Część VIII Part 2: Podbój Steadwick

Z szacunku do żołnierzy, którzy postanowili zginąć honorowo nie odwracał głowy, choć widok, w jaki demony i nighończycy wybijali żołnierzy obrzydzał go. Nie robił tego, mimo, że bitwa już przypominała rzeź. Zauważył Izaka Abervilla, który walczył mieczem, jakby ogarnął go szał bitewny. Wiedział o nim, że jest dobry na koniu, ale nigdy nie postrzegał go, jako dobrego szermierza, a samemu pokonał z dziesięciu cerberów. Jednak w końcu któryś z minotaurów skrócił go o głowę i jego ciało bezwładnie upadło na ziemię.

Bestie zbliżały się do bramy, a generał czekał na honorową śmierć. Dotarły do niej minotaury z demonami i próbowały jakoś ją sforsować, ale bezskutecznie. Dopiero, kiedy przyprowadzili katapultę bliżej zamku, to kula trafiła w bramę, wyważając ją. Minotaury, cerbery i demony wbiegły do zamku i ruszyły na ostatniego obrońcę.

Generał z wrzaskiem ruszył na przeciwników i zabił jednego z demonów, a drugiego pozbawił ręki, lecz już następny przeciwnik powalił króla, a kolejny wytrącił mu miecz z ręki. Kendall jeszcze próbował walki wręcz, ale minotaury powykręcały mu ręce i wyprowadzały go z zamku.

Gdy szedł przez gąszcz wrogów, każdy z nich patrzył na niego z zajadłą nienawiścią. Nie chcieli go zabić. Przynajmniej nie natychmiast. Pachołki mogły zginąć od razu, ale on miał długo umierać. Tak długo, aż będzie czuł najmniejszą częścią ciała swoją śmierć. Dla tych istot, to nie śmierć była najgorsza, tylko sposób, w jaki się umrze.

Posadzili go w połowie traktu, między główną bramą, a zamkiem Gryphonheart. Generał będąc poniżonym nie zapomniał o manierach, które przysługują królowi. Choćby nie ważne jak bardzo go nienawidzili, musieli darzyć szacunkiem króla Erathii i to nawet regenta. Z tłumu wyłonił się demon, który każdy element zbroi miał wypełniony złotym kolorem, a i jego rogi były dużo mocniejsze, niż u pozostałych demonów. Do tego dochodziła złota bransoleta, nabiodrek i solidna zbroja ochraniająca cały tors. Jedynie nietypowo, jak na demona, płonął mu ogon, jakby był gogiem. Obok niego szedł koń, którego dosiadł mężczyzna z siwymi włosami odstającymi od głowy. Czoło było łyse, a jego spojrzenie, i zarazem grymas twarzy, oddawały wrażenie wiecznie zamyślonego człowieka. Wyglądał jak typowy druid, co jest nietypowe wśród władców podziemi.

Całe armia najeźdźców upadła do stóp demona i druida, kiedy ci znaleźli się przed królem regentem. Demon zaczął się śmiać, natomiast druid zrobił pogardliwy grymas.

– Proszę, oto jest król, który dopuścił do podbicia Steadwick. – wyśmiał go przywódca wojsk Eeofolu. – Kogoś tak wątłego bał się cały świat. – Przywódca wojsk Nighonu rozglądał się po mieście, szukając nie wiadomo czego.

– Za ile twój pan przybędzie?

– Już jestem, drogi Orwaldzie. – Ozwał się ktoś za nimi, a po chwili z powietrza wyłonił się ogromny płomień, z którego wyszedł najwyższy z arcydiabłów i jednocześnie król wszystkich Kreegan – Xenofex. Płomień zniknął za arcydiabłem, który podszedł do swojego sługi. – Steadwick leży u naszych stóp, nie zawiodłeś mnie Lucyferze. – Zerknął na klękającego obrońcę miasta. – Czyżby to król Erathii?

– Zgadza się mój panie. Zdecyduj, co powinniśmy z nim zrobić.

Lucyfer pozwolił sobie na zuchwałość względem swojego pana, pozwalając mu zdecydować. Jeśli jego pan byłby w złym humorze, mógłby to przypłacić śmiercią, ale w tej chwili na to nie wyglądało.

– Orwaldzie? Zabijemy go teraz, czy później?

Druid spojrzał na generała, który patrzył na niego z żądzą przebicia jego serca. Przywódca Nighonu nie dał się zwieść jego spojrzeniu i choć chciał się go pozbyć, to czuł, że jeszcze może im być potrzebny.

– Sugeruję Xenofexie, żeby go pojmać i przesłuchać. – Nietypowo jak na władcę podziemi wyrażał się elokwentnie i przeciągał niektóre samogłoski, zwłaszcza, jeśli słowo się na nie kończyło. – Myślę, że jeszcze może nam dużo powiedzieć.

– Nic wam nie powiem potwory! Przysięgam wam! – wywrzeszczał.

– To się jeszcze okaże, królu Erathii. – rzekł Xenofex, powstrzymując Lucyfera idącego wymierzyć karę za zuchwałość. – Niech więc tak będzie, Orwaldzie. Lucyferze, pojmij go.

– Demony, skuć go i wyprowadzić z miasta. – Dwóch demonów wyciągnęło kajdany i skuwszy Generała, wyprowadzili go z miasta. – A co sobie życzysz, mój panie, zrobić ze stolicą?

– Spalić i zabić wszystkich. Niech królowa Katarzyna wie, z kim ma do czynienia. – Po czym najwyższego z arcydiabłów porwała chmura ognia i przeniósł się z powrotem do Kreelah.

– Demony, zrównać miasto z ziemią, ale zostawić mury! – wydał rozkaz, a cerbery, demony i arcydiabły natychmiast ruszyły, aby go wykonać. Orwald wydał minotaurom i smokom podobny rozkaz i cała zgraja ruszyła, aby zrównać miasto z ziemią.

Arcydiabły zaczęły niszczyć dom za domem, a gdy w którymś z domów znajdowali się mieszkańcy, chwytali ich pomiędzy swoje ręce i zgniatali tak, że wypływała krew. Smoki krążyły po mieście i niespalone domostwa zamieniali w stertę popiołu, a przy okazji także ich mieszkańców, jeśli się trafili. Minotaury, demony, cerbery i pozostali troglodyci przeczesywali domostwa, poszukując w nich czegoś wartościowego.

Steadwick, które nigdy nikomu nie uległo, po raz pierwszy w historii płonie. Po raz pierwszy od momentu założenia miasta przez Riona Gryphonhearta.

Kendall wraz z demonami znajdowali się poza murami zamku. Dobiegały do nich krzyki niewinnych osób. Odwracał się, ale demony natychmiast go pośpieszały, jednak nadal próbował patrzeć na upadłe miasto, nawet gdy demony wciąż go popychały. Dostrzegł tylko płomienie sięgające ponad mury i trzask łamanych dachów. Zauważył również arcydiabły i czarne smoki, które równały miasto z ziemią.

Chwilę później doprowadzili go do celi więziennej, znajdującej się w pobliżu miasta. Znał ją dobrze, gdyż w niej przetrzymywani byli przestępcy najgorszego sortu, których jeszcze nie skazano na śmierć. Dominował tu odór śmierci oraz stęchlizna wywołująca odruchy wymiotne. Otworzyli drzwi do pierwszej lepszej celi i wepchnąwszy go do środka, zamknęli je.

Generał upadł na podłogę i przewróciwszy się na plecy zauważył jasną smugę wchodzącą do celi. Miał widok przez małe okno niebędące wysoko. Przystawiwszy taboret wszedł na niego, skąd miał widok na płonącą stolicę, gdzie ogień sięgał chmur. Nad miastem unosiło się kilka smoków, z których paszczy wydobywał się słup ognia spadający na miasto. Nad murami widział głowy arcydiabłów, które swoimi kosami niszczyły domy.

Jednakże najgorsze było to, że często słyszał krzyki mieszkańców, którzy nie zdążyli uciec. To było ich największe przewinienie w swoim życiu, za które musieli zapłacić okropną śmiercią. W tej chwili generał już nie wytrzymał i osunąwszy się na kolana, wylewał łzy bezsilności.

Część VIII Part 1: Podbój Steadwick

Generał Kendall zbierał wycofujących się żołnierzy i ustawiał ich tuż przed mostem prowadzącym do zamku. Kuszników i kapłanów wysłał na wieże strzelnicze, aby dokonywali z nich ostrzału przeciwników. Czempionom nakazał walczyć najlepiej jak potrafią. Kolejnej szarży już nie dadzą rady wykonać.

Patrzył na uciekających żołnierzy, próbując wypatrzyć wśród nich dowódców. Po chwili zauważył Izaka Aberville, Orrina Carlaina i kleryka Inghama. Natychmiast ściągnął ich do siebie.

– Drodzy panowie. – rzekł król. – Bitwa zbliża się do nieuchronnego końca i niestety nie jest on dla nas szczęśliwy. Część oddziałów musi wspomóc ewakuację pozostałych żołnierzy.

– Będę ewakuował tak dużo żołnierzy, jak będzie to możliwe. I zginę razem z nimi na polu bitwy.

– Nikt z was nie może zginąć! Królowa Katarzyna będzie potrzebowała takich jak wy.

– Ale…

– To nie ulega dyskusji. Macie stąd uciec! Czy to jest jasne?!

Orrin, Ingham oraz Izak, który dołączył po chwili, niechętnie zapatrywali się na rozkaz generała. Chcieli go złamać, ale rozkaz to rozkaz, więc trzeba go wykonać, choćby nie ważne jak bardzo się nie podobał.

– Tak jest, mój panie. – rzekł Orrin, a potem dołączyli się Ingham i Izak, choć ten ostatni zrobił to niechętnie.

– Wykonać. – Poklepał swoich towarzyszy i samemu ruszył na wojska znajdujące się w pobliżu wejścia do bramy.

Erathianie czekali na przeciwników. Wszyscy byli przerażeni wiedząc, co ich czeka. Generał Kendall już nie zamierzał ich pocieszać, gdyż cokolwiek nie powie i tak będzie się to sprowadzało do ich śmierci. Razem z nimi czekał na zbliżającą się śmierć, która w końcu wyłoniła się, niosąc za sobą setki minotaurów, demonów cerberów, watahy troglodytów, a wśród tych oddziałów górowały Arcydiabły i czarne smoki, które zionęły ogniem w domostwa. Dobiegał z nich krzyk palonych mieszkańców, którym nie udało się uciec ze stolicy. Ich dusze zmierzały już do starożytnych, opuściwszy zwęglone ciała.

Wśród części żołnierzy świadomość, że zostaną spaleni przez przeciwników wywołała  przerażenie, a niektórzy wręcz próbowali uciekać, lecz zdając sobie sprawę, że już nie ma możliwości ucieczki, wrócili i z drżącymi rękami trzymali miecze.

Przeciwnicy jeszcze czekali. Minotaury śliniły się, mając przy pysku swoje ostre topory. Cerbery wręcz wyrywały się do bitwy, szczekając najgłośniej, jak potrafiły. Demony wykrzywiały głowy, przygotowując rogi przed decydującym natarciem, a arcydiabły ponuro się zaśmiały, kpiąc z obronnej postawy Erathian.

W końcu pełni wściekłości ruszyli na pozostałych obrońców stolicy królestwa. Pierwszy szereg został zmieciony z powierzchni. Drugi szereg stratowany, a kolejny zatrzymał natarcie, tak, że kolejne oddziały zaczynały walkę z przeciwnikami. Minotaury przebijały krzyżowców swoimi toporami, demony nadziewały ich na swoje małe rogi, a cerbery rozszarpywały ich ciała i halabardników, którym jeszcze udało się uciec.

Z wież spadały bełty i magiczne kule, jednak jedną z wież trafiła katapulta, powodując tak dotkliwe uszkodzenia, że wieża runęła do wody. Drugą zniszczył czarny smok, który wymknął się archaniołowi i zionąwszy ogniem, spalił wszystkich znajdujących się tam kuszników i kapłanów. Ogień naruszył konstrukcję i wieża złamała się w pół.

Generał Kendall miał nadzieję, że Inghamowi i Orrinowi udało się zejść. Upadek tych wież uzmysłowił mu pierwszy w historii podbój stolicy. Nie zdołali obronić miasta, nim przybędzie królowa Katarzyna. Pozostało ratowanie kogo tylko się dało. Nakazał Izakowi powoli wycofywać oddziały do zamku. Król wszedł do niego, dostrzegając mistrza kuszników i najwyższego z kleryków. Odetchnął z ulgą widząc ich żywych.

– Cieszę się panowie, że przeżyliście. Każcie żołnierzom uciekać przez tajne przejście.

– Oczywiście, już to robię.

Ni stąd, ni zowąd pojawił się Dannil Darwin, który jako pierwszy pobiegł do komnaty, gdzie znajdował się tron Nicholasa i poprowadził za sobą nielicznych krzyżowców. Cała trójka z niesmakiem pokręciła głową. Jedyny żołnierz, którego wyjątkowo nie żałowali właśnie uciekał.

– Królu, słyszałam rozkaz o ewakuacji, jak mogę pomóc?

Przed nimi pojawiła się dziewczyna, która jako jedna z nielicznych przewidziała, że Nighończycy połączą się z Kreeganami. Właśnie z takimi żołnierzami królowa powinna odbijać Erathię z rąk najeźdźcy, a nie z tchórzami jak Dannil, którzy pięknie się prezentują w czasach pokoju. Król spojrzał z ojcowską troską na rycerkę.

– Razem z pozostałymi oddziałami uciekasz z miasta. To rozkaz! – Natychmiast dodał, widząc, że dziewczyna chce zaoponować. Gdy dziewczyna poszła za pozostałymi, odezwał się do Orrina i Inghama. – Dobra, uciekajcie i weźcie ze sobą…

Trzask metalu uderzanego  o kamień dobiegł od strony wejścia do bramy. Odwrócili głowę i zauważyli zniesioną bramę, a tuż za nią stał Izak Aberville i smutno, lecz pełen nadziei, patrzył na króla i jego najbliższych członków z Królewskiego Militarnego Oddziału Erathii. Złapał miecz w dwie ręce i wrócił do pozostałych walczących krzyżowców.

– Izaak! – Kendall natychmiast podbiegł pod bramę i złapał jej kraty mając nadzieję, że jakoś przed nim pęknie. Nic z tego, pozostało mu tylko trzaskać ręką o bramę i patrzeć, jak ostatni z synów Johna Aberville walczy z przeciwnikami. Towarzyszyła mu garstka żołnierzy walczących o honor i godną śmierć. Orrin i Ingham próbowali pociągnąć generała ze sobą, żeby ten uciekł, ale on przyssał się do bramy, nie chcąc jej puścić.

– Królu, niech król z nami pójdzie! – zachęcał Orrin.

– Nic z tego! Zostaję tutaj!

– Niech król nie będzie uparty, tylko pójdzie z nami.

– Nie zgadzam się! – upierał się jak starzec, który postradał zmysły. – Zostaję tutaj, a wy macie dołączyć do królowej Katarzyny.

Mistrz kuszników jeszcze raz próbował zachęcić przywódcę Królewskiego Militarnego Oddziału Erathii do zmiany zdania, jednak kleryk przerwał, widząc, że nie zmieni zdania.

– To był zaszczyt służyć pod twoją komendą. – rzekł Orrin.

– Dla mnie również, a teraz uciekajcie.

Weszli do komnaty króla Erathii, a przez nią tajnym przejściem do wyjścia z miasta. Generał odwrócił się w stronę bramy i wyciągnąwszy miecz, czekał pełen wściekłości na swoich pogromców. Złapał go w obydwie ręce i zaczął nim wymachiwać, czekając na pierwszych wrogów.

Część VII Part 2: Podbój Steadwick

Pierwszy z minotaurów ruszył na Lascotta. Próbował zabić przeciwnika, lecz człowiek przebił jego serce. Kolejne zmierzały na pomoc troglodytom, a te otaczały Lascotta.

– Tyris, uciekaj stąd!

– Nie zostawię cię.

– Zginiemy oboje, uciekaj! – zabił kolejnego minotaura i sam rzucił się na troglodytów.

– Nie zostawię cię na śmierć.

Szczęście nie uśmiechnęło się do Lascotta i jedna z dzid trafiła go w nogę. Wyrwał ją i zaciekle miotał mieczem walcząc z przeciwnikami.

– Jesteś za mądra by teraz ginąć, wycofaj się!

– Ale …

Potem kilka dzid przeszło przez niego i z ust wypłynęła krew.

– Uciekaj.

Tyris nie posłuchała i pobiegła Lascottowi na pomoc, lecz gdy kolejna dzida przebiła jego głowę zrozumiała, że jemu już nie pomoże. Ciało rycerza upadło na podłogę, dając do zrozumienia Tyris, że sytuacja przy wyłomie jest tragiczna. Coraz więcej żołnierzy ginęło od toporów minotaurów, albo od dzid zielonych potworów. Minotaurów jest jeszcze mnóstwo, a oddziałów coraz mniej. Wpychają ich w głąb miasta i choć jeszcze czekał ich pojedynek z czempionami, to dziewczyna widziała, że walka tutaj nie ma sensu.

Wiedziała, co musi zrobić, ale nie była na to gotowa. Dopiero, gdy katapulta wywarzyła bramę, przed którą stały demony i cerbery, zrozumiała, że trzeba szykować się do obrony w zamku Gryphonheart. Odwróciła się i wykonała ostatni rozkaz Abervilla.

Generał Kendall zrozumiał, że sytuacja jest coraz cięższa. Minotaury przechodzą przez fosę, cerbery oraz demony wkroczyły przez bramę i szybko eliminowały krzyżowców  czy halabardników. Zwłaszcza trójgłowe psy dobrze wykonywały swoją robotę, uderzając w kilku przeciwników naraz. W pojedynku z arcydiabłami i czarnymi bestiami ginęło coraz więcej Archaniołów.  Sytuacja przy murach przechodziła z tendencji ciężkiej do opanowania aż do tragicznej. Nie miał innego wyjścia.

– Czempioni, nacierać!

Izak przyjął rozkaz i ściągnąwszy przyłbicę, wziął lance i jako pierwszy ruszył na przeciwników. Za nim wyruszył cały oddział czempionów, wyglądając z oddali jak nadciągająca śmierć w błyszczącej postaci. Drugi oddział, znajdujący się po drugiej stronie bitwy zrozumiał rozkaz i ruszył na połączone oddziały. Młodszy Aberville miał przed sobą oddziały demonów wkraczające przez bramę, a drugi oddział oczekiwał starcia z minotaurami i resztkami troglodytów.

Będąc tuż przed oddziałami inferno, wyprostował pik i nabił na nią pierwszego demona, a potem stratował kolejne. Pozostali czempioni to samo zrobili z oddziałami Xenofexa. Uderzenie było silne, ale nie na tyle spektakularne, aby móc zmienić przebieg bitwy. Impet przyhamował i trzeba było walczyć na miecze. Wyciągnęli je z kieszeni i uderzali w przeciwników. Izak machał mieczem tak szybko, jak tylko potrafił. Początkowo szło mu to łatwo, aż w końcu dostrzegł, ze został otoczony, wręcz czuł ich siarczysty oddech.

Demony w końcu zaczęły zrzucać jeźdźców z wierzchowców, a na ziemi nie dali rady walczyć. Konie uciekały z pola bitwy.

– Nie zrzucicie mnie! – Przeciął głowę demona. – Nie zrzucicie mnie! – Przebił na wylot cerbera, który próbował zagryźć konia. – Nie zrzucicie mnie! – Powtarzał na okrągło napędzając samego siebie, a przy tym eliminując wrogów.

Jeden z demonów chwycił jego rękę. Szarpał się z nim, lecz ta chwila wystarczyła, żeby dołączyły kolejne demony i zrzuciły Izaka z konia. Aberville nie dał się tak szybko zabić. Widział, jak dwa cerbery próbowały się do niego dorwać, ale pierwszemu z nich przeciął gardło, a drugiemu nogi. To wystarczyło, aby powstał i walczył jak krzyżowiec.

Już miał zginąć szlachetną śmiercią, kiedy jeden z czempionów zajechał mu drogę i wbił się w przeciwników.

– Uciekaj, mój panie! – To była ostatnia jego prośba, nim demony zajęły się nim podobnie jak pozostałymi.

Izak nie czekał ani chwili. Dołączył do wycofujących się krzyżowców, kuszników i kapłanów. Wybiegłszy ze zgrai demonów dostrzegł jak coraz więcej czempionów wycofuje się w stronę zamku. Również archanioły uznały, że to będzie najlepsza decyzja.

Część VII Part I: Podbój Steadwick

Generał usłyszawszy o przybyciu wojsk Xenofexa i Orwalda, wybiegł na najwyższą z wież zamku i dostrzegł całą połać za murami wypełnioną czerwono-czarną plamą. Zamierzali podejść do walki, jako jedna wspólna armia, mimo, że dzieliła ich spora różnica. Nie mając szans na ucieczkę, rozkazał zamknąć bramę, a kuszników z kapłanami ustawić na wieżach i przy bramie. Zadania tego podjęli się kleryk Ingham oraz Orrin Carlian.

– Profesorze, czy królowa dawała znać o swojej pozycji? – spytał, kiedy spotkał się z profesorem przy bramie.

– Dostaliśmy informację, że przybyli do Caryatid.

– Dziękuję profesorze. – Wiedząc, że się widzą po raz ostatni, rzekł. – Dziękuję za wszystko profesorze. Mam dla ciebie ostatnie zadanie i zwalniam cię ze służby.

– Nie możesz mnie zwolnić, mój panie. – Był całkowicie oddany służbie Erathii. – Mogę pomóc, wziąć za miecz i …

– Przyjacielu, wiem, że możesz. – Uspokoił się profesor. – Jednakże królowa będzie potrzebował solidnego przewodnika i mądrej rady, żeby odbić królestwo. Dlatego pomożesz wyprowadzając ze Steadwick tylu ludzi ile dasz radę i gdy armia wejdzie do zamku, natychmiast uciekniesz z nimi i poszukasz Katarzyny Ironfist.

Nie chciał się na to zgodzić. Nie chciał zostawić ludzi na pewną śmierć i odejść. Chciał zginąć razem z nimi tu i teraz pod murami Steadwick. Jednakże jeśli wszyscy wielcy wojownicy tutaj zginą, to kto pomoże królowej odbić Erathię z rąk prześladowców? Mając tą myśl w głowie, przyjął rozkaz i wiedząc o jakim tajnym przejściu mówił król, poprowadził za sobą przerażoną ludność do zamku Gryphonheart, gdzie znajdowało się owe tajne przejście.

Żołnierze i klerycy zbliżali się do murów, kusznicy wyszli na wieże, czempioni ustawili się tuż przy wieżach, aby móc zaszarżować przeciwników, jeśli ci przebiją się przez mury. Krzyżowcy i halabardnicy stali najbliżej bramy i murów wiedząc, że to oni będą jako pierwsi odpierać ataki demonów i bestii z podziemi. W powietrzu nad nimi latały archanioły.

Generał Kendall obserwował sytuację z boku i dostrzegał, że armia przeciwnika ustawiła się tuż przed murami zamku. Rozkazał rozpocząć ostrzał przez kuszników i kapłanów. Niebo zostało zasłonięte strzałami i kulami, zmierzającymi do przeciwników, które atakowały z powietrza niczym pioruny spadające z nieba. Szybko zatrzymywały demony, minotaury, a także troglodytów, których wciągnięto do armii, aby szybko przeszły przez fosę.

Katapulta wystrzeliła pierwszy kamień, trafiając w południowy mur. Lekko go poruszyła, ale wciąż stanowił solidną osłonę. To właśnie tam na wrogów czekali Lascott i Tyris, która nie potrafiła spokojnie ustać. Podobnie jak pozostali krzyżowcy i halabardnicy.

– Boisz się? – spytał ją, choć znał odpowiedź.

– Absolutnie. – Spojrzał na nią, nie dowierzając jej słowom. – Troszkę.

– Według mnie boisz się. – Tyris nie chciała się do tego przyznać, ale taka była prawda. – Nie kryj się ze strachem, to żaden wstyd się bać. Strach potrafi wyostrzyć twoje zmysły i będziesz widzieć więcej. Nie bój mu się przeciwstawić.

Póki co nie potrafiła tego zrobić, bo strach sparaliżował ją całkowicie. Ciężko się nie bać, kiedy w twoją stronę zmierza kilkanaście tysięcy żądnych krwi bestii.

Katapulta ostrzeliwała mury na oślep. Raz uderzała w południowe mury, raz w północne, lecz jeszcze nie trafiła w bramę, przez co minotaury, cerbery, troglodyci i demony czekały, aż katapulta wyważy ją lub zrobi wyłom w jednym z murów. Kusznicy i kapłani ostrzeliwali ich, ale prędzej wzmagali ich złość i irytację, niż eliminowali. W tej chwili Erathianie trzymali ich na dystans.

Jednak powietrze i całą bitwę przeszył krzyk smoka, po którym spadły na Erathian obłoki ognia, spalając oddziały kuszników i krzyżowców. Część oddziałów doszczętnie spłonęła. Z nieba wyłoniły się czarne skrzydlate bestie, które z powietrza wleciały za mury i paliły żołnierzy Erathiańskich żywcem. Następnie przed żołnierzami rozwarła się ziemia, tworząc wielką przepaść. Z niej wydobył się ogromny obłok ognisty sięgający murów, a gdy zniknął, pojawił się Arcydiabeł sięgający wysokością murów Steadwick. Dodatkowe piekielne istoty pojawiły się w kilku miejscach, otaczając oddziały halabardników i krzyżowców. Swoimi wielkimi kosami rozpoczęli rzeź żołnierzy, którzy rzucili się do walki, a w zasadzie podpisywali swój wyrok śmierci.

Generał widząc spustoszenie, jakiego dokonały najsilniejsze jednostki Xenofexa i Orwalda nakazał archaniołom ruszyć im na pomoc i podniósł rękę do góry. Sklepienie niebieskie otworzyło się, a z niej wyleciała jasna łuna słońca, która spadała na zaatakowanych żołnierzy.

– Modlitwa! – krzyknął Lascott czujac, jak spływają do niego dodatkowe siły i pokrzepiony nimi natychmiast ruszył na jednego z arcydiabłów, a wraz z nim atakowali pozostali żołnierze.

Kosa arcydiabła strąciła kilkunastu tych, którzy nie zdążyli się schylić. Aberville podbiegł do przeciwnika i ciął mieczem na wysokości jego kostek. Arcydiabeł próbował zmiażdżyć namnożonych wokół niego przeciwników, ale ci otoczyli go, nie dając mu wytchnienia. Dzięki takiej postawie archaniołowie mieli więcej czasu, aby dolecieć i obronić swoich braci.

Pierwszego z arcydiabłów zaatakował archanioł, z którym równomiernie wymieniał ciosy. Wzajemna nienawiść nabrała na sile i gdy arcydiabeł atakował kosą, ten oddawał mu mieczem, który płonął tuż przed zadaniem ciosu. Część smoków również walczyła z archaniołami, prowadząc zawziętą walkę.

I wtedy stało się coś, co na chwilę zatrzymało całą bitwę. Po którymś ostrzale z katapulty południowa część murów nie wytrzymała i runęła tworząc przejście. Część spadających odłamków muru trafiła w halabardników i krzyżowców, ale najgorsze było dopiero przed nimi. Za fosą ustawiły się minotaury i troglodyci uzbrojeni w topory i dzidy. Przez fosę najpierw przeprawiali się troglodyci, a potem dołączyły do nich minotaury.

– Żołnierze na wyłom! – krzyknął Lascott i przerwawszy walkę z arcydiabłami pognał krzyżowców na wyłom.

Orrin i Ingham skierowali ostrzał w miejsce przerwanego muru, gdzie eliminowali wkraczające oddziały podziemia. Tuż przy wyłomie czekali na nich krzyżowcy. Tyris stała obok Lascotta nie wiedząc, co robić. Miecz trząsł się w jej rękach, spojrzenie minotaurów paraliżowało ją, a na widok ich topora wyraźnie przełykała ślinę. Starszy żołnierz widział, jak dziewczyna się boi, więc dodawał jej otuchy.

Troglodyci przeszli przez fosę i atakowali przeciwników. Krzyżowcy pierwszą falę wybili z łatwością, ale z każdą kolejną szło już coraz trudniej. Teraz nastała kolej na przeprawienie się minotaurów przez rzekę. Orrin i Ingham wciąż kierowali tam ostrzał, ale nawet dwadzieścia strzałów i magicznych kul wypuszczonych na bestie, nie powstrzymywało ich przed dalszym przeprawieniem się. W końcu udało im się przeprawić i dołączyli do troglodytów spychających krzyżowców w głąb miasta.

Pierwszy z przeciwników zaatakował Tyris, która nerwowo przecięła przeciwnika na pół. Nie zdążyła ochłonąć po pierwszym morderstwie, a już atakowali ją kolejni. Nie trafiali w nią, a dziewczyna radziła sobie coraz lepiej, jednak zapomniała o ich liczbie. Powoli otaczały ją i niektóre z dzid niewiele chybiły. Lascott widząc, że dziewczyna potrzebuje pomocy, zostawił krzyżowców, walczących z minotaurami i ruszył jej na pomoc. Przedarł się do niej i pomógł jej w walce, jednak coraz bardziej spychano ich w głąb miasta. Minotaury przedzierały się do zamku, zabijając krzyżowców z dziecinną łatwością.

Wszystko zmierzało do utraty wyłomu przez Erathian.

Część VI: Podbój Steadwick

            Nastał kolejny dzień przygotowań do oblężenia i choć Steadwick nigdy nie zostało podbite, to panika roznosiła się po mieście szybciej niż łańcuch piorunów. Generał Kendall próbował zaprowadzić pokój, lecz nie mógł za wiele poradzić. Miasto miało dużo mieszkańców i choć każdy pomagał w przygotowaniach, to nie da rady zapewnić wszystkim bezpieczeństwa. Cieszył go widok małych dzieci, które udawały walkę z demonami, ale wiedział, że ta walka nie jest dla nich. Stanowią przyszłość Erathii, ale teraz niech ukrywają się i w przyszłości wiernie służą królestwu.

            Przeciwieństwem dzieci były osoby starsze. Kendall doglądając przygotowań widział, jak kowalom ręce się trzęsły, przez co nad wyraz często przybijali sobie palce. Płatnerzy nie spali, wyrabiając dzień i noc zbroje oraz wszelkie elementy, a z ich kominów nie przestawał wydobywać się dym, który osiadał na najbliższych domostwach. Nawet konie w stajniach wydawały się przestraszone, mimo, że szkolono je na wypadek takiego niebezpieczeństwa. Wierciły się i uderzały o boksy, chcąc uciec, jakby przepowiadały porażkę.

            Czy rzeczywiście do tego miało dojść? – Zastanawiał się król regent. Obserwując konie, dostrzegł Izaka, który próbował je uspokoić.

            – Izaku, dlaczego konie tak się płoszą?

            Parsknął.

            – Ciężko stwierdzić mój panie.

            Czekał na jakiekolwiek dalsze wyjaśnienie, ale Izak przez dłuższą chwilę próbował uspokoić jednego z wierzchowców na różne sposoby. Czule do nich podchodził, szeptał uspokajające słówka, czesał je i gdy wydawało się, że koń jest już uspokojony, to natychmiast ponownie zaczynał się wiercić.

            – Nasi czempioni potrzebują spokojnych koni.

            Izak przemilczał tą kwestię. Wolał rozmawiać z koniem, niż z człowiekiem. Generał nie chciał narzucać presji na młodszego z Abervillów, zwłaszcza, że wszyscy ją odczuwają. Ludność stolicy nie jest przyzwyczajona do walki. Zazwyczaj działa się ona gdzieś tam na granicach, ale nie w środku kraju. Dla wielu z nich będzie to pierwsze podniesienie miecza, piku, kuszy i wyjście z nią naprzeciw wyćwiczonego wroga. Panika nie pomaga w budowaniu potężnej armii.

            – Czy mamy wieści ze wschodu? – Izak zmienił temat. Profesor wrócił wczoraj i przekazał mu informację o wzajemnej kłótni między Tatalią a Krewlod. – Przynajmniej jeden problem z głowy. – Nieznacznie się uśmiechnął i wrócił do pocieszania koni.

Również generała ucieszyła ta wiadomość, choć to było nikłe światełko w wielkiej ciemności. Widząc, że raczej nie dostanie od niego pokrzepiających słów, wyszedł ze stajni.

Ciężko mu było dać nadzieję mieszkańcom, kiedy on sam jej potrzebował. Nie pokazywał tego i poprzez ciągłą pracę, próbował odłożyć myśli o zbliżającej się bitwie.

Kreeganie już sami w sobie stanowili potężne zagrożenie, a to, że niewiele o nich wiadomo, jeszcze bardziej wzbudzało strach wśród mieszkańców. Martwiło go, że porucznik Darwin nie wraca. W każdej innej sytuacji nie tęskniłby za nim, ale potrzebował informacji, czy demony rzeczywiście zaatakują od południa, czy dodatkowa armia wyruszy jeszcze z Kreelah. Niewiele wiedział o Xenofexie, ale w Enroth robił sporo zamieszania i od momentu przybycia na Antagarich też dał w skórę pobliskim królestwom. Nawet nekromanci odczuwali przed nim respekt, więc coś musiało być na rzeczy.

            Wszedł do koszar, gdzie Lascott walczył na miecze z Tyris. Aczkolwiek ciężko to nazwać walką, kiedy dziewczyna, co chwila leżała na ziemi, powalona w niedelikatny sposób.

            – Widzę Lascott, że nie dajesz jej wytchnienia. – rzekł, gdy dziewczyna po raz kolejny legła na ziemi.

            – Walczymy tak jak zawsze.

            To nie było tak jak zawsze. Zazwyczaj Lascott miał szeroki uśmiech na twarzy i zarażał nim innych, a teraz ogarniała go wściekłość, jakby chciał się wyżyć na dziewczynie. Nie przypominał tego wesołka, którym był zawsze, a raczej rozpalił się w nim ogień nienawiści w stosunku do dziewczyny, która na czas walki uosabiała jaszczuroludzi i barbarzyńców.

            – Przyszedłem sprawdzić, jak idą przygotowania krzyżowców do walki, ale widzę, że świetnie sobie dajecie radę.

            Oprócz Lascotta walczącego z Tyris caly plac ćwiczebny wypełnił się żołnierzami i dochodził z niego brzęk metalu i odgłosy upadku na ziemię, które połączone ze sobą tworzyły symfonię bitwy. Pozostało mieć nadzieję, że to będzie pieśń zwycięstwa, a nie porażki.

            – Dajemy sobie radę. Pozostali również trenują bez wytchnienia. – Sądząc, że wyjaśnił kwestię, wrócił do pojedynku. – Wstawaj! – Tyris wciąż leżała na ziemi i miała problem z powstaniem. – Długo jeszcze zamierzasz tak leżeć?! Bądź rycerzem i walcz! – Ten krzyk nie motywował Tyris, wręcz jeszcze bardziej ją dobijał. Im dłużej dziewczyna leżała na ziemi, tym bardziej Lascott się irytował. W końcu wyszła z niego irytacja i wyładował ją na dziewczynie. Siłą podniósł ją z ziemi, rzucił jej miecz i ponownie zawalczyli. Zakończył ten pojedynek, walnąwszy dziewczynę w nos tak, że poleciała jej krew.

            Ponownie siłą chciał ją postawić do pionu, lecz drogę zastawił mu generał.

            – Lascott, opanuj się!

            – Niech król nam nie przerywa, ćwiczymy.

            – To nie są ćwiczenia, tylko ty się na niej wyżywasz! Masz natychmiast się uspokoić.

            Lascotta najwidoczniej nie interesowało to, że sprzeciwił się królowi, rozpoczynając z walkę. Starszy z braci Aberville walczył pod wpływem emocji, natomiast król walczył rozsądkiem, dzięki czemu szybko uzyskał przewagę na swoim przeciwnikiem. Po kilku cięciach i pchnięciach król zakończył pojedynek, przywalając go do podłogi.

            – Lascott uspokoisz się w końcu, czy sam mam ci dać w twarz?

            Aberville jeszcze wierzgał się w rękach króla Kendalla, ale widząc, że ten nie zapomniał jak się walczy, uspokajał się. Czuł, że rzeczywiście potrzebował kubła zimnej wody, aby zacząć myśleć na chłodno. Dzięki temu jego opór słabł, aż w końcu całkowicie odpuścił, na co generał puścił go.

            – Przepraszam Tyris, nie wiem, co we mnie wstąpiło. Nie na tobie powinienem się wyżywać.

            Potrafił zachować się jak przystało na rycerza i przyznać się do swoich błędów. Emocje nie są usprawiedliwieniem, jeśli używa się ich w niewłaściwym celu.

            – W porządku – trzymała się krwawiącego nosa. – Zaraz przestanie.

            Zerwał część tkaniny ze swojej koszuli i przystawił jej do nosa, obejmując ją, jak troskliwy ojciec.

            – Lascott nie pokazujcie, że emocje wami targają, bo żołnierze zaczną myśleć, że się boimy. – Spojrzał na ćwiczących żołnierzy i kilku z nich nieznacznie zwróciło na nich uwagę. Pozostali byli zajęci swoimi ćwiczeniami. Później również i oni wrócili do swoich ćwiczeń, co ucieszyło króla, że incydent nie wpłynął na ich postawę. – Jeszcze tego nam brakuje, żeby żołnierze zaczęli się bać.

            – Królu! Królu!

            Generał poznawał ten głos i choć go nie widział, wiedział, że to Dannil Darwin ma taki donośny głos. Jednak bardziej martwiło go, że dobiegała z niego nutka strachu. Miał nadzieję, że to co ma do przekazania, jest warte tego strachu.

            Wbiegł w głąb placu ćwiczebnego, wykrzykując tytuł króla. Słyszała go pewnie z połowa Steadwick, jak nie więcej. Wyglądał, jakby żywcem został wyjęty z pieca. Na jego paradnym stroju leżały opiłki węgla, jakby się w nim tarzał. Twarz również pokrywał węgiel, poprzerywany jaśniejszą krechą koloru beżowego, jakby te miejsca przedrążyła kropla potu. Włosy na jego głowie gdzieniegdzie wtopiły się w skórę, a na rękach miał szerokie oparzenia.

            Wszyscy ćwiczący przerwali swoje ćwiczenia i skupili się wokół króla, Dannila, Lascotta i Tyris, co lekko zirytowało króla czującego, że przybysz nie ma do przekazania dobrych wieści.

            – Mój panie – próbował złapać powietrze – kłopoty, potężne kłopoty mamy.

            – Co się stało? Mówcie żesz!

            – Od Keventry … nadciąga armia Nighońska.

            Wszyscy zamarli. Niektórzy żołnierze zaczęli trzymać się za serce, inni opuścili miecze, a ich twarze przybrały odcienie bladości. Już armia Xenofexa stanowiła potężne wyzwanie, a tutaj jeszcze dochodzi do tego Orwald i jego czarne smoki.

            Jedynie król, Lascott i Tyris trzymali się prosto, choć ciężko im to przychodziło. Lascott spojrzał na dziewczynę, robiąc krzywy grymas na twarzy. Natychmiast go zrozumiała, bo też chciała się mylić.

            – To już po nas. – rzekł ktoś z tłumu.

            – Zmasakrują nas. – dodał następny, aż potem wszyscy krzyżowcy znajdujący się w koszarach zaczęli panicznie lamentować.

            – Wybaczcie, ale ja nie mam zamiaru zostać zabitym. – oznajmił następny z tłumu, po czym szedł w stronę wyjścia z koszar.

            – Ani ja. – Do pierwszego dołączył drugi.

            Cała trójka patrzyła na rozszerzające się grono przestraszonych żołnierzy. Początkowo byli zaskoczeni rozchodzącą się falą strachu, ale po chwili należało szybko działać.

            – Tacy z was rycerze, że kiedy ludność was potrzebuje, to wy dezerterujecie z armii? – rzekł Lascott, ale niewielu go posłuchało. – Historia Erathii na zawsze was przeklnie w swoich księgach.

            – Erathia zostanie podbita przez Xenofexa i Orwalda, więc zniknie z kart historii, a my chcemy żyć!

            – Składaliście przysięgę przed królem, że będziecie własną piersią bronić Erathii, dopóki miecz jesteście w stanie utrzymać! Wasze słowa nic nie znaczą?!

            – Składaliśmy przysięgę przed królem Nicholasem, a teraz go już nie ma, więc…

            Król regent nie dał mu dokończyć i strzelił mu w twarz, tak jak Lascott Tyris. Następnie postawił go na nogi i ponownie jego pięść wylądowała na twarzy nieszczęśnika. Początkowo Aberville zamierzał się wtrącić, ale widząc, że król wie co robi oraz, że skupił uwagę pozostałych, nie reagował. Kendall uspokoił się dopiero po kilku piąchach i pełen wściekłości oraz determinacji, rzekł:

Część V: Podbój Steadwick

            Steadwick znikało już za horyzontem i Xanthor, wyglądający jak mnich, zmierzał na zachodnie granice Erathii. W trakcie swoich podróży wielokrotnie zmierzał do Tatalii i Krewlod. Pamiętął, jak podczas jednej z wielu podróży na bagna towarzyszył mu jaszczuroczłek Korbac. Był to silny i zwinny tatalijczyk, a o ważkach wiedział więcej niż ich treserzy. Gdy profesor spoglądał na jaszczuroczłeka, wręcz widział, jak swoimi ruchami poddawał je tańcu. Wspominał mu, że ważki, zwłaszcza te złote, mają tendencję do kąszenia przeciwników, dlatego trzeba ostrożnie kręcić się wokół nich. Słyszał, że ugryzienie takiej ważki rzadko kiedy bywa śmiertelne, ale skutecznie uwalnia ukąszonego od wszelkich pozytywnych skutków magicznych i osłabia go. Z tego powodu wodzowie Tatalijscy wysyłali je do walki, aby osłabić przeciwników i jednocześnie wysłać silniejsze jednostki do boju.

            W trakcie tej podróży na bagna zaatakowała ich banda nighońskich przeciwników, którzy znaleźli się tam nie wiadomo skąd. Zaatakowało ich mnóstwo harpii i obserwatorów. Profesor rzucał zaklęcia, bo w walce wręcz nie czuł takiej pewności. Natomiast Korbac eliminował je z dziecinną łatwością.

            Niemniej nie dali rady z przeważającymi liczebnie przeciwnikami, zwłaszcza, że z oddali zbliżali się obserwatorzy. Profesor zdawał się ich nie dostrzegać, natomiast jaszczuroczłek natychmiast je spostrzegł. Widząc, że Xantor ich nie zauważał, pobiegł ku niemu i gdy obserwatorzy wystrzelili wiązkę energii w profesora, Korbac rzucił się na niego, odsuwając go od linii strzału. Xantor dostrzegłszy niebezpieczeństwo, rzucił łańcuch piorunów na przeciwników, czym skutecznie ich wyeliminował.

            Pozostały jeszcze harpie, ale one widząc, że miały do czynienia z potężnym magiem natychmiast uciekły. Korbac był również pod wrażeniem umiejętności magicznych profesora, ale ten patrzył na niego, jak na kogoś, dzięki komu żyje. Xantor wiedział, że Tatalijczycy mają wyczulone zmysły, które się przydawały w poszukiwaniu pokarmu na mokradłach, ale nie spodziewał się tak mocno wyuczonego instynktu przetrwania. Gdy przeciwnicy uciekli całą noc świętowali, będąc wdzięczni za to, że przeżyli.

            Xantor dobrze wspominał tamte czasy i miał nadzieję, że pomimo niedobrych czasów,  jaszczuroczłek nie będzie żywił urazy do profesora. Nie powinien się dziwić, w końcu Tatalia i Erathia były w stanie wojny, a oni reprezentowali przeciwne strony. Jednak miał nadzieję, że są pewne przeżycia, które są większe, niż przywiązanie do królestwa.

            Po kilku dniach intensywnej podróży dojechał do jednej z karczmy, skąd przed wielu laty uczcili sławetne zwycięstwo. Wszedłszy do środka, natychmiast poczuł, że miejsce to jest odpowiednie dla takich spotkań. Ciemno, ponuro, kręcą się tu społeczni wyrzutkowie, a dodatkowo każdy z nich za kołnierz nie wylewa. Miał dzień drogi do Tatalii, dwa do Krewlod, więc mógł stąd obserwować potencjalny najazd przeciwników.

            Poprosiwszy o lekki trunek, zasiadł w cieniu i trzymał kubek, będąc opartym o stół. Głowę lekko przechylił, tak, że ktoś z boku mógł pomyśleć, że się modlił.

            – Witam, profesorze.

            Eratiańczyk odpłynął w modlitwę, nie dostrzegając, kiedy pojawił się stary przewodnik. Dopiero mocny syczący głos, jak u jaszczurki, wyrwał go z modlitwy. Wyglądał tak samo, jak w czasie pamiętnych wydarzeń. Miał wrażenie, że przewodnik z dawnych lat ani trochę się nie zmienił. Miał bujną grzywę, podobnie jak u lwa, która pojaśniała wręcz z wiekiem – miał wrażenie profesor.  Charakterystyczne były też żółte ślepia, dzięki którym profesor nie wiedział, co wyrażają.

            Z poważną miną, przysiadł się do niego. Nie wiedział, czego profesor mógłby od niego chcieć. Czyżby rzeczywiście służba dla królestwa była ważniejsza, niż wspólne przeżycia?

            – Bądź pozdrowiony, Korbac. – Wziął łyk piwa. – Wiedziałem, że przyjdziesz.

            Jaszczuroludź ani trochę nie był chętny do rozmowy. Swoim spojrzeniem krępował profesora, jakby traktował go jak wroga.

            – Czego chcesz?

            – Przyjacielu…

            – Nie mów tak do mnie.

            Wyszczerzył oczy w stronę jaszczuroczłeka. Nic mu nie zrobił, a ten zachowywał się tak, jakby miał mu za chwilę wydłubać oczy. Nie rozumiał reakcji swojego kompana, a przede wszystkim, dlaczego ten jest taki nienawistny w stosunku do niego.

            – Dlaczego traktujesz mnie jak wroga? – Nie odpowiedział. Zapowietrzył się i milczał. – Zrobiłem ci coś złego?

            – Służysz królowi Erathii, ja Tralloskowi. Nic nas ze sobą nie łączy, w ogóle nie powinienem tutaj przychodzić.

            – To czemu przyszedłeś? – Nie uzyskał odpowiedzi, a skoro jej nie miał, to postanowił milczeć. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, aż w końcu jaszczuroczłek odwrócił głowę i zaczął głośno fuczeć. No tak, po co tutaj przyszedł i rozmawiał z wrogiem. – Może dlatego, że przywiązałeś się do mnie, tak jak ja do ciebie i nie myślisz o mnie, jak o wrogu, mimo, że tak mnie traktujesz?

            – Mów, czego chcesz? – Wiedział, że profesor nie wyjdzie, jeśli tego nie dostanie.

            – Potrzebuję przewodnika, tak samo jak kilka lat temu potrzebowałem. Chcę się spotkać z twoim królem.

            – Wykluczone, król nie ma na to czasu. – Odłożywszy kubek, powstał.

            – Erathia chce zawrzeć układ z Tatalią.

            – Tatalia ma ważniejsze sprawy, niż wojna z Erathią.

            Zmarszczył swoje czoło, przy czym jego charakterystyczne brwi w kształcie litery n spłaszczyły się.

            – Przecież najechaliście Erathię, razem z Krewlod, to co może być ważniejsze od wojny z nami?

            – Właśnie wojna z Krewlod. Namówiliście ich, żeby zdradzili sojusz i na nas najechali na. Wysłaliście swojego szpiega, który postanowił skłócić nas ze sobą. Udało się wam. Na zachodzie macie spokój.

            Wyszedł z karczmy, a profesor natychmiast wybiegł za nim. Widział jak przygotowuje lejce i wkłada nogę w strzemiono. Podbiegł do niego.

            – Dlaczego Krewlod miałoby was napadać? Przecież obopólnie skorzystaliście z zasobów zagrabionych w Erathii…

            – Spytaj swojego szpiega, będzie więcej wiedział.

            – Ale…

            – Niech profesor skończy! – Powstrzymał go Korbac. – To był ostatni raz, kiedy się z panem spotkałem. Teraz będę odpowiadał tylko na oficjalne listy. – Kopnąwszy w konia ruszył w stronę Tatalii.

            Profesor nic z tego nie rozumiał. Jak to Erathia miała niby skłócić dwóch sojuszników ze sobą? Przecież miała swoje problemy z demonami, a na północnych ziemiach nic nie wskazywało na spokój. I jedni, i drudzy mieli idealną okazję do ataku, więc czemu się pokłócili?

            Są pytania, na które nawet profesor nie ma odpowiedzi, jednak potrzebował upewnić się co do prawdy w słowach byłego już przyjaciela.

 

            Wstał następnego dnia wraz z nastaniem świtu. Wyruszył w głąb ziemi Tatalijskiej, gdzie dostrzegł połamane drzewa oraz porozrzucane topory i obuchy, typowe dla ogrów. Z tego słynęło Krewlod, że jak już prowadzi wojnę to totalną, niszcząc wszystko za sobą. Przemierzał bagna tatalijskie, zmierzając za zniszczeniami, które wyrządziło Krewlod. Początkowo pewnie mieli przewagę nad Tatalią i póki jest osłabiona, to chcą pewnie skorzystać z okazji i zagrabić tyle ile będzie się dało.

            Po wędrówce wśród zniszczeń doszedł do obozu barbarzyńców. Dostrzegał cyklopy zbierające kamienie, orki ostrzące swoje topory, a gobliny i wilczy jeźdźcy sprawdzali swoje wyposażenie. Klimat był pełen przygotowań, jak do bitwy. Xantor obszedł obóz dookoła i widział, że po drugiej stronie również znajdował się obóz, tylko do bity przygotowywała się Tatalia. Wiwerny wylatywały ze swoich gniazd, gorgony wychodziły z zagród, a bazyliszki z labiryntów.

            Wyglądało na to, że Tatalia i Krewlod rzeczywiście się pokłóciły. Jakkolwiek to się stało, szczęście uśmiechnęło się do Erathii i przez jakiś czas ma spokój na zachodnich granicach. Teraz zrozumiał, dlaczego Korbac jest na niego wściekły i gdy profesor stał się świadkiem przygotowujących się oddziałów do bitwy zrozumiał, że Korbac miał uzasadnione pretensje względem królestwa ludzi. Ktoś musiał ich skłócić ze sobą, bo choć Krewlod nie miało dowódców strategicznych, tak nawet oni zdawali sobie sprawę, że atak na Tatalię to zły pomysł.

            Ktoś musiał zamieszać, ale kto?

            Powstało pytanie, na które Xantor nie miał dobrej odpowiedzi. Wychodziło na to, że Erathia miała spokój na zachodniej granicy i nie musiała zawiązywać pokoju. Misję swoją wypełnił, choć tak naprawdę niewiele zrobił. 

Część IV Part II: Podbój Steadwick

            Aczkolwiek to był dopiero początek ujawniania się nieznajomych postaci. Potem wychodziły mięśniaki z głową byka oraz potężnymi toporami jedno i obosiecznymi. Te obosieczne miały złoty pancerz i wyglądały, jakby pozostałych swoich pobratymców poganiały do walki. Potem z ziemi zaczęły wylatywać istoty podobne do ptaków i do lwów. Lwy miały z tyłu ogon zakończony ostrym kłem i jeśli kogoś zaatakowały, natychmiast paraliżowały, tak, że ofiara nie mogła się ruszyć.

            Głośny ryk dochodzący z głębi ziemi, zagłuszył całe pobojowisko, tak, że cała armia potworów stanęła. Następny ryk bestii dochodził jakby z bliska, a wraz z kolejnym rykiem dochodził do tego odgłos machania skrzydeł i tak oto chwilę później wyleciała z ziemi potężna czarna istota. Sięgała do koron niższych drzew, a swoimi stopami potrafiła zgnieść człowieka. Zionęła ogniem, tak, że kilka domostw zostało zrównanych z ziemią, a ich mieszkańcy natychmiast się zwęglili. Domy obok zajęły się ogniem, a smoki i cała armia wrogów atakowała we wszystko, co mogło nadejść.

            – Mości Panie, ratuj nas. – zawołała jedna z dziewczyn, wybudzając Dannila z letargu.

            Nigdy nie widział tych jednostek, ale sparaliżował go sam ich widok. Patrzył z otwartymi ustami, jakby to co widział było jakimś złym snem, z którego za chwilę się wybudzi. Na nic nie reagował. Nawet nie czuł, kiedy dziewki, które wcześniej raczył swoimi wybujałymi opowieściami, trzęsły nim coraz mocniej.

            – Panie, błagamy! – krzyknęła kolejna.

            Mężczyźni, którzy służyli w straży miejskiej, jako pikinierzy i łucznicy, ruszyli do ataku. Czempioni Dannila szybko zarzucili tarczę na rękę i pik do drugiej. Podjechali pod zesztywniałego dowódcę i przyprowadzili mu konia, który w strojach paradnych wyglądał komicznie w porównaniu z wojskowymi.

            – Panie poruczniku, jakie rozkazy?

            No właśnie, jakie rozkazy? Co miał im rozkazać? Jego głównym obowiązkiem było dobrze się prezentować, a nie walczyć i przelewać krew za Erathię. Kiedy wojowie się odezwali, wyrwał się z odrętwienia i usiadłszy za konia dobył miecza.

            – Drodzy panowie, do boju! – Wskazał mieczem, rozpoczynając atak na przeciwników z podziemi.

            Czempioni z wrzaskiem zaszarżowali na przeciwników, natomiast Dannil skrzętnie trzymał się z tyłu. Schował miecz i obserwował okolicę. Pikinierzy i łucznicy szybko ginęli. Ci pierwsi zostali otoczeni przez ohydne, niskie i zielone potwory, które nawet nie miały oczu, a ich bronią była dzida. Natomiast miotacze próbowali na dystans eliminować minotaury, ale nawet oddanie kilku strzałów nie zatrzymało rozpędzonych byków i czekała ich bezpośrednia walka wręcz, z góry skazana na porażkę.

            Oddział Dannila wbił się we wrogów, zadając poważne obrażenia najbliższym przeciwnikom. Nadziewali na piki każdego, kto był w pobliżu i starali się nie zatrzymywać, tylko korzystać z impetu rozpędzonego konia. Zatrzymali się, gdy przeciwnicy gęsto ich otoczyli tak, że konie miały ogromny problem z dalszym przemieszczaniem. Czempioni wyciągnęli miecze i walczyli wręcz. Długo i dzielnie stawiali opór, ale w końcu coraz częściej zrzucano ich z koni, obrywali od obserwatorów, albo meduz.

            Porucznik zatrzymał się tuż przed wjazdem w armię wroga i rozglądał się po otoczeniu. Robotę meduz i obserwatorów dokończyły minotaury i zielone oślizgłe poczwary. Smoki podpalały wszystko, co znajdowało się w ich pobliżu lub swoim ogromnym ciałem wpadały na domostwa i pożerały ludzi żywcem. Lwy z ogonem skorpiona dopadały do nieszczęśników salwujących się ucieczką i rozrywały ich ciała. Obserwatorzy i meduzy pacyfikowali ludność, która próbowała uciekać. Minotaury niszczyły domostwa i wszystko, co napotkały na swojej drodze.

            Sielankowa okolica pełna zieleni i  śpiewu ptaków, teraz stała się ognistym teatrem śmierci. Płomienie sięgały wysoko do nieba, a drzewa zamiast koron złożonych z liści miały korony z ognia. Spokój w tej okolicy został zniszczony w jednej chwili, a zupełnie nic na to nie wskazywało.

            – Nighon nas atakuje!

            Nighon – porucznik powtórzył w myślach słowa uciekającego mężczyzny, który później wpadł w potężne łapska lwa. Nazwa wielokrotnie wpadała do jego myśli i wypadała, jakby próbował wyplenić ze swojej głowy prawdę, która stała przed jego oczami. Jednak obraz masakry był przed nim, a dokonał tego ktoś, kogo miało tutaj nie być.

            Nie mógł walczyć. Nie dał rady. Jego oddział szlachetnie zginął w walce, ale on nie zamierzał. Był jeszcze zbyt młody, aby umierać. Schował miecz, złapał za lejce i wbrew przysiędze składanej przed królem Nicholasem zawrócił konia w stronę Steadwick. Poganiał konia, aby uciekał tak szybko, jak jest to możliwe. Nie spoglądał za siebie, mając nadzieję, że nikt go nie będzie chciał złapać.

            A tu jednak ktoś sobie o nim przypomniał. Najpierw był to obserwator, który puścił w jego stronę wiązkę magicznej strzały. Chybił. Później kolejny przeciwnik wypuścił podobną wiązkę i trafił porucznika w bark. Lekko się schylił, ale twardo trzymał lejce. Ściągał swojego konia raz w jedną, a raz w drugą stronę, dzięki czemu przeciwnicy mieli utrudnione zadanie, chcąc go trafić. Skręcił w bok zauważywszy, jak tuż obok konia wylądowała strzała, później chybiła następna  i jeszcze jedna. Wjechał w mały zagajnik, gdzie kilka strzał trafiło w drzewa, a obserwatorzy wkrótce przestali strzelać, bo już nie był widoczny.

            Dannil poczekał jeszcze chwilę, a gdy poczuł się bezpiecznie wyszedł z ukrycia i szybkim kłusem pognał w stronę Steadwick. I to był błąd, gdyż tuż przed nim wylądował czarny smok, który spowodował tąpnięcie tak, że jego koń się przewrócił, a on razem z nim. Koń natychmiast powstał i rzucił się do ucieczki. Równie szybko powstał jeździec i gdy smok zbierał ogień w swojej paszczy, to Dannil wsadził nogę w strzemię i niezdarnie wsiadł na wierzchowca.

            Smok zionął ogniem tuż za nimi i słup ognia przesuwał się w tą samą stronę, w którą uciekali. Kiedy przestał, Dannil spojrzał za siebie i dostrzegł ciemny, wypalony pas ziemi od której dochodził smród spalenizny. Smok wzbił się w powietrze, a koń nawet już nie słuchał Dannila, kiedy ten próbował skierować go w którąś stronę. Uciekał, byle z dala od smoka. Jednak ciężko uciec od bestii, kiedy ta ma skrzydła i lata dużo szybciej, niż biegnie koń.

            Porucznik widział, jak smok nabiera ognia do gardła i widział, jak zaczyna nim zionąć. Myślami był już na tamtym świecie, ale w przypływie instynktu przetrwania, przyszedł mu do głowy pewien pomysł. W oddali widział las, do którego miał szansę się dostać.

            Kiedy smok zebrał odpowiednią ilość ognia zionął w nich. Dannil w ostatniej chwili puścił swojego wierzchowca, tak, że ogień strawił jego wiernego towarzysza. Korzystając z tego, że bestia jest zajęta, ruszył w stronę lasu. Ciężko oddychał, a im bliżej się znajdował, tym oddech stawał się coraz cięższy. Spojrzał za siebie i widział, że smok jeszcze nie dostrzegł, że ktoś przeżył.

            Nie mogło to trwać wiecznie, a przekonał się o tym wtedy, kiedy czerwone ślepia czarnej bestii spojrzały na niego. Bestia ponownie zamachała skrzydłami, unosząc swoje potężne ciało. Dannil zrzucił już z siebie miecz i zbroję paradną, i biegł ile sił miał w nogach. Już mu niewiele brakowało. Dosłownie widział, jak wpada do tego lasu i również słyszał, jak czarna bestia znajduje się coraz bliżej.

            Wbiegł do lasu, tuż po tym, jak poczuł za sobą nagły przypływ ciepła. Schował się za najbliższym drzewem, a smok zionął ogniem wprost przed siebie. Ciepło, które poczuł tuż po zionięciu ogniem stawało się coraz cieplejsze, aż zaczęło go parzyć. Sprawdził to, lecz poparzył się. Ściągnął koszulę czując, że smok ją podpalił i skoczywszy na nią zdusił ogień.

            Smok wściekle ryknął, tak, że wszelkie zwierzęta, jeśli jakieś były, natychmiast wybiegły z lasu, poszukując nowego schronienia. Aczkolwiek to, że smok ponownie wzleciał, było dla Dannila nietypowe. Nie słyszał, aby Nighon uciekał od walki, jeśli wygraną miał w kieszeni, więc dlaczego ten smok tak zrobił? Wolał się nad tym nie zastanawiać. Najwidoczniej szczęście mu dopisało i bestia uznała, że już go spaliła. Wyszedł ze swojego ukrycia i ostrożnie spoglądając do góry, ruszył w stronę Steadwick.

            Chwilę później zauważył przed sobą słup ognia, który przesuwał się zgodnie z granicą lasu, aż w końcu zamknął nim cały las. Dannil znalazł się w śmiertelnej pułapce.

Część IV Part 1: Podbój Steadwick

            Wyszedł z rady czując, że Królewski Militarny Oddział Erathii robi z igły widły. Mieli do czynienia z chochlikiem, a stwarzali wrażenie, jakby atakował ich arcydiabeł. Poradziliby sobie nawet z kilkoma arcydiabłami , więc czym tak naprawdę zaprzątać sobie głowę? Zastanawiał się Darwin, który zebrał kilkunastu czempionów i nakazał im przygotować się do wymarszu. Kiedy otrzymali rozkaz, to trzęśli się, jak galareta.

            – Nie no, oni też. – Na głos wypowiedział swoje myśli, kiedy zniknęli do przygotowań. – Totalnie nie rozumiem, czego się tu bać.

            Oporządził swojego konia, zarzucił mu siodło i wyszedł naprzeciw swoim oddziałom. Ozdobił swojego wierzchowca, jakby szedł na paradę, a nie na wojnę, a jego celem nie było zbadanie terenu, tylko pysznienie się swoim zwycięstwem. Dzielił skórę na smoku, mimo, że jeszcze żadnego z nich nie upolował i jak podejrzewał żadnego upolować nie będzie miał okazji.

            Czekając na nich przed bramą wyjściową, dostrzegł zbliżających się czempionów. W stosunku do swojego dowódcy przygotowali konie jak na wojnę, zabezpieczając je przed ewentualnymi obrażeniami. Tarcze zawiesili na swoich plecach, z boku konia przywiązali piki, a na głowach mieli hełmy z przyłbicami na głowie. Dumnie reprezentowali barwy Erathii i gryfa, który był na ich szatach.

            – Wyruszamy do Keventry – wyciągnął miecz – pokażmy naszym wrogom, gdzie jest ich miejsce.

            Wyruszyli z miasta i spokojnym kłusem zmierzali na wschodnią część Erathii. Pierwszą przerwę zrobili już w pierwszej napotkanej wiosce. Wykupili od chłopów zapasy na drogę i wyruszyli dalej, lecz drugą przerwę zrobili w następnej wiosce, a nie minęło nawet pół dnia. Odpocząwszy po lekki wysiłku, wyruszyli dalej, lecz zmuszeni byli stanąć w kolejnym miasteczku na obiad i napoić konie. Nim nastał wieczór zrobili jeszcze kilka przerw, mimo, że wschód potrzebował ich obecności.

            Czempioni z każdą kolejną przerwą irytowali się coraz mocniej. Po tygodniu podróży w końcu jeden z nich nie wytrzymał i rzekł:

            – Mój panie, konie nasze nie są zmęczone, a i nam nie potrzeba odpoczynku. Nie przebyliśmy nawet połowy drogi, a w Steadwick czekają na nasze informacje.

            Dannil miał słomkę w ustach i leżał w cieniu pod drzewem, rozkoszując się błogim odpoczynkiem.

            – Król Kendall ma dużo innych obowiązków, nasza informacja nie zmieni jego planów. Wypoczniemy jeszcze i wtedy ruszymy.

            – Panie poruczniku, jednak …

            – Wykonać.

            Urwał dyskusję, na co czempion zasalutował i wrócił do swoich kumpli wyraźnie niezadowolony z opieszałości. Jednak dla Dannila liczył się przede wszystkim wypoczynek. Nie lubił się przemęczać, zwłaszcza, jeśli nie było trzeba. Nie ma wojny i żadna się nie zbliżała, a więc po co się zachowywać, jakby jakaś nadchodziła? Jeszcze długo wypoczywał z takim nastawieniem, aż w końcu zmęczony samym odpoczynkiem, nakazał podróż swoim żołnierzom. Wsiedli na konia i dogalopowali do następnej wioski i zmęczeni podróżą stanęli na noc.

            W takim tempie dotarli w pobliżu Keventry po dwóch tygodniach od wyruszenia ze Steadwick. Zatrzymali się w pobliżu jednej z wiosek, gdzie poszli się pożywić do karczmy. Jednakże Dannil wyczuwał na sobie czyjś wzrok. Rozejrzał się i dostrzegł, że kilka dziewczyn frywolnie uśmiechało się w ich kierunku.

            – Panowie idźcie się najeść, ja do was dojdę. – nakazał, a samemu poszedł w kierunku dziewek. Podszedłszy do nich rzekł. – Drogie panie, ładnie to tak podglądać mężczyzn. – zagaił żartobliwym tonem.

            – Chyba pan rycerz nie jest tym faktem zdziwiony.

            – Oczywiście, że nie. W końcu nie macie zbyt często możliwości widzieć prawdziwych rycerzy Erathii.

            – No, ci tutaj pikinierzy – machnęła ręką i głośno mlasnęła wargą, kiwając głową – żaden z nich nie jest tak przystojny.

            – Ze skromności nie zaprzeczę – złapał jedną frywolną dziewczynę i zbliżył ją do siebie. Pozostałe również nie stały z tyłu. – Gdybyście tylko wiedziały z jakim bohaterem rozmawiacie, wtedy inaczej byście do mnie podeszły.

            – Opowiesz nam? – Nalegały, żeby podzielił się z nimi kilkoma historiami.

            – No dobrze, drogie panie. Kilka przygód mogę wam opowiedzieć. – Specjalnie poczekał dłuższą chwilę, żeby nasłuchać się próśb kobiet i niczym bajarz opowiedzieć legendy o wielkich herosach. – Wiecie, kim jest Yog i Crag Hack. – Wiedziały, że pokonali Sandro razem z Gem i Gelu. O tym mówiło się w całym Antagarich. – Tak więc ja służyłem u boku tego drugiego. Pamiętnego wieczoru, kiedy wkroczyliśmy na tereny Deyji wpadliśmy w zasadzkę. Tysiące wampirów nas zaatakowało. Wyglądały potwornie, a te ich czerwone ślepia odstraszały niejednego chojraka. – Nigdy nie widział ich na oczy. – Zostaliśmy zaskoczeni, ale dzięki dobremu dowodzeniu Craga Hacka, któremu doradzałem w kwestii bitewnej, udało nam się wyjść z opresji i nawet zaatakować przeciwnika.

            – Ale ty jesteś dzielny. – powiedziały wszystkie razem.

            – To jeszcze nie koniec, moje panie. Potem dopiero się zaczęło, gdyż jak się okazało, to była pierwsza fala nekromantów. Następna była dużo silniejsza. Okazało się, że za wampirami były lisze i widmowe smoki. Lisze zaczęły uderzać nas swymi trującymi kulami, które nas dziesiątkowały, a smoki atakowały resztki naszych oddziałów. Bitwa zbliżała się ku końcowi.

            – Ooo! – zawyły z przerażenia.

            – Jednak najgorsze było to, że nasz dowódca znajdował się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Uderzał swoim toporem na lewo i na prawo, ale nie dostrzegł smoka, który leciał na niego. Widząc to, pobiegłem do niego i gdy smok otwierał paszczę rzuciłem się na Craga Hacka i tak smok miał w swojej paszczy mnie, zamiast pana Hacka.

            – Jak z tego wyszedłeś? – Pozostałe też to interesowało.

            – Byłem pewien, że zostanę przez niego rozszarpany, ale całe szczęście miałem miecz ze sobą i gdy smok chwilowo przestał miotać głową, wyciągnąłem go z pochwy. – Powstał i wyciągnął swój miecz. – I z całej siły przeciąłem mu jedną z kości szyi. – Zamachnął się mieczem udając, że przecina opowiadanego smoka na pół. – Ten uszczerbek na mieczu przypomina mi o tamtej bitwie. – Pokazał im miecz, w którym odłupała się część klingi, bo kowal przywalił za mocno.

            – Oooooch! – Kobiety zapowietrzyły się widząc i słysząc, z jakim bohaterem miały do czynienia.

            – Więc, drogie panie, ze mną wam nic nie grozi. – Ponownie usiadł między dwiema kobietami, lecz tym razem przyciągnął do siebie dwie najbliższe . Zresztą nie musiał tego robić, gdyż same się do niego garnęły. – To co? W jaki sposób panie stąd podziękują bohaterowi za uratowanie im życia i zapewnienie bezpieczeństwa?

            Już jedna z nich już miała przejść do rzeczy, lecz ziemia zatrzęsła się pod nimi. Najpierw nieznacznie, a potem coraz mocniej tak, że ten kto stał, miał problem z utrzymaniem równowagi. Dannil nie wiedział co się dzieje, kobiety tak samo, również goście z pobliskiej karczmy i jego wojowie wybiegli na zewnątrz, chcąc poznać odpowiedź.

            Gdy tąpnięcia stawały się coraz mocniejsze, w końcu ziemia się otworzyła, a z niej wybiegły potwory nieznane Dannilowi. Kolejne otwarcie ziemi nastąpiło tuż za ich plecami. Później kolejne, po chwili następne, a potem, gdzie się nie spojrzało tam wychodziły wszelkie jednostki o wrogim usposobieniu. Wymachiwały dzidami, nożami, niektóre miały postać węża, ale ręce i głowę kobiety, a zamiast włosów na głowie wyrosły im małe wężyki.

Część III: Podbój Steadwick

            Dopiero po natarciu demonów na wybrzeże jego nazwa stała się adekwatna do tego, jak powinno wyglądać. Połacie lasów pokryły się ogniem a dachy runęły osłabione przez ogień. Długi sznur ludzi został skuty kajdanami i zmierzał do Kreelah, popychany przez gogi i chowańce. Ich los spoczywał w rękach Xenofexa, a to oznaczało wybór między śmiercią natychmiast lub przeciągającym się umieraniem. Wszystko zależało od jego dobrej woli.

            Wyprawą na południe przewodził Lucyfer Kreegan, oddany sługa arcydiabła. Wyglądał jak typowy demon biegający w wojskach Inferno. Miał głowę psa z żółtymi oczami i dwoma dużymi kłami, wystającymi z dolnej szczęki. Wyróżniała go czerwona skóra, która przechodziła już w barwę krwistą. Do złotej zbroi i naramienników dołożył również złoty nabiodrek. Podobnie jak reszta demonów miał kopyta zamiast stóp i długi ogon, który zakończony jest płonącym płomykiem, podobnie jak u goga.

            Nigdy nie zawiódł swojego pana i choć kwestionował jego rozkazy, to zawsze wypełniał je sumiennie. Początkowo Xenofex obawiał się, czy nie będzie miał w Lucyferze przeciwnika w drodze na tron, jednak ten od razu zrezygnował z ubiegania się o niego. Aczkolwiek nie oznaczało to, że miał mniej obowiązków na głowie, niż jego władca. Właśnie podbili rejony Avlee, gdzie znajdowała się jaskinia królowej złotych smoków. Przy wejściu stała wataha zielonych smoków, lecz z łatwością rozprawił się z nimi, a pozostałe ich szczątki rzucił swoim poddanym, w celu zbezczeszczenia ich ciał, aby każdy z demonów, czartów bądź ifrytów ściągnął z nich swoje własne trofeum. Miało to być ostateczne zhańbienie smoków i pokaz siły króla Xenofexa.

            Lucyfer obserwował, jak Avleeńskie miasteczka płoną. Stanął na wyższym wzgórzu, obserwując kilka z nich, w których centaury i krasnoludy rzucały się do ucieczki, ale demony otaczały je i jeśli stawiały opór pacyfikowały wszystkich. Widział stworzone przez siebie morze ognia, z którego dobiegały krzyki mieszkańców zjadanych żywcem przez ogień, albo płaczące dzieci, trwożliwe krzyczące o pomoc. Sługa Xenofexa patrzył na swoje dzieło i był z niego dumny. Całkowite zniszczenie tych ziem dodawało mu pewności siebie i wiedział, że nikt go nie powstrzyma, aby spełnić wolę pana.

            – Lucyferze, mój pan chciałby się z tobą widzieć.

Usłyszał za sobą szorstki głos, który wychodząc z gardła napotykał mnóstwo przeszkód zniekształcających go. Nieznacznie wzdrygnął demonem, ale ten odwrócił się już swobodnie. Głos pochodził od ifryta sułtańskiego, który zamiast nóg miał duży ognisty płomień, a jego ciało w całości było czerwone. Założył na biceps i na ramię złote bransolety, a na głowie miał turban w tym samym kolorze. Zazwyczaj tacy jak oni mieli pod sobą oddział zwykłych pobratymców.

– Dobrze, przyjmę go w swoim namiocie.

Chciał jeszcze popatrzeć na ognisko, którego był prowodyrem, ale jego pan nie lubił czekać. Jedyne, czego się obawiał, to ifrytów i diabłów. Zawsze miał problem, żeby nad nimi zapanować, gdyż podważały jego pozycję. Z czartami dawał sobie radę, z demonami i niższymi istotami również, ale ifryty i diabły uważały, że jest prawą ręką Xenofexa tylko z powodu jego kaprysu. Miał świadomość, że pewnego dnia ktoś będzie chciał zająć jego miejsce. Prób zrzucenia go z piedestału było mnóstwo i każda z nich kończyła się tak samo, ale to nie zniechęcało kolejnych świadków do próbowania szczęścia.

            Kiedyś tego szczęścia może mu jednak zabraknąć, stąd potrzebował mieć króla za swoimi plecami.

            Wszedłszy do namiotu czekał już na niego najwyższy z arcydiabłów. Posiadał umiejętność teleportowania się typową dla nich, lecz on mógł się teleportować w każde miejsce w Antagarich. Chodziły legendy, że nawet, kiedy umrze, to będzie się łączył ze swoimi podwładnymi.

            Xenofex zasiadł na najdostojniejszym krześle, które znajdowało się w namiocie. Położył ręce na oparciu, uwydatniając swojego długie czarne pazury z których spływała krew.

            – Mój panie – Lucyfer upadł do stóp Xenofexa i nie śmiał podnieść wzroku, póki on mu na to nie pozwoli. Arcydiabeł złośliwie się zaśmiał.

            – Lucyferze – powiedział swoim ciężkim i jednocześnie przeraźliwym głosem, który przenikał przez skórę demona, wywołując w nim dreszcze. Jak on mógłby walczyć z Xenofexem, skoro wystarczyło jedno jego słowo, a on już chował się ze strachu? – Słyszałem o twoim podbiciu jaskini królowej smoków i chciałem nacieszyć się widokiem.

            – Zrobiłem tak, jak sobie życzyłeś, mój panie.

            – Nigdy się na tobie nie zawiodłem. – Spojrzał na kosę, z której spływała krew. – Podobnie jak i teraz.

            – Dziękuję za twoją wiarę.

            Xenofex powstał i przechadzał się po namiocie, tak, że podłoga drżała, a Lucyfer drżał z nerwów obawiając się, że jego pan pozbawi go życia.

            – Nie dziękuj, gdyż tak się składa, że mamy poważny problem i liczę, że i tym razem mnie nie zawiedziesz.

            – Nie zawiodę, mój panie. – zapewnił, choć nie wiedział, czy zdoła wypełnić wolę arcydiabła.

            – Wiem o tym, dlatego powierzam tą misję w twoje ręce. – Podszedł do demona, tak aby ten poczuł jego obecność. Dostrzegał w nim, jak bardzo boi się jego osoby. Znał ten rodzaj strachu. Napędzała go świadomość, że jest w jego rękach. Jego życie i śmierć zależało od  dobrej woli. Mógł zabić, jak i ocalić. Gardłowo się zaśmiał, widząc spokorniałego Lucyfera.

            – Czego ode mnie oczekujesz?

            – Powstań Lucyferze. – Nawet miły gest z jego ust brzmiał jak rozkaz, toteż Lucyfer natychmiast powstał i wyprostował się jak żołnierz na baczność. Nawet nie śmiał się poruszyć, bez pozwolenia swojego pana. – Pójdź ze mną. – Machnął ręką, jak przyjaciel, który zachęca go do wyjścia na karczmę.

            Lucyfer starał się nie pokazywać, jak bardzo postać jego pana przerażała go, ale jego odczucia względem niego były zbyt mocne, aby mógł je tłumić. Przeciwko ifrytom, diabłom oraz wielu arcydiabłom jakoś mu się udawało, w przypadku Xenofexa nie potrafił. Król zatrzymał go przed wzgórzem, pokazując płonące morze.

            – Teraz się cieszymy, mój drogi Lucyferze. – Położył ramię na barkach Lucyfera, na co on naprężył się jak struna. Nie uszło to uwadze Arcydiabła, który ponownie szorstko się zaśmiał, lecz wrócił do tematu. – Aczkolwiek za kilka dni ten ogień zniknie, a ludzie, centaury, elfy czy krasnoludy mieszkające tutaj, zaczną żywić nadzieję na lepsze jutro.

            – Mój panie, nikt stąd nie ujdzie. Ogień strawi wszystko i …

            Xenofex podniósł rękę do góry i Lucyfer natychmiast zamknął swoją paszczę.

            – Nie powstrzymasz ich nadziei, a będą w wierzyć, dopóki ona jest. Trzeba ją stłamsić, wówczas wtedy będziemy prawowitymi panami tych ziem. – Przeszedł do rzeczy. – Skierujesz moje oddziały na Steadwick.

            Demon przełknął ślinę na myśl co chciał powiedzieć. Xenofex nie lubił słuchać, jeśli ktoś miał jakieś obiekcje odnośnie jego woli, ale musiał poznać dodatkowe okoliczności.

            – Zrobię jak zechcesz, mój panie. Jednak – Xenofex spojrzał na niego żółtymi ślepiami, które przystawił do niego tak blisko, że Lucyfer wręcz czuł, jak się w nich spala.

            – Kwestionujesz moje rozkazy, Lucyferze?

            – Absolutnie, mój panie – zebrał się na odwagę – chciałem jednak zauważyć, że Steadwick jeszcze nigdy nie zostało podbite, chociaż wielokrotnie było oblegane. Jest to potężna twierdza, do podbicia której potrzebujemy większej armii, więc …

            Umilkł, gdy król jeszcze bardziej zbliżył do niego swoją głowę, aczkolwiek po chwil odsunął się i rzekł.

            – Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego postarałem się o wsparcie dla ciebie, dzięki któremu podbijesz Steadwick. – Najwyższy z Arcydiabłów nawet nie zakładał, że mogłoby być inaczej. Miało się stać dokładnie tak, jak on chciał. Spotkasz się z nimi w rejonie Keventry.

            – Tak, mój panie.

            – I jeszcze jedno, zanim wrócę do Kreelah. Macie podbić Steadwick w trzy miesiące i wolałbym, żebyś i tym razem nie zawiódł mnie, Lucyferze.

            – Nie zawiodę, mój panie.

            – Też tak mi się wydaje. Inaczej – spojrzał na swoją kosę, skąd nadal skapywały krople krwi. – Nie chciałbym jej sprawdzać na tobie.

            – Nie zawiodę cię, mój panie. – Zaczął powtarzać to jak mantrę.

            – Mam taką nadzieję.

            Następnie uderzył ręką w ziemię, skąd wyrósł ogień, który pochłonął go w całości. Lucyfer przystawił rękę do głowy, chroniąc swoje oczy. Arcydiabeł wrócił do swojego miejsca w Kreelah, zostawiając Lucyfera z misją najcięższą do wykonania. Miał po raz pierwszy podbić jedną z najpotężniejszych twierdz w świecie Antagarich. Zdawał sobie sprawę, że teraz jest ku temu odpowiednia okazja, jednak to Steadwick. Przed nią nawet najwięksi dowódcy odczuwali respekt.

            Ale to może i dobrze, że sam Xenofex powierzył mu takie zadanie? To znak, że w niego wierzy i czuje, że podoła zadaniu. Przywołał jednego z ifrytów sułtańskich:

            – Tak, Lucyferze? – Już się nauczył, że nie powinien oczekiwać od nich jakiegokolwiek szacunku względem niego. Traktowali go, jak równego sobie i póki nie próbują jakkolwiek przeszkadzać jego planom, to nie zamierzał tracić czasu na głupoty.

            – Przygotujcie oddziały. Przekraczamy rzekę, a w Keventry król przygotował dla nas wsparcie.

            – Dobrze. – Odleciał poinformować o tym wszystkich dowódców.

            Jakich oddziałów mógł się spodziewać? Jego pan dał mu do zrozumienia, że ktoś będzie na niego czekał i razem mają podbić Steadwick. Tylko kto mógłby to być? Nie znał nikogo, wśród najbliższych arcydiabłów i ifrytów, komu mógłby powierzyć dowództwo nad oddziałami. Zresztą pod tym względem jego pan nie był ufny. Zawsze wieszczył spisek i prawdopodobnie dlatego ma takie poważanie wśród Kreegan.

            Ktokolwiek to będzie, podbiją Steadwick. Nie zawiedzie swojego pana. Nie da mu powodów, żeby mógł w niego wątpić. Podbije to miasto, choćby miał zginąć. I z tym nastawieniem wyruszył w głąb Erathii, plądrując wszystko, co stało na jego drodze.

Część II part 2: Podbój Steadwick

Bracia spojrzeli po sobie i tak Izak podszedł pierwszy do króla i przejąwszy od niego list, zaczął go czytać. Początkowo nie reagował, dopiero, kiedy dobrnął do drugiej części listu jego ciemne oczy wyrażały rozpacz i momentalnie się zaszkliły. Skończywszy go, zamknął je i zasłonił jedną ręką, trzymając w  drugiej list.

Lascott widząc zrozpaczonego brata, chciał go pocieszyć, ale czuł, że wiadomość, którą skrywał pergamin, dotyczyła i jego. Wziął list z ręki brata i rozwinąwszy go, zaczął czytać.

„Drogi królu Kendallu,

Piszę ja, Edric z rodu Pogory, stacjonujący w północnej Avauntnell. Wysłałem do ciebie wiadomość, ponieważ sprawa jest poważna. W poprzednim liście informowałem Cię mój panie o sojuszu między królem Tralloskiem, a Winstonem Boragusem. Właśnie najechali na nasze ziemie i zniewolili naszą ludność. Wszystkich żołnierzy wybito, a ludność zniewolono.

Jednak to nie koniec smutnych wieści. Wycofaliśmy się do Castellatus, jeżeli ruszą na nas, to będziemy się bronić tak długo jak potrafimy, ale patrząc na obecny stan dłużej niż miesiąc nie wytrzymamy. Dlatego pilnie potrzebujemy wsparcia.

Na koniec tego listu zaznaczę, że Krewlod i Tatalia przysłali do nas wiadomość, która została przybita do dwóch zmarłych dowódców. Było napisane: „Te ziemie są już nasze, a wszelkie próby odbicia krwawo stłumimy.” Tą wiadomość przybili na tors dwóch dowódców: Briana oraz Rolanda Abervilla.

Drogi królu potrzebujemy wsparcia, inaczej nie przetrwamy.

Wierny sługa Erathii

Edric Pogory”

            W przeciwieństwie do swojego ciemnowłosego brata, Lascotta ogarnęłą wściekłość. Na szybko przeczytał go jeszcze raz i złożywszy go rzucił na stół, mówiąc do króla:

            – Królu, proszę o wysłanie mnie w stronę oddziałów Edrica.

            – Lascott, to nie jest dobry pomysł.

            – Królu przepraszam, ale nie masz racji. – Ściągnął usta, przesuwając wzrok z króla w stronę listu. – Tatalia i Krewlod podbijają nasze wschodnie ziemie i jeszcze śmiejąc się nam w twarz uzurpują sobie prawo do tych ziem.

            – Lascott zdaję sobie sprawę, że jesteś wściekły, ale …

            – Nie jestem wściekły! Tylko mam ochotę nabić na swój miecz kilka goblinów i jaszczuroludzi! Dlatego …

            – Nie zgadzam się i nie podnoś głosu na króla!

            Straszy z braci patrzył z wściekłością na generała. Nie wiedział, czy bardziej denerwowało go to, że nie dostał pozwolenia na podbój zachodnich ziem, czy strofowanie go przy obecności najważniejszych ludzi Erathii. Chciał pomścić swoich braci. Widział, że Izaka też opanowała żądza zemsty, ale on zawsze kumulował te emocje w sobie i rozładowywał wtedy, kiedy była okazja.

            Pozostali patrzyli, wymieniając wściekłe spojrzenia. U króla do wściekłości dochodził spokój i opanowanie, przyjmujące formę dostojności, w której król pokazuje swoją władzę, a nie podlega emocjom. W przypadku Lascotta był to wulkan nienawiści, który jest w fazie erupcji i rozpryskuje się na pozostałych członków rady. Pierwszą ofiarą jest generał Kendall, jednak on wie, jak sobie radzić z takimi emocjami, gdyż sam niejednokrotnie miał z nimi do czynienia. Chociaż rozumiał Lascotta, to wiedział, że emocje nigdy nie są dobrym doradcą, zwłaszcza, jeśli są tak wzburzone.

            Jako pierwszy opanował się Lascott.

            – Przepraszam królu za moją reakcję. Jednak – wziął list i pokazał go królowi – nie mogę bezczynnie patrzeć, jak te wstrętne jaszczuroczłeki i ogry wyrżnęły naszych braci, a my nie możemy im się odpłacić.

            A więc tajemnica wyszła na jaw. Pozostali słysząc o śmierci Rolanda i Briana, współczuli im. Mimo, że każdy z nich stracił jakiegoś członka rodziny, tak wciąż wieści o bliskich bolały tak samo.

            – Rozumiem twoje zdenerwowanie Lascott, jednak w tej chwili nie mamy sił, aby walczyć na dwa fronty.

            – Królu, ale co w takim razie z tym robimy? – zagaił Ingham. – Jeśli nie zatrzymamy zachodniego natarcia, wtedy bardzo szybko dojadą do Fort Riverstride i …

            I wtedy cała zachodnia Erathia będzie w rękach Jaszczuroludzi i barbarzyńców. Może nie byli aż tak brutalni, jak demony czy nekromanci, ale na pewno ograbią ludzi i ich zniewolą. Podobnie jak kiedyś Tarnum i król Gryphonheart szalony. Kendall wiedział, o tym, ale myśl o podzieleniu armii i walczeniu na dwa fronty przywoływała wizję, w której cała Erathia została podbita. Królowa Katarzyna musi jak najszybciej wrócić do Steadwick, a jego zadaniem jest dopilnowanie, aby miała do czego wracać.

            – Zatem mamy jeszcze jeden problem. Tatalia i Krewlod.

            – Podzielmy oddziały i ruszmy na nich. Obejmę nad nimi dowództwo. – postanowił Lascott, ale pozostali z rady nie pochwalali tego pomysłu.

            – Nie mamy takiej armii, żeby prowadzić dwie wojny naraz. – rzekł Orrin. – Wszyscy dobrze znaliśmy Briana i Rolanda oraz szanowaliśmy ich jak własnych braci. Jednak w tym momencie nie mamy z czym wyruszyć na zachodnie granice.

            – Zatem ich nie szanowaliście, skoro …

            – Lascott, nie zaczynaj! – Dowódca Królewskiego Militarnego Oddziału Erathii przerwał dalszy wywód starszego z Abervillów, wiedząc, dokąd to prowadzi. – Żałujemy śmierci waszych braci, ale to nie pora, abyśmy tracili głowę.

            – Wojna nie jest dobrym rozwiązaniem, ale zostawić tak tego również nie możemy. – oznajmił profesor Xanthor, który uciszył sie na czas kłótni między dwoma członkami. – Osobiście pamiętam, jak pewien Jaszczuroludź imieniem Korbac, przewodził mi w drodze do Tatalii. Napadnięto nas w trakcie, a on uratował mi życie. Może tym razem również nam pomoże.

            – Do czego zmierzasz, profesorze?

            – Zmierzam do tego, że powinniśmy zawrzeć jakikolwiek układ z Tatalią i Krewlod.

            – Układ?! – Lascott wyśmiał ten pomysł. – Oni mordują naszych ludzi, plują nam w twarz, a my im jeszcze to wybaczymy?

            – Potrzebujemy spokoju. – odrzekł niczym uniżony sługa, który pokłonił się przed Krzyżowcem, co uspokoiło go. – Potrzebujemy go, na jakichkolwiek warunkach, choćby i hańbiących dla nas. Wówczas kupimy sobie spokój i czas na przygotowanie się do ofensywy.

            Brzmiało to sensownie, przynajmniej dla pozostałych członków, ale nie dla braci Aberville, którzy nie przyjmowali do siebie innego rozwiązania, aniżeli wojna i to już teraz. Król rozejrzał się, po zebranych twarzach i widział, kto popiera ten pomysł, a kto nie.

            – Zatem panowie, widzę, że większość z was zgodziła się na zawarcie pokoju z Tatalią i Krewlod. – Mówiąc to patrzył na braci, którzy z wściekłością spoglądali w inną stronę. – Profesorze, czy jesteś w stanie podjąć się tego zadania?

            – Oczywiście. – Podszedł do gryfa. Wyciągnął jedno z piór, na co ogromne ptaszysko wzburzyło się, ale dzięki pokornej postawie profesora Xanthora natychmiast się uspokoiło. Zasiadł do stołu i zaczął pisać. – Napiszę list do mojego przyjaciela Korbaca i proszę ciebie królu jedynie o zgodę, aby gryf przyleciał prosto do mnie, zamiast do ciebie.

            – Zgadzam się. – Po czym podszedł do ptaka i wskazał mu na profesora. Gryfy były mądrymi istotami i krążyły legendy, że dlatego widnieją na symbolu Erathii, gdyż są mądrzejsze od władcy i widzą więcej, niż on. Aczkolwiek gryfy szanowały zdanie swoich królów, więc pokłoniwszy się nisko, podszedł do profesora. Xanthor skupiał się na treści listu, w którym prosił o pilne spotkanie i podanie dokładnego miejsca.  Następnie zawiesiwszy go na szyi ptaka, poklepał go, a on odleciał przez ten sam otwór, którym wleciał. – Królu, wyruszam w drogę.

            – Dobrze profesorze i niech Rion ma cię w swojej opiece.

            Profesor skłoniwszy się radzie, opuścił ją.

            – Dobrze panowie, musimy wrócić do szkolenia żołnierzy.

            – Mój panie, jeśli moi kapłani będą mogli jakkolwiek pomóc, to proszę śmiało korzystać z ich usług. – rzekł Ingham. – Myślę, że to może pozytywnie na nich wpłynąć, gdyż żyją w strachu.

            – Podobnie jak my wszyscy, drogi przyjacielu. – Smutno uśmiechnął się do kleryka. – Zatem panowie, wiecie, co macie robić. Zwalniam was z rady i niech Rion trzyma nad nami pieczę.

            Wszyscy się pokłonili i skierowali do wyjścia. Jako pierwszy wyszli Izak i Lascott, którzy trzaskali wszystkimi drzwiami tak, że dźwięki rozchodziły się po całym zamku, a żołnierze woleli nie zarzucać ich swoimi problemami.