tak mocno do przodu a teraz tonuje nastrój? – Udawał zdziwienie Gary w odpowiedzi na ruch Litina.

– Cóż panie Aaronie. Pan też ma swoją strategię, która poprowadzi pana do zwycięstwa, więc dopiero pod koniec pojedynku ocenimy, która jest lepsza.

Zamknął dyskusję. Kolejna ze zmyłek, która miała uzmysłowić przeciwnikom, że nie mają ze sobą nic wspólnego. Każdy z aktywnych graczy miał wyłożone sto pięćdziesiąt tysięcy. W grze pozostali Himeroshi, Gary, Andrij Spavić oraz Litin, który wyłożył turn na stół. Czwartą kartą była dziesiątka trefl, która wraz z ósemką i szóstką mogłaby stworzyć niezłą kombinację z kartami gracza. –Mogła, lecz tego nie zrobi. – Pomyślał  Litin. Jest za małe prawdopodobieństwo trafienia dwóch odpowiednich kart.

Opowiadanie I: Ilidium – część 1

Zawsze się zastanawiałem jak to jest przed wejściem do nieba. – Pomyślał Turnlei, którego dusza po śmierci została zabrana do osnutego legendami miejsca. Nie sądził, że po przekroczeniu bram śmierci wciąż będzie miał świadomość dziejących się wokół niego wydarzeń. Poddawał w wątpliwość istnienie życia po życiu, a teraz leciał do małego jaśniejącego punktu gdzieś ponad sobą, który z biegiem czasu powiększał się. Z jego środka zaczęły wyłaniać się kształty przypominające jakiś pokój.

Znalazł się w pomieszczeniu, które przypominało sąd. Mógłby mieć z nim do czynienia, gdyby go ktokolwiek do niego zaprowadził. Naprzeciwko na podwyższeniu, pojawiło się pięciu mężczyzn ubranych na biało. Kiedy zajęli swoje miejsca i rozszerzyli swoje skrzydła nad ich głowami się pojawiły jaśniejące aureole.

Turnlei nie potrafił ich odróżnić. Białe szaty, blond włosy, jaśniejące twarze niezakłócone choćby jednym nieogolonym włosem. Każdy z nich był taki sam. Aczkolwiek oni mieli przydzielone role. Wiedzieli, kto jest kto i kto jaką rangę zajmuje. Na samym środku stał najważniejszy z nich wszystkich, po bokach stali niżsi w hierarchii nieba. Najwyższy zaczął rozprawę.

– Któż to przed nami stanął? – zapytał

– Ma na imię Turnlei. – niższy od przewodniczącego anioł czytał z wcześniej przygotowanego zwoju – Nie miał rodowego nazwiska, tylko był zwykłym rzemieślnikiem. On nie może stać wśród nas, ponieważ na to nie zasłużył. – Najwyższy z zaciekawieniem spojrzał na anioła. – Prowadził plugawe i okropne życie oraz nie słuchał naszych wskazówek przestrzegających go przed błądzeniem.

– Otrzymałem od was jakieś wskazówki? – nie przypominał sobie Turnlei. – Nic takiego nie widziałem, więc o jakich nakazach lub jak to określiłeś – wskazówkach – mi teraz mówisz?

Anioł czytał dalej:

– Nie słuchał naszych rad, kiedy przemawialiśmy przez jego ofiary i przekonywaliśmy do zmiany swojego życia. Był głuchy na nasze słowa, co pozwala sądzić, że interesowało go wyłącznie zabijanie. W trakcie swojego życia bestialsko zamordował osiemnaście kobiet i piętnastu mężczyzn. W swoim marnym życiu nie oszczędzał także dzieci.

Zmarłego rozgniewało samo określenie jego życia plugawym. Popełnił jeden błąd, który zapoczątkował następne. Zabił jedną osobę, i jego zbrodnię widział ktoś, kto później dzięki temu miał na niego haka. Tym kimś był wpływowy magnat z wielkimi względami u króla Azari. Nawet gdyby się przyznał, że jest przez niego szykanowany nikt by mu nie uwierzył.

Magnat ubóstwiał zadawanie bólu. Kochał widzieć cierpienie innych i dzięki ich męce napełniał swoje ciało energią. Ale nie chciał brudzić rąk, dlatego gdy nakrył Turnleia na pierwszej zbrodni zrozumiał, że znalazł kolejną osobę do zabijania dla jego przyjemności.

Rzemieślnik ten nie miał innego wyboru. Albo będzie zabijał, albo magnat zabije jego. Zastanawiał się, czy anioł, który czytał jego wyrok, uwzględnił jego położenie.

Następnie anioł wymieniał wszystkie ofiary Turnleia. Opisy ich śmierci były bardzo obrazowe i sugestywne, przez co rzemieślnik został ukazany, jako zły i pozbawiony uczuć człowiek. Według anioła interesowała go wyłącznie śmierć i tylko nią się pożywiał. Turnlei nie był dumny ze swojego życia, ale to brak wyboru dobijał go najbardziej. Po streszczeniu jego ofiar skończył swój monolog słowami:

– W końcu dopadła go sprawiedliwość z ręki męża jednej z ofiar, a my mamy być sądem, którego nie doświadczył w krainie Azari.

Najwyższy anioł podziękował za akt oskarżenia. Po przytoczeniu listy jego ofiar zwrócił się do Turnleia.

– Usłyszałeś, co powiedział mój brat. Czy zechcesz to jakoś skomentować?

– Każdej ofiary żałuję i żałowałem zaraz, gdy odebrałem jej życie. Żałuję też emocji, które pchnęły mnie do zabicia pierwszego nieszczęśnika, którym był żołnierz. Gdy dowiedziałem się o gwałcie na mojej żonie nie mogłem powstrzymać w sobie chęci zemsty. Kolejne moje morderstwa wynikały wyłącznie z powodu, że Magnat Razi miał mnie w garści i lubił widzieć, gdy ktoś cierpi. Każda z tych ofiar śniła mi się po nocy, lecz nie miałem wyjścia. Albo ich śmierć, albo moja.

Oprócz najwyższego anioła wszyscy odwrócili głowę z odrazą do Turnleia. Nie mogli patrzeć na kogoś, kto nie miał własnego zdania, tylko zabijał, mimo iż mu to nie odpowiadało.

– Zatem głosujmy, gdzie ma się udać rzemieślnik Turnlei, lecz pamiętajcie iż ostatnie zdanie należy do mnie. – orzekł najwyższy.

Członkowie sądu niebiańskiego skinęli głową. Następnie skierowali kciuki w dół, co było jednoznaczne z wysłaniem Turnleia do piekła, aby na zawsze smażył się za swoje niegodne czyny. Tylko najwyższy z rady długo się zastanawiał przed wydaniem werdyktu. Nie wydał go, ale za to powiedział:

– Zgadzam się z wami, że Turnlei nie zasłużył na życie wśród nas, lecz nie zgadzam się, że piekło jest dla niego odpowiednim miejscem. W końcu wisiało nad nim widmo śmierci, zatem niech stanie się aniołem, ale na ziemi.

Już brak akceptacji jego poglądów wyrażały zaskoczone spojrzenia. Nie sądzili, że z kogoś tak plugawego będzie chciał zrobić anioła.

– Nie rozumiemy cię bracie. – odrzekł jeden z nich. – Chcesz z mordercy zrobić anioła?

– Tylko uczynki świadczą, że jest mordercą, a nie jego charakter. – sprecyzował najwyższy. – Wydaje mi się, że już wystarczającą karą dla niego będzie niemożność wejścia do nieba i doświadczenia na własnej skórze rozkoszy przebywania w krainie radości i szczęścia. Piekło jak mówię, też nie jest dla niego odpowiednim miejscem. Dlatego niech strzeże porządku na ziemi, a dzięki Sawrhino będzie widział, co jest dobre.

– Bracie, ale tego miecza nie możemy znaleźć od setek tysięcy lat. Naprawdę sądzisz, że on wciąż jest w Azuri?

– Szukaliśmy przez pierwszy tysiąc lat, a potem zwątpiliśmy. Brakowało nam determinacji, którą odnajdzie w sobie Turnlei.

Niżsi członkowie sądu spojrzeli po sobie zastanawiając się nad słowami najwyższego. Musieli zaakceptować swój brak determinacji do odszukania miecza o nazwie Sawrhino. Pokiwali najwyższemu akceptując jego zdanie, na co on spojrzał na Turnleia i władczym głosem kontynuował.

– Nie zgodziłem się z pozostałymi, bo nie widzę w tobie zła, którym cię przypisywali. Jednakże, jeśli przez jeden dzień, zaprzestaniesz poszukiwania Sawrhino, wtedy natychmiast zostaniesz wysłany do piekła. Uzyskasz również nieśmiertelność i pozostawimy ci młody wygląd, żeby nigdy nie zabrakło ci sił w poszukiwaniu ostrza.

Turnlei czuł, że podłoga, na której stał zaczynała odciągać go od członków rady. Rozejrzał się dookoła dostrzegając, że wszystko się zmniejszało. Wygląd aniołów zlewał się w jedną całość. Jakaś niewidzialna siła oddalała go od nich. Pomieszczenie, gdzie był sądzony nikło w jego oczach. Nie dostrzegał już szczegółów w wyglądzie aniołów. Tylko słyszał głos najwyższego:

– Pamiętaj. Nigdy nie wątp w swój cel.

Po tych słowach sąd stopił się z czernią, a pod nim ponownie pokazał się świat Azuri. Naraz stracił grunt pod nogami, zupełnie jakby szedł po twardej skale i naraz ktoś mu tę skałę zabrał. Spadał, bezwładnie wywijając rękami.

Twardo upadł na ziemię, w której wyżłobił kształt swojego ciała. Początkowo miał problem z powstaniem, lecz gdy to zrobił nic już go nie bolało. – Zatem dostałem szansę na naprawę swojego życia. Szkoda, że dopiero teraz, ale lepiej późno niż wcale.