Część 14 Part 1: Charna vs Mardon

Wieści o zmasakrowanych gryfach przez Sini rozeszły się po kompanii Charny z mieszaniną ulgi i przerażenia. Część z nich ucieszyło się, że nie będzie musiało przejmować się wiedźmą z Tatalii, ale większość nie spodziewała się, że i w niej są tak wielkie pokłady znęcania się. I to nad kim? Gryfami, szlachetnymi istotami, symbolem Erathii, je należało traktować z czcią i szacunkiem. Sini na pewno o tym wiedziała, a mimo to zabiła je. Nawet Mardon się zniesmaczył, gdy usłyszał tą informację, ludzie, a gryfy, to co innego. Nad ludźmi można się znęcać, nie nad zwierzętami.

Charna ucieszyła się, że udało im się wpleść takie myślenie. Może przesadzili z wywoływaniem trwogi, ale lepiej przegiąć w tę stronę, niż nic nie robić.

Teraz należało pozbyć się Iwony. Mieli uknuty spisek, a zaczynał się od zahipnotyzowania jej. Próby zdobycia zwoju dwukrotnie spełzły na niczym. Najpierw sprzedawca nie chciał go jej sprzedać, a potem okazało się, że nawet w gildii magów go nie było. W zamian za to ukradły trzy inne, równie cenne, zwoje. Nie wiedziała, czy ktoś prowadził śledztwo w sprawie ich zaginięcia. Chyba nie, skoro w mieście jeszcze nikt o tym nie trąbił.

Tylko jak wrobić Iwonę w ich kradzież? – to pytanie siedziało w myślach Charny, kiedy przebywali u niej Tamara i Maron.

– Swoją stroną ciekawe czy Mardon zrobił zakupy dla Fiony. – Tamara przerwała niezręczną ciszę. Widząc, że nikt nie zareagował, dodała. – To co robimy z tymi zwojami?

– Tak po prawdzie, to mamy jeszcze jeden problem. – Maron skupił uwagę dziewczyn na sobie. – Nie wystarczy nam mieć zwój. Potrzebujemy jeszcze osoby, która rzuci zaklęcie.

– A to nie wystarczy do tego sam zwój?

– Nie, nie wystarczy. – odrzekł Charnie. – Nie mamy umiejętności magicznych, toteż nie jesteśmy w stanie go rzucić.

No świetnie, a więc jeszcze dodatkowy problem. – pomyślała dziewczyna, kiedy jej plan po raz kolejny się rypał.

– To co robimy?

Spytała Tamara i Charna miała jej odpowiedzieć, żeby pomyślała razem z nimi, a nie tylko pytała, co mają robić. Poskromiła się przed wyrzutem, mając ważniejsze rzeczy w głowie, który był po części także i jej problemem.

– Może razem go przekonamy do sprzedaży tego zwoju? – rzuciła Tamara po dłuższej chwili.

– Tylko, co nam to da? – trzymał swoją rację Maron. – Nawet jeśli go kupimy, to kogo poprosimy o jego wykorzystanie?

– Ej to nie jest zły pomysł. – dostrzegła Charna, rozszerzając usta i oczy, jakby wpadła na jakąś wiekopomną myśl. – Przekonajmy go.

– Ale jak? Jak ciebie zobaczy, to …

– To kupiec – wtrąciła się Charna – jemu złoto nie śmierdzi. – Wstała i zmierzała do wyjścia. Starsi towarzysze ze zdziwieniem na nią patrzyli – No chodźcie wyjaśnię wam po drodze. – Poszli za nią.

 

Tamara z Maronem przeszli przez miejską bramę i zmierzali na czarny rynek. Pomysł Charny średnio ich przekonywał, ale dokonali już tylu wybryków, że kolejny nie powinien im robić różnicy. Dochodzili do czarnego rynku, gdzie pomimo wieczornej pory wciąż kwitło życie. Nadal słychać szelest złota, przekrzykujących się kupców, czy zażarte negocjacje o atrakcyjną cenę. Czyli typowe odgłosy dla tego miejsca.

Przeciskali się przez tłum, a w przypadku Tamary wyglądało to jak walka o przetrwanie. Chłopak trzymał dziewczynę, żeby się nie zgubiła. Po dłuższym przepychaniu się doszli do odpowiedniego stanowiska. Czarnoskóry mężczyzna spojrzał na nich, jak na kolejnych delikwentów chcących skorzystać z jego usług.

– Witam serdecznie szlachetnych Erathian. – Inaczej przywitałby się, gdyby wiedział, że Tamara uciekła z Krewlod. – Jestem jednym z największych dostawców zwojów magicznych w tej części Antagarich. – dodał widząc, że kadeci rozglądali się w jego towarach. – Może pomóc coś wybrać? Oślepienie, błyskawicę, hipnozę?

– Właśnie tym ostatnim jesteśmy zainteresowani.

– Dobry wybór. – Wyciągnął palec wskazujący, uzmysławiając im słuszność decyzji. – Oto i on. Kosztuje zaledwie trzy tysiące sztuk złota.

Trzy tysiące? I to ma być „zaledwie”? Co on większą część Steadwick chce okraść? Kto mu za niego tyle zapłaci?

– Wie pan co – Tamara wzięła głos – jesteśmy zainteresowani tym zwojem, ale za jedno zaklęcie nie będziemy płacić aż takich pieniędzy.

– Aż takich pieniędzy? Nie wiecie, o jakim potężnym zaklęciu mówicie. Zobaczycie, jak rzucicie go raz, to potem będziecie to robić cały czas.

– Być może – Maron przejął jej grymaszenie, – jednak najpierw chcemy raz rzucić ten czar, a cena jest za droga.

Kupiec z radosnej miny przeszedł w poważniejszą. Nie spodziewał się odrzucenia propozycji.

– Niżej nie pójdę, więc albo za tyle bierzecie, albo …

– A co jeśli mamy do zaoferowania zwoje, których nie ma pan wśród swoich zwojów?

– Nie może być. Mam każdy …

– To dlaczego nie widzimy żadnego zaklęcia z magii wody? – Tamara weszła mu w słowo, czym wyprowadziła go z równowagi. Był przyzwyczajony, że to on dyktuje tempo i charakter rozmowy. Nie lubił, kiedy inicjatywa przechodziła na rozmówcę. – Nie ma pan, a może chciałby je pan mieć?

– Nie pogardzę i takimi zaklęciami, wy Erathianie jednak zawsze słynęliście z magii wody, więc nie przynosiłem ich tutaj, bo macie ich na pęczki.

– Ale nie wszędzie tak jest. W Avlee i Deyji praktykują magię ziemi, w Eeofol magię ognia, więc na pewno znalazłby pan tam dodatkowych kupców. – Może z Eeofol, to był zły przykład, ale zainteresowali go.

– Ile pan bierze za zaklęcia czwartego poziomu? – spytał Maron widząc jego zmieszanie.

– Co najmniej cztery tysiące sztuk złota.

Zdzierstwo.

– A chce pan mieć trzy takie zwoje? Z magii wody? Z czwartego poziomu?

Kupiec patrzył na nich od góry do dołu. Nie wiedział już, czego się spodziewać, czy podstępu, czy okazji do zarobienia. Coś mu podpowiadało, że rzeczywiście mógł wiele zyskać.

– Jakie to są zaklęcia?

– Proszę iść z nami. – zachęciła Tamara.

Przez chwilę wił się z myślami, ale koniec końców poszedł za nimi. Wyszli z czarnego rynku i zmierzali do Steadwick. Tam przed bramą wartownicy sprawdzili przybysza, ale niczego nie zauważywszy wpuścili go do środka.  Idąc głównym traktem minęli kapitol, obok którego stała tawerna z bractwem mieczy. Wszedłszy do środka natychmiast skierowali się na jej tyły i weszli do przypadkowego pokoju.

Nagle dziewczyna z ciemnymi włosami i mrocznym spojrzeniem zamknęła za nimi drzwi. Nie wyglądała na silną, ale biła w niej jakaś wewnętrzna moc i determinacja. Miała swój plan w stronę kupca. Widząc ją Tamara i Maron uspokoili się i z taką samą determinacją patrzyli na kupca, który początkowo nie wiedział o co chodzi. Skierował wzrok na najmłodszą dziewczynę i widząc kto to jest zmierzał do wyjścia.

– O nie, nie będę prowadził interesów, kiedy Charna Aberville jest tutaj. Nie mam zamiaru wylądować przed królową. – Momentalnie stanął, chcąc wyjść z pokoju, ale kadeci natychmiast wystawili trzy miecze w jego stronę. – Nie zatrzymacie mnie ja…

Maron popchał go na fotel i przez chwilę kupiec miał problem z zabraniem powietrza. Nie pomagały w tym dwa miecze skierowane w jego stronę. Charna podeszła bliżej.

– Inaczej byś nie chciał z nami współpracować.

– I nadal nie chcę, proszę mnie wypuścić, inaczej zacznę krzyczeć.

– A więc chcesz wypuścić z ręki interes życia? Zwoje z magią wody?

Nie chciał, ale też nie chciał być pod obserwacją królowej, jeśli ta dziewczyna na niego nadałaby. Spodziewał się tego tak samo, jak przyzwanie zabitych przez Sandro.

– Powiedziałem, że nie będę prowadził interesu.

– Ile wziąłbyś za zapomnienie?

– To zaklęcie trzeciego poziomu. – stwierdził ze złością. – Oszukaliście mnie! – oskarżenie poszło w stronę Marona i Tamary.

– A więc trzy tysiące. – odrzekła Tamara. – Nieźle, rzeczywiście, troszkę oszukaliśmy, bo zapomnieliśmy powiedzieć, że w ramach rekompensaty za trzeci poziom dostaniesz z piątego poziomu.

Oczy zaświeciły mu się na niebiesko i na żółto. Już w myślach przeliczał złoto i czuł, że na tym interesie naprawdę dużo zarobi. Tylko musiał się przemóc, aby współpracować z tą dziewczyną.

– Co to za zwoje? – spytał ze złością.

– Zapomnienie, modlitwa i przywołanie żywiołaka wody. – powiedzieli wspólnie.

– To gdzie je macie?

– Dostaniesz, tylko musisz coś dla nas zrobić. – odrzekła Charna.

– Co takiego?

Część 13 Part 2: Charna vs Mardon

Aczkolwiek, kiedy słuchał tej wiedźmy z Tatalii, to miał wrażenie, że ona z nikim się nie liczy. Nawet teraz bardziej się obawiała, że zostanie schwytana, niż zdrowiem tych istot. Ostro je przesuwała, nie zdając sobie sprawę, że one w każdej chwili mogły ją zabić. Wściekał się zarówno na nią, jak i na siebie. Irytowało go, że bał się tak brutalnej osoby, która widziała tylko koniec swojego języka. Niczym nie ustępowała Mardonowi. Tak samo była bezczelna, gnuśna i opryskliwa, jedynie nie miała tyle siły, co behemot. Wciąż nie rozumiał, dlaczego wielu w kompanii było pogardliwie nastawionych do Charny. Była przyjazną osobą, z którą można porozmawiać i dodatkowo płynęła w niej szlachetna krew. Choć początkowo był przeciwny jej pomysłowi, to im dłużej przyglądał się Sini poniżającej gryfy, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jej plan należy zrealizować.

Sini stanęła na środku pomieszczenia przeglądnąwszy boksy wszystkich gryfów.

– Nic już nie ma. Nic na mnie nie mają.

– Jesteś pewna? – Zdał sobie sprawię, że Charny jeszcze nie było. Zresztą, na co ona tak czekała? – Może czegoś jeszcze nie widziałaś?

– Jestem pewna. Nic tu po mnie, możemy iść.

Zmierzali do wyjścia, lecz Marona zmartwiło to, że o Charnie ani widu ani słychu. Sini zszedłszy na dół zbliżała się do wyjścia. Maronowi brakowało pomysłu, co zrobić z tymi cholernymi rękawiczkami, aż w końcu wyrzucił na sam środek pomieszczenia.

– Poczekaj! – krzyknął. Podbiegł do wyrzuconych rękawiczek i dźwignąwszy je miętosił w rękach. – To twoje?

Sini przybiegła chwilę później i szeroko wyłupiła oczy.

– Tak moje, gdzie je znalazłeś?

– Leżały na środku pomieszczenia.

– Przecież przechodziliśmy tam i z powrotem, to powinniśmy zauważyć! – wściekła się, lecz szybko stonowała swoje nerwy. – Dobra nieważne, grunt, że się znalazły, możesz mi je oddać. – Wyciągnęła rękę, ale Maron natychmiast się odsunął. – Co ty wyprawiasz?

– Dlaczego znęcałaś się nad gryfami? – Sini nie rozumiała, do czego zmierzał. – Przyjemnie było ci poniżać tak szlachetne istoty? To są żywe stworzenia, a nie twój zakładnik do wyżycia się.

– O czym ty w ogóle chrzanisz? Maron oddaj te rękawiczki i wyjdźmy stąd, zanim ktoś nas zobaczy.

– Podobnie jak wtedy też tu byłaś. – Sini zrozumiała, że Maron wspomniał o tym rzekomym razie, kiedy zabiła te ptaki. Elf krążył koło prawdy, przywołując w pamięci ich trening z Edriciem. – Tak samo znęcałaś się nad tymi gryfami. Co one ci takiego zrobiły?

– Maron oddaj te!

– Nie ma mowy! Nie zrobisz już żadnemu z nich krzywdy i ja już tego dopilnuję!

Sini przez chwilę nie mogła pojąć, do czego to wszystko zmierzało, ale chwila rozmyślania pomogła ułożyć jej to w całość. To on chciał ją wrobić w tę zbrodnię. Elf, który rzekomo jest prawdomówny, tym razem skłamał i to w taki perfidny sposób. Jej twarz się rozgniewała, a jedna z rąk zacisnęła się w pięść. Druga wyciągnęła sztylet z pochwy, po czym pewnym krokiem zmierzała do Marona.

– Ty oślizgła mendo! Ty parszywy chowańcu! Chciałeś mnie w to wszystko wrobić! – Zamachnęła się sztyletem, na co chłopak momentalnie się schylił. Następnymi cięciami również przecięła powietrze, aż w końcu chłopak przestał uciekać i po którymś jej ataku wybił jej sztylet z ręki i popchnął ją na przeciwległą kratę.

Chciał ją unieruchomić, ale dziewczyna natychmiast przyłożyła mu w żebra, a następnie walnęła głową w nos, co chwilowo zamroczyło go. Wykorzystując okazję kopnęła go tak, że upadł na podłogę. Sztyletem chciała go zamordować, lecz w ostatniej chwili uniemożliwił jej to schodząc z linii ostrza. Wpadła w jakiś bitewny szał. Nie chciał jej nic zrobić, ale też i nie chciał dać się zabić. Gdy Sini ponownie wymachiwała bronią, to w końcu chłopak nie zdążył się odsunąć, a dziewczyna zrobiła mu szramę na prawym policzku. Szybko popłynęła krew, a widok ten zachęcił Sini do dalszego nabijania się z niego.

– Zawsze byłeś tchórzem Maron. Nawet nie umiałeś porządnie walczyć. Zawsze obrywałeś od wszystkich. Jesteś nikim.

Oparłszy się o kratę, ściągnął z siebie kamizelkę. Napastniczka chybiła, czym jednocześnie wystawiła rękę na zewnątrz krat. Korzystając z okazji Maron przysadził jej z głowy, a ubraniem przywiązał jej rękę do kraty. Wiedząc, że to tylko kwestia czasu, kiedy się uwoli zleciał na parter, gdzie czekała już Charna z kilkoma wartownikami.

– Maron co się stało? – zmartwiła się panna Aberville.

– Sini, zwariowała.

Miecznicy, nie czekając wyszli na górę, a chłopak został z dziewczyną na dole, która zerwawszy nieco szmaty ze swojej tuniki przyłożyła mu do policzka. Szybko nasiąknęła krwią. Dopiero, gdy kolejną przystawiła, to rana przestała krwawić. Będzie miał paskudną bliznę.

Chwilę później miecznicy zeszli na dół obezwładniwszy wiedźmę z Tatalii. Szarpała się, jakby walka z Maronem wciąż trwała i chciała mu wymierzyć pięścią w nos. Charnie podniosły się kąciki ust, patrząc na jej nikłe próby uwolnienia się z uścisku. Zawinęła ręce spoglądając, w jaki sposób ta wielka i jednocześnie władcza postać, naraz stała się mała. Miała cichą uciechę patrząc jak Sini Trak idzie tam gdzie jej miejsce, do celi.

W końcu ich spojrzenia spotkały się, wściekłość Sini kontra pycha Charny. Od razu zrozumiała.

– To ty mnie w to wplątałaś! – Rzuciła oskarżenie w stronę kadetki. – To przez ciebie idę siedzieć szarlatanko! – Miecznicy wyprowadzili ją z wieży gryfów w akompaniamencie gróźb wystosowanych w stronę dziewczyny.

Jeden z ostatnich mieczników, który wyglądał na dowódcę, podszedł do Marona.

– Wszystko w porządku chłopcze?

– Tak – zapewnił – troszkę mnie drasnęła, ale nic mi już nie jest.

– Dobrze, potrzebujemy jeszcze twoich zeznań, aby wyjaśnić co tu się stało i nikt o nic cię nie oskarża. Mamy wystarczająco dowodów, żeby ta dziewczyna otrzymała solidną karę. – dodał widząc, że Maron się zląkł.

– Zostanie skazana na śmierć? – spytała Charna, a w jej głosie wyczuwalna była nutka nadziei.

– Wątpię, raczej zostanie wysłana na służbę, do najbardziej barbarzyńskiego garnizonu na zachód, albo posiedzi kilka miesięcy wśród nekromantów, to zrozumie swój błąd.

Charna lekko się skrzywiła. Wolała już nie mieć z nią do czynienia, ale tak czy inaczej odniosła zwycięstwo, a widok wynoszonej Sini i jad, jaki wyrzuciła na nią, wręcz wywoływał w niej eksplozję radości. Jednak największą euforię odczuwała widząc jej bezsilność, kiedy została pokonana przez słabszą, w jej mniemaniu, przeciwniczkę.

Razem z miecznikiem wyszli z wieży gryfów i na wysokości koszar rozeszli się w swoje strony. Wróciła do pokoju i z racji wieczornej pory położyła się na pryczy. Wiedziała, że głosy jej nie odpuszczą, ale nie miało to znaczenia. Na długo pozbyła się wiedźmy z Tatalii i w tej chwili to było najważniejsze.

Część 13 Part 1: Charna vs Mardon

– Charna, nie uwierzysz co się stało. – Maron wparował do pokoju dziewczyny, przerywając jej rozmyślania nad pozbyciem się Iwony. – Sini wypuścili z więzienia.

– Jak to wypuścili?

– Chodź to sama się przekonasz.

Wybiegła z pokoju i chwilę później znaleźli się przed koszarami. Rzeczywiście od strony głównego traktu zmierzała Wiedźma z Tatalii. Widząc ją, usta dziewczyny zapowietrzyły się, powieki zwęziły, a dłonie momentalnie uformowały w pięści. Następnie przyłożyła je do głowy mając ochotę zniszczyć wszystko i wszystkich, którzy stanęliby jej drodze. Nawet Maron się odsunął, bo widząc jej narastającą furię bał się, że oberwie rykoszetem.

Sini zbliżała się do nich, ale nie wyglądała na zadowoloną z uzyskanej wolności. Jej krok był zdecydowany, jakby wiedziała, gdzie iść. Bez zainteresowania minęła koszary, zmierzając … do wieży gryfów. Panna Aberville była pewna, że chciała się na niej wyżyć. Jednak cel, do którego zmierzała, mocno zaintrygował dziewczynę. Maron, dostrzegłszy uspokojenie Charny, zbliżył się do niej i podobnie jak ona zastanawiał się, czego Sini może szukać wśród gryfów.

– Czemu tam wchodzi?

– Nie mam bladego pojęcia. Ale zamierzam to wykorzystać. – Stwierdziła, kiedy pogrzebała ręką w kieszeni, a tam znajdowały się rękawiczki, które zapomniały z Fioną podrzucić. Przekazała mu je. – Musisz ją tam zatrzymać, a ja skoczę po mieczników.

– Charna, co ty zwariowałaś? Chcesz mnie wkopać w przestępstwo?

– Nie ciebie, tylko Sini. Ty się z tego wywiniesz.

– Elfy nie umieją kłamać. Wystarczy, że dobrze zadadzą pytanie, a ja im muszę powiedzieć całą prawdę.

– Może czas się nauczyć? – Chłopak nie był przekonany. – Powiesz im, że widziałeś Sini zmierzającą do wieży gryfów i poszedłeś za nią.

– A jak spytają dlaczego?

Wiedziała, że elfy nie mogą kłamać, ale czasami mogłyby mijać się z prawdą. Czy naprawdę wszystko musiała mu mówić? Czy niczego sam z siebie nie wymyśli? A przede wszystkim, dlaczego jest taki honorowy? Jeszcze niech powie, że wycofa się z tego planu, bo … nawet nie znalazła dobrego wytłumaczenia.

– Zastanawiałeś się, po co tam idzie bez nauczyciela. Bałeś się o ptaki.

Wersja nie przekonała chłopaka.

– To czemu ty tam nie pójdziesz? Przecież jesteś giermkiem Sorshy Margary, jeśli cię złapią, na pewno się z tego jakoś wywiniesz.

– Mało co tam, nie zginęłam rozszarpana przez te ptaki, więc nie każ mi tam znowu wchodzić. Traktują mnie jak wroga i nie wiem, z jakiego powodu.

– Dobrze pójdę tam. – Wziął rękawiczki Sini i zmierzał ku niej. – Ale jeśli mi nie uwierzą i skażą na śmierć, to obiecuję, że po śmierci będę cię straszył całe życie.

– Biorę to na klatę, – i poleciała w przeciwnym kierunku.

Maron widział, jak dziewczyna weszła do wieży gryfów i choć przeczucie mu podpowiadało, że nie jest to dobry pomysł, to szedł wykonać zadanie. Przede wszystkim zastanawiał się, co będzie mówił żołnierzom, jak go złapią z Sini, a przede wszystkim czy uwierzą mu, mimo tego, że jest elfem.

Przed wejściem wziął głęboki wdech i wszedł do wieży. Gryfy były spokojne i obserwowały dziewczynę, która chodziła od jednego do drugiego boksu. Czegoś szukała, tylko Maron nie wiedział czego. Schował się zza jednym z murków i obserwował Sini. Póki nie trzeba się wyłaniać, to postanowił tego nie robić. Miał tylko nadzieję, że nie będzie długo czekał i cała ta akcja z podchodami szybko się zakończy. Nie czuł się komfortowo na myśl o przesłuchaniu, więc tak bardzo jak mógł, to postanowił się nie wychylać.

Sini wyszła na piętro, więc poszedł za nią. Robiła to samo, ale już z większą determinacją, jakby rzeczywiście miała coś znaleźć. Jednak po dłuższej chwili uznała, że nic tu nie ma i zmierzała do wyjścia. Maron spojrzał na zewnątrz i nie widząc zmierzających strażników, wyszedł Sini naprzeciw.

– Maron? Co ty tu robisz? – zadała naturalne w tej sytuacji pytanie.

– To ja raczej powinienem się spytać, co tu robisz. – Próbował omijać prawdę zgodnie z sugestią Charny.

Taktyka podziałała. Ewidentnie się speszyła, oddając inicjatywę Maronowi.

– Wiem, że mi nie uwierzysz, ale – zrobiła dłuższą przerwę poszukując słów, które nie będą brzmiały jak wyciągnięte ze świata Starożytnych. – Nie byłam tutaj od momentu naszego ostatniego treningu. Wiesz, wtedy co na Charnę napadły te ptaki. Szkoda, że Edric nie pozwolił im ją rozszarpać. – Maron słysząc trujący jad skierowany w stronę Charny niezauważalnie się naburmuszył, a ręka zaczęła się wywijać, jakby chciała jej wymierzyć solidny cios. – Nie zrobiłam tego, musisz mi uwierzyć.

Oczywiście, że tego nie zrobiła i już chciał ją pocieszyć, lecz świadomość, że byłoby to równoznaczne z wyjawieniem Charny spowodowała, że chwilę milczał patrząc na dziewczynę. Wściekł się na siebie, że tak łatwo dawał grać innym na swoich emocjach. W ciągu kilku chwil przeszedł ze zdenerwowania do współczucia. Jak miał pomóc Charnie, skoro mu szkoda nieodpowiednich osób? Pogłaskał rękami po kieszeni wyczuwając rękawiczki wzięte od panny Aberville.

– Jak mam ci uwierzyć, skoro zostałaś oskarżona o morderstwo trzech gryfów i ranienie dwóch kolejnych, a dodatkowo przychodzisz tutaj i czegoś szukasz? Może dowodów, które miałyby ostatecznie cię skazać?

– Nieprawda! – krzyknęła dziewczyna, czym spłoszyła ptaki. Maron podszedł do jednego z nich i czułym gestem uspokoił go, pozostałe się uspokoiły.

– Uważaj jak mówisz, bo gryfy płoszysz. – Pogłaskał ptaka po szyi.

– Przepraszam, ale naprawdę jestem niewinna musisz mi uwierzyć.

– To co tu robisz w takim razie? Nie odpowiedziałaś na pytanie.

– Zniknęły moje rękawiczki i mam wrażenie, że je również ktoś tutaj podrzucił.

Wspomniane rękawiczki zaparzyły w kieszeni Marona.

– Nie wierzę ci – powiedział zgodnie z prawdą – ale nie mam dowodów na twoją winę. Jeśli znajdziemy te rękawiczki, to będę musiał złożyć na ciebie doniesienie. Rozumiesz?

– Czyli mi nie wierzysz.

– Pasek, rękawiczki, co jeszcze rzekomo tu podrzucił? Twoją garderobę? Nie śmiesz mnie Sini.

Myślała, że miała w Maronie oparcie, ale przeliczyła się. Zresztą, czego mogła się spodziewać? Tego, że elf naruszy swój honorowy kodeks?

– To pomóż mi w takim razie znaleźć dowód obciążający mnie. – zasugerowała dziewczyna, mając w głowie pomysł. – Będziesz mógł się pochwalić żołnierzom, jak to nakryłeś mnie na gorącym uczynku.

– W porządku.

Sini wróciła do szukania rękawiczek, a Maron zastanawiał się, gdzie mógłby je zostawić. Wszędzie, gdzie wędrował jego wzrok, miał wrażenie, że Sini tam już patrzyła i niczego nie zauważyła, więc jeśli tam je podrzuci, będzie to co najmniej podejrzane.

Część 12: Charna vs Mardon

(tydzień później)

Ich akcje szybko rozeszły się po Steadwick. Już pierwszego dnia po dokonaniu włamania królowa Katarzyna zwiększyła kontrolę przepływu złota w mieście oraz wystawiła większą straż na najważniejszych obiektach. Efekt tego taki, że przed gildią magów, targowiskiem, kapitolem i budynkach wojskowych stacjonowało nie dwóch, a kilku wojskowych i to w dzień i w nocy. Śledztwa podjął się namiestnik Steadwick sir Christian Nabyrian, który przeczesał już wszystkie kwatery w koszarach, w kapitolu, w wieży strażniczej i wszędzie, gdzie można było coś schować.

Nie udało mu się niczego znaleźć, aczkolwiek Charna wiedziała, że wolność nie będzie trwała wiecznie. Cały czas zwoje siedziały jej w głowie. Musiała je jakoś podrzucić Iwonie i wkopać ją w ich kradzież, tylko nie wiedziała jak to zrobić. Przez dłuższy moment zastanawiała się, czy nie zrobić tak samo, jak ze złotem dla Mardona, ale to już jednak będzie zbyt widoczne, że ktoś tu maczał palce. Każdy potwierdzi, że ogrzyca nie ma żadnych zdolności magicznych, wiec czemu miałaby wykradać zwoje z gildii magów?

I tak cały czas myślała nad jej wrobieniem. Tamarze i Maronowi też wyczerpały się pomysły, więc ich pomysłodawcą musiała być Charna, która na każdym trening, zamiast skupić się na ćwiczeniach myślała o wrobieniu przeciwniczki. Z tego względu niższa koleżanka niechcący dowaliła Charnie, która po chwilowym oprzytomnieniu odlatywała i po chwili ponownie ją powaliła.

– Charna obudź się. – upominała ją Tamara. – Zaraz naprawdę coś ci zrobię.

Dziewczyna się tym nie przejmowała. Już miała tyle siniaków, że nie rozróżniała, czy pojawił się nowy, czy jeszcze stary się nie zabliźnił.

– Dobrze już dobrze. – Cały czas to powtarzała, a potem i tak gdy przychodziło co do czego, to lądowała na ziemi.

Wtem ni stąd ni zowąd przed wejściem na plac ćwiczebny w koszarach stał oddział mieczników. Dowodził nim sam Edric Pogory, ten sam, z którym miała do czynienia w wieży gryfów. Był czarnoskórym mężczyzną, który narzucił na siebie kolczugę rycerską, zakrywającą czoło. Na jej wysokości znajdowało się koło z którego wychodziły grota skierowane na zewnątrz. W środku niego znajdowało się oko, według wielu właśnie gryfa. Oprócz tego wydatny nos i małe oczy pokazujące podejrzliwe spojrzenie.

Rozglądał się za kimś i gdy go znalazł, to podszedł do niego.

– Witaj panno Margary. – Ukłonił się z szacunkiem należnym damie. – Przepraszam, że przerywam twój trening, ale dostałem informację, że znajduje się u ciebie kadet, który jest właścicielem takiego pasa.

– Witaj Edricu, – panna Margary wzięła go do ręki i zaczęła go oglądać – żadnych znaków szczególnych na nim nie ma. Skąd wiesz, że należy do kogoś z moich kadetów?

– Przy klamrze występują słabo widoczne inicjały.

Sorsha spojrzała we wskazaną stronę i rzeczywiście na pasku było napisane: S.T. Myślała, do kogo te inicjały mogą pasować i choć znalazła taką osobę, to zastanawiała się, czy mogła to zrobić. Spojrzała na dziurki w pasku i rzeczywiście znajdowały się po lewej stronie, a więc zgadzałoby się, że była to dziewczyna i to najprawdopodobniej z jej kompanii! Czy mógł spaść na nią większy wstyd?

– Sini do mnie! – wrzasnęła Sorsha, a wywołana słysząc ton jej rozkazu natychmiast przerwała ćwiczenia z Marziną i zjawiła się przy mistrzyni fechtunku. Pokazała jej rozerwany pas, na którym znajdowały się jej inicjały, Sini Trak. – Czy to jest twój pas?

Sini wyłupiła oczy ze zdziwienia, a zważywszy, że miała je ogromne, to wyglądało to, jakby chciały jej wylecieć z oczodołów. Nie miała go od kilku dni i zastanawiała się, co mogła z nim zrobić. Jakim cudem wpadł w jego ręce? Wzięła go i zaczęła mu się przyglądać.

– Zgadza się, gdzie został znaleziony?

– W wieży gryfów. – rzekł Edric – Znaleźliśmy go w tym samym dniu, w którym doszło do spłoszenia ptaków i wywiązania się walki między nimi.

Zdębiała słysząc miejsce i czas, w którym został znaleziony. Patrzyła zaskoczonym i jednocześnie przerażonym wzrokiem to na mężczyznę, to na kobietę. Nie miała nic na swoje usprawiedliwienie, bo nie wiedziała jak się bronić. Była niewinna. Uczestniczyła w jakiejś intrydze, w której jest ofiarą.

– Ale ostatni raz szkolenie z gryfami mieliśmy dwa tygodnie temu i nie miałam tego paska ze sobą.

– To możesz mi panno wyjaśnić, jakim cudem tam się znalazł?

Nie potrafiła tego wyjaśnić, a im dłużej milczała, tym dłużej rycerze nabierali przekonania, że złapali odpowiednią osobę. Sini nie wiedziała, co powiedzieć. Po raz pierwszy czuła się mała, jakby ktoś nie zwracał na nią uwagi, tylko decydował za jej plecami o jej losie.

– Nie mam pojęcia.

– Wydaje mi się, że masz i to doskonale. Poszłaś tam, bo chciałaś wyrządzić dowcip starszym rycerzom. Wielokrotnie takie dowcipy wyrządzaliście innym kadetom razem z Mardonem i Iwoną. Nie sądziłaś, że to wymknie spod kontroli i gdyby nie Edric, to zginęlibyście tam. – oskarżyła ją panna Margary.

Przez cały jej wywód Sini kręciła głową i wylewała łzy.

– To nie prawda przysięgam.

– Panowie, proszę ją skuć. – rozkazał, na co jeden z mieczników skuł jej ręce, a pozostali pilnowali, aby nie wywinęła im się z rąk. Gdy to robili rycerz wysnuwał akt oskarżenia. – Sini Trak w imieniu panującej nam królowej Katarzyny Ironfist jesteś oskarżona o atak na gryfy i uśmiercenie trzech z nich i ranieniu dwóch kolejnych. Zostaniesz poddana pod sąd, który orzeknie o twojej winie.

Sini była tak spanikowana i zdezorientowana, że nawet nie wiedziała, co powiedzieć. Łatka zbrodniarza spadła na nią szybciej, niż błyskawica z nieba i to bez powodu. Nie zrobiła tego, a będzie odpowiadać za tę zbrodnię.

Kiedy Edric i jego oddział wyprowadzili Sini z placu, wtedy Sorsha Margary dostrzegła, że przedstawienie zebrało spore widowisko.

– Wracajcie do ćwiczeń.

Wrócili, ale większość z nich była w szoku. Sini mogła zrobić coś takiego? Byłaby zdolna do takiej zbrodni? Zabijać niewinne gryfy, które miały służyć w Erathii? Wyczyn Sini wprowadził większą niepewność w kompanii. Rodziły się podejrzenia względem pozostałych i co nie dziwnie większość z nich dotyczyła Charny, która podobnie jak Maron i Tamara patrzyli z uśmiechem, jak wojskowi wyprowadzali wiedźmę z Tatalii.

Część planu się powiodła, właśnie mogli odfajkować ze swojej listy wrobienie Sini, jeszcze tylko Iwona i Mardon.

Część 11: Charna vs Mardon

Trening ciągnął się w nieskończoność. Oczywiście Tyris ukarała ich za spóźnienie, patrząc na Charnę z dezaprobatą. Była niecałe dwa miesiące w Steadwick, a już dwukrotnie się spóźniła. Jednak w tej chwili nabycie rycerskiego rzemiosła odstawiła na później. Podobnie jak Maron i Tamara cały czas myślała o poprzednich akcjach, przez co miała problem ze skupieniem się na treningu.

Kiedy się skończył panna Aberville przypomniała sobie o jeszcze jednej ważnej rzeczy. Sprowadziła ich za najbliższe domostwa i gdy mieli prowizoryczną kryjówkę przed światem zaczęła.

– Fiona jest w klasztorze u kleryków, a to oznacza, że ktoś musi przejąć jej rolę.

– Charna, mało ci jeszcze? – rzekł Maron. – Przecież …

– O czym ty mówisz? – W stosunku do chłopaka Tamara doszukiwała się drugiego dna w słowach panny Aberville.

– Fiona miała przekonać Mardona, aby wydał te pieniądze tak?

– No zgadza się, ale jak to teraz zrobimy?

– Po prostu ktoś zamiast Fiony musi to zrobić.

– A niby kto?

Natychmiast spojrzenie Charny i Marona skierowało się ku Tamarze. Początkowo nie wiedziała o co chodzi, ale gdy się domyśliła głośno zaprzeczyła, ale jakie miała wyjście, skoro jak to sama powiedziała koło zaczęło się toczyć i należało pokierować je na odpowiedni tor?

 

Mardon wyszedł z treningu jak król nie przejmując się nikim i niczym. Kopnął dzieciaka w nogę, które natychmiast się rozpłakało, żebrakowi odebrał ostatni pieniążek, a gdy jechała dama w karocy, to podrzucił ją jej, elegancko przeczesując ciemną grzywą, na co jej serce szybciej zabiło. Jego ego podskoczyło, a gdy jakiś inny żebrak, nieświadomy wcześniejszej sytuacji poprosił go o pomoc, to przewrócił go na ziemię i kazał mu tak leżeć dopóki nie zniknie z jego widoku.

Następnie spostrzegł, jak kilkunastu mieczników spacerowało po mieście, a potem rozchodzili się w swoich kierunkach. Doszły do niego słuchy, że ktoś się włamał do kapitolu i ukradł cały dzienny utarg. Nie wiedział, kto był na tyle głupi, żeby wtargnąć do jednego z najważniejszych miejsc w Erathii.

– Takiego kogoś powinni skazać na śmierć i to przez powieszenie. – pomyślał na głos kręcąc głową z obrzydzeniem.

Wszedłszy do koszar skierował się do swojego pokoju. Chciał roztrwonić pieniądze przysłane przez ojca na wszelkiego rodzaju przyjemności. Kolejny trening mieli za kilka dni, więc postanowił skorzystać z chwili wolności.

Jego pokój był wystrojem elegancji i przestronności. Meble, oczywiście starannie wyrzeźbione przez najlepszych rzemieślników, pościel, wyszyta przez najwyższej klasy tkaczy, a na środku każdego z nich wyszyte dwa krzyżujące się topory i skrzydła anielskie nad nimi. Widząc herb swojego rodu czuł dumę, że jest reprezentantem Blake, a nie Aberville. Od razu pomyślał o Charnie w kontekście uprzykrzenia jej życia. Chociaż była to twarda sztuka, to mocno go irytowała, zwłaszcza jej pewność, z jaką mu się sprzeciwiała. Cokolwiek jej nie robił, to ona z jeszcze większą determinacją stawała mu naprzeciw, a to, ze została wybrana giermkiem Sorshy Margary, to już nie mógł przeboleć. Jak to żałosne dziewczę mogło zostać giermkiem jednego z najbardziej szanowanych rycerzy w Erathii?

Musiał to przemyśleć, więc wyszedł na balkon i jego myśli o Charnie szybko zniknęły, gdy zobaczył leżące sakiewki.

– Nie dostałem żadnego listu od taty. – Ostatni otrzymał miesiąc temu, a jak ojciec podsyłał mu sakiewki ze złotem, to również dodawał do nich list. – Co one tu robią?

Wziął pierwszą z brzegu i otworzywszy ją dostrzegł sztuki złota, po przeliczeniu około pięćset i każda następna miała ich tyle samo. Sakiewek było osiem, a gdy wykonał proste obliczenia wyszło mu … że ich ilość równała się dziennemu dochodowi generowanemu przez kapitol. Kwota, którą ktoś wykradł z budynku i próbował wrobić go w tą kradzież.

– O nie, na pewno nie zrzucisz tego na mnie, kimkolwiek jesteś. – Z tą myślą wyszedł z pokoju, gdzie natknął się na Tamarę. Przepchnął ją.

– Mardon gdzie się tak śpieszysz?

– Nie twoja sprawa. – Co ją nagle zaczęło obchodzić, co on robi?

– Wyglądasz jakby coś się stało. O co chodzi?

– Powiedziałem nie twoja sprawa! – Kłócili się schodząc ze schodów. Całe szczęście nikogo nie było, bo nie chciał się tłumaczyć przed innymi.

– Zrobisz coś głupiego! Ochłoń i daj sobie pomóc.

– Mogę wiedzieć, czego ode mnie chcesz? – Widząc zainteresowanie Tamary odwrócił się w jej kierunku próbując dociec dlaczego nagle interesują ją jego problemy. – Poza tym wiem co robię.

– Nie wydaje mi się. – Wiedziała, że zaprzeczanie behemotowi, to nie jest dobry sposób, ale teraz interesowała ją sprawa Mardona, a nie tego, co on sobie myślał. – Działanie, kiedy krew buzuje, nigdy nie jest dobre.

– To co proponujesz? – Wyglądał, jakby rzeczywiście zrozumiał, że mógł zrobić coś kiepskiego.

– Po pierwsze powiedz co się dzieje.

– Nie tutaj. – Rozejrzał się dookoła. – Chodźmy do mnie.

Tamara nigdy nie przepadała za wykwintnością w jego pokoju, ale teraz misja była ważniejsza niż jej osobiste uprzedzenia.

– To o co chodzi?

– Nie powiesz nikomu? – Nawet gdyby nie wiedziała, o co chodzi, to i tak by nie powiedziała, bojąc się mieć Mardona przeciwko sobie. Chociaż Charna długo ją przekonywała, że syn Samuela Blake’a, pomimo tego, że jest jaki jest, to jednak nie jest zabójcą nasłanym przez jej ojca, to jednak wrażenie, że w każdej chwili mógł ją zabić nie pomagało w wyzbyciu się tej świadomości.

Dała słowo, a gdy dostrzegł, że mówiła prawdę, wtedy wskazał jej na sakiewki znajdujące się na balkonie. Tamara z udawaną trwogą podeszła do nich, mając w głowie widok spadającej Fiony. Chociaż klerycy zapewnili jej, że nic nie zagrażało jej życiu, to miała obawę, czy na pewno będzie w pełni sprawna. Pomimo tego, że wiedziała, co w nich jest, otworzyła je.

– Jakimś cudem znalazły się u mnie. – Usłyszawszy głos Mardona tuż za sobą, wyskoczyła jak struna i instynktownie zrobiła kilka kroków w tył. – Co się tak boisz, przecież nic ci nie zrobię.

– Czy to są te sakwy, które dzisiaj ukradziono z kapitolu? – przeraziła się Tamara.

– Tak mi się wydaje, ale nie mów o tym głośno, bo jeszcze ktoś nas usłyszy.

– Co chcesz z tym zrobić? – spytała, kiedy poczuła się pewniej w towarzystwie chłopaka.

– Iść do kapitolu i powiedzieć, że ktoś podrzucił mi te sakwy ze złotem.

– I myślisz, że w to uwierzą?

– A czemu by nie?

– Ktoś ukradł sakwy ze złotem, tylko po to by wrobić człowieka, który pieniędzy ma jak śniegu na Vori? Przecież to się kupy nie trzyma. Natomiast, że on dzięki kradzieży stał się bogatszy, to już uwierzą, a zważywszy na wystrój twojego pokoju, to mogę wręcz założyć, że wszelkie kradzieże kosztowności, jakie były w Erathii przypiszą na ciebie.

– Jak to?

– Rejestrujesz pieniądze, które podsyła ci ojciec u skarbnika? – Pokręcił głową. – Czyli nie odprowadzasz należnej daniny królowej za podarek, a przez to okradasz Erathię. – Nie znał się na prawie ekonomicznym i też się dziwił, skąd Tamara to wiedziała. – Więc skoro już na takim przestępstwie można cię przyłapać, to nic nie szkodzi, aby przypisać ci inne.

To był daleko idący wniosek, ale Mardonowi najwidoczniej wszystko łączyło się w całość.

– To co mam zrobić?

– Musisz się ich pozbyć.

– Jak?

– Moim zdaniem tak, jak najczęściej to robisz. Kupić coś.

– Nie rozumiem? – Natychmiast mu wyjaśniła, że jeśli zakupi kilka przedmiotów, to nikt nie będzie traktował go, jako złodzieja, bo zrobi to co zazwyczaj, czyli wyda pieniądze. Jedynie na koniec dodała, aby przekazał te dobra Fionie. – Dlaczego akurat jej?

– Bo ci się podoba.

– Nie prawda.

– Myślisz, że tego nie widać, jak się na nią patrzysz? Wodzisz za nią wzrokiem od góry do dołu. Podoba ci się, tylko nie chcesz się przyznać do tej oczywistości.

– Ale teraz jest w szpitalu.

– To tym bardziej się ucieszy, jak dodatkowe upominki będą na nią czekały. Zrobi jej się miło. Przemyśl to.

I skierowała się do wyjścia. Chłopak odprowadzał ją wzrokiem, rozważając pomysł, który mu zasadziła. Rzeczywiście tak było. Nie sądził, że to było aż tak bardzo widoczne. Wielokrotnie chciał jej to powiedzieć, ale kiedy przychodziło co do czego, to zawsze jakoś w ostatniej chwili rezygnował. Może właśnie nadszedł ten czas, żeby jej zaimponować?

Część 10 Part 2: Charna vs Mardon

– Fiona!!! – Momentalnie wszyscy znaleźli się przy oknie, po czym spojrzawszy w dół dostrzegli, dziewczynę leżącą na poligonie ćwiczebnym. Zbiegli do niej.

– Fiona obudź się! – Charna szarpała nią.

Maron natychmiast przystawił głowę do jej ust i wyczuł nieznaczne ruchy powietrza.

– Żyje, ale nie wygląda, aby miało to trwać długo.

– Póki jest czas, trzeba ją natychmiast zanieść do medyka. – postanowiła Tamara.

Elf wziął dziewczynę na barki i razem z Charną i panną Quin wyszli przed koszary. Stamtąd skierowali się do klasztoru, który stał przy drodze do głównego traktu. Biegli z nią tak szybko, jak było to możliwe, nie myśląc o niczym innym, jak tylko uratować dziewczynę. Już przed klasztorem stało kilkunastu kleryków, którzy widząc biegnących towarzyszy natychmiast ruszyli w ich kierunku.

– Co się stało? – spytał jeden z nich.

– Zaliczyła poważny upadek. – powiedziała Tamara, która jako pierwsza wyjawiła powody jej stanu. – Ćwiczyliśmy walki i przerzuciłam ją zbyt mocno przez siebie tak, że źle upadła i natychmiast zemdlała.

Klerycy nie chcieli uwierzyć w jej wersję wydarzeń, ale w tym momencie to nie było ważne.

– Wprowadźcie ją do klasztoru.

Pokierował ich do budynku, który z lotu ptaka wyglądał jak dwa prostokąty przecinające się pod kątem prostym, a w miejscu ich przecięcia znajdowała się kulista fasada wznosząca się na kilka pięter. Wszedłszy do niego rzuciło im się ciemne przejście, które gdzieniegdzie było oświetlone pochodniami. Pomimo, że był początek dnia, to panowała tam ciemność.

Tylko żeby ciemność nie spowiła Fiony. – Cała trójka błagała starożytnych, niosąc dziewczynę do środka. Kleryk natychmiast zaprowadził ich do pokoju, gdzie na drewnianych belkach przypominających łóżka leżeli pacjenci. Na drugim końcu pokoju stało dwóch kleryków, ale widząc kolejnego rannego wzięli się do roboty.

– Odsuńcie się. – polecił im, po czym w czterech wykonywali gesty przypominające falowanie wody. Im dłużej je wykonywali, tym bardziej z ich rąk wychodziła niebieska poświata przypominająca kulę. Z niej zaczęły wyjawiać się niewielkie gwiazdeczki, które oddalały się od rąk i łączyły się z innymi. Im więcej się ich zbierało, tym bardziej ich ruch zaczynał przypominać falę, która powstawała pomiędzy klerykami.

Kiedy uznali, że wytworzona magia jest już wystarczająco mocna skłonili się i teraz gwiazdy przenikały przez ciało Fiony. Klerycy kręcili głowami na wszystkie strony, zacisnęli oczy i zęby. Ból im mocno doskwierał, ale nie przerywali. Cierpienie Fiony przechodziło na nich i to oni musieli się go pozbyć z własnego ciała, nikt inny nie mógł tego zrobić.

Kadeci natychmiast domyślili się, z jakim zaklęciem mieli do czynienia, uleczenie. Zakładali, że tylko najwięksi mistrzowie magii mogą rzucać to zaklęcie. Nie spodziewali się, że sztukę leczenia poznali już klerycy. Aczkolwiek ktoś musiał być w namiotach medyków i leczyć rannych żołnierzy na polu bitwy. Teraz już wiedzieli, kto to był.

Fiona wygięła swój kręgosłup tworząc wzniesienie przypominające most. Ręce skierowała wewnętrzną stroną do góry, jakby miała przyzwać jakieś moce, ale głowa wciąż była nieprzytomna.

– Co się dzieje?

Na pytanie Tamary nikt nie zareagował. Charna i Maron nie wiedzieli, a klerycy nie mogli przerwać rytuału, który kosztował ich coraz więcej siły. Ból, który miała w sobie Fiona nie tylko atakował ich głowę, ale również mięśnie nóg i rąk. Chwiali się coraz bardziej. Charna chciała im pomóc, ale nie wiedziała jak, tak samo Tamara i Maron, więc tylko stali jak słupy przy ścianie i obserwowali rytuał.

Po chwilowej obserwacji ciała kleryków wyskoczyły do góry niczym z procy, a gdy upadli, to zwinęli się w kłębek. Tamara wiedziona instynktem opiekuńczym natychmiast podbiegła do nich i sprawdziła czy żyją, Maron tak samo, tylko do Fiony. Po chwilowych oględzinach wspólnie stwierdzili.

– Żyje.

Słysząc to Charna odetchnęła z ulgą, ale martwiła się, kiedy jej koleżanka wstanie.

– Oczywiście, że żyje, dlaczego miałaby nie żyć. – Jeden z kleryków wyjawił coś oczywistego. – Uratowaliśmy ją w ostatniej chwili. Miała szczęście, że trafiła na was. Nie wiecie, co się stało? – spytał, zapominając, że wcześniej Tamara się wygadała.

– Nie wiemy. – natychmiast odpowiedzieli, co zmarszczyło kleryka, który badawczo na nich spoglądał. Może rzeczywiście nie wiedzieli i zmierzając do swoich obowiązków spotkali ją przez przypadek, a może mieli coś z tym wspólnego? Cokolwiek się stało cieszył się, że udało im się ją uratować.

– Szkoda, tak czy inaczej wyjdzie z tego. Możecie wyjść.

Zmierzali na trening, a gdy wyszli na zewnątrz Charna nie wytrzymała.

– Mamy ogromne szczęście, że nie zginęła.

– Charna, ten pomysł coraz mniej mi się podoba. – rzekł Maron, ale to dopiero preludium do jego dalszych wątpliwości. – Dzięki naszym wybrykom Fiona walczy o życie. Gryfy o mały włos was nie zabiły, my z Tamarą cudem uszliśmy bez szwanku.

– Maron, co chcesz przez to powiedzieć? – przerwała Tamara.

– Boję się, że to zaszło za daleko. Połapią się, że to my, a dodatkowo próbowaliśmy wrobić syna członka królewskiego. Jeśli to wszystko wyjdzie to …

– Nie wyjdzie. – wtrąciła się Charna, a panna Quin kontynuowała.

– I tak już koło zaczęło się toczyć, więc jest za późno na wycofanie się. Możemy tylko dokończyć sprawę i uwolnić się spod kata.

– Boję się właśnie, że się nie uwolnimy.

Cała trójka się nakręcała. W Charnie wzmagał się gniew na Marona, że ten tak szybko się poddaje. Elf nabierał coraz większych wątpliwości co do powodzenia ich akcji, natomiast Tamara próbowała ich jakkolwiek uspokoić. Konflikt się zwiększał i jeśli nadal tak pójdzie, to nic nie zapowiadało jego końca. Ich rosnącą kłótnię przerwały krzyki dochodzące z kapitolu.

– Złodzieje! Złodzieje! Wezwać straż!

Cała trójka momentalnie się odwróciła, jakby krzyki były skierowane w ich stronę, ale mężczyzna, który wybiegł z kapitolu chciał poinformować wszystkich o dokonanym rabunku. Charna, Maron i Tamara natychmiast odzyskali rezon, zapominając, o co się kłócili. Byli w tym razem, czy im się to podobało czy nie. Jak to uciekinierka z Krewlod powiedziała koło się toczy i nie można go zatrzymać. Można tylko skierować na właściwe tory.

– Chodźmy na trening. – Wszyscy usłuchali.

Część 10 Part 1: Charna vs Mardon

Puk, puk, puk. Trzykrotne pukanie do drzwi postawiło Charnę na nogi.

– Wejdźcie śmiało. – Skorzystali z zaproszenia, a Charna widząc ich natychmiast uświadomiła sobie, że wciąż miała na sobie te same ubrania, co wczoraj. Nawet wydawała woń siana i ptaka. Dziwne, że tego nie poczuli.

– To działamy z tymi sakwami? – rzuciła Fiona.

– Ja nawet wiem jak. – powiedziała Charna. Spojrzała przez okno na balkon chłopaka. Początkowo myślała, że sama zdoła to zrobić, ale przekonała się, że jest do tego za niska. Nie sięgnie tak wysoko, nawet stając na murku.

– Charna, co ty kombinujesz? – zainteresował się Maron.

– Chyba nie chcesz tam wejść? – Tamara wyraziła swoje obawy dając znać, co myśli o tym pomyśle.

– Ja nie. Niestety jestem za niska. Wy też tam nie wejdziecie. – wskazała na Tamarę i Marona. – Więc pozostajesz tylko ty.

– Że ja? Mam wejść na balkon Mardona i tak swobodnie sobie paradować?

– Gdybyś wyskoczyła na jego piętro, tylko po to, to na pewno by się ucieszył. – figlarnie zażartował Maron, czym sprowadził na siebie rozgniewane i jednocześnie żartobliwe spojrzenie Fiony. – Myślisz, że dlaczego wybraliśmy ciebie, aby Mardon poszedł i kupił ci coś za te sakwy? Podobasz mu się i nie ma tu czemu zaprzeczać.

– Maron, czy ty dopiero, co z kreeganami zleciałeś na ziemię i upadek pomieszał w twojej głowie? Prędzej wolałabym się zabić, niż mieć cokolwiek z nim wspólnego.

– To wiesz co robić. – powiedziała Tamara trzymając już pierwszą sakwę.

– Ale nie chcę umierać. – Broniła się przed tym pomysłem. – Może pójdziemy po prostu do jego pokoju i wrzucimy to tam, a nie będziemy się bawić w troglodytów wspinających się po kamieniach.

– Za duże ryzyko, może nas ktoś złapać. – dostrzegła dziewczyna. – Fiona, tylko ty możesz się tam dostać, nie przedłużajmy, bo za chwilę mamy trening.

Fiona nie czuła się przekonana. Nie miała problemu z wrzuceniem sakiewek do pokoju Mardona, tylko ze sposobem w jaki miała to zrobić. Dla panny Haart to było jak proszenie się o problemy, ale widząc, że jej kompani nic sobie z tego nie robią, podeszła do okna, weszła na murek i poszukiwała w sobie odwagi, jednak, gdy spojrzała w dół momentalnie się zachwiała. Szybko się opamiętała, lecz ta chwila wystarczyła, aby jej serce biło jak szalone wywołując niekontrolowane oddechy. Wszystkie emocje, o których zapomniała w trakcie wrabiania Sini powróciły i powstrzymywały ją od dalszego działania.

– Ja nie mogę, przepraszam ale …

– Dasz radę Fiona. – powiedzieli wszyscy chórem.

Chciała im coś odpowiedzieć, ale patrząc po nich wiedziała, że wszelkie zaprzeczanie nie ma sensu. Patrzyli na nią, jak na wybawcę, który został przeznaczony do wielkiego zadania. Nikt nie mógł tego zrobić, tylko ona. Nie czuła swojego powołania.

Odwróciła się i choć nie patrzyła w dół, to wyobraźnia podsuwała jej widok sprzed chwili. Wzięła głęboki wdech, zgięła kolana i wyskoczywszy chwyciła się balkonu Mardona. Odetchnęła z ulgą. Wisiała. Podciągnąwszy się weszła na balkon. – Udało się – pomyślała dziewczyna, ale wraz z euforią jej mięśnie zaczęły drgać ze stresu. Oczami wyobraźni widziała, jak Mardon wchodzi i nakrywa ją na gorącym uczynku.

– Podawajcie je. – zachęciła ich.

Maron z Charną wyskoczyli na murek, a Tamara została w pokoju. Podawała im sakiewki, a oni Fionie. Stworzyli automatyzm, jakby pracowali w fabryce golemów. Wszystko było ustawione, aby jak najszybciej dostarczyć sakiewki na balkon behemota i nie narażać panny Haart na zbędne ryzyko. Dziewczyna wyciągała sakwy od Marona i Charny i kładła na balkonie.

– To wszystkie. – oznajmiła Tamara, a Charna i Maron przekazali to Fionie.

– Dobra to wracam do was. – skręciła do pokoju Mardona.

– Nawet nie próbuj iść do jego pokoju. – przestrzegła ją Charna.

– Dlaczego?

– Jeśli ktoś cię zauważy na tym piętrze, to od razu połączy z kradzieżą. Zejdź tak jak weszłaś.

Fiona spojrzawszy w dół głęboko przełknęła ślinę. Teraz już nie miała wyjścia, chcąc nie chcąc musiała tam patrzeć. Podeszła pod krawędź balkonu. Usiadła, mając dwie nogi w powietrzu. Położyła ręce na krawędzi balkonu i patrząc w dół głęboko westchnęła mając nadzieje, że i tym razem się poszczęści.

Zrzuciła się i jej lot w dół zatrzymały ręce trzymające balkon.

– Spokojnie, ściągniemy cię. – powiedziała Charna, która złapała jedną nogę Fiony, a Maron drugą. – Możesz się puścić.

Dziewczyna to uczyniła, a Charna z Maronem postawili ją na murku. Fiona odetchnęła z ulgą dziękując im za pomoc.

– Zadanie wykonane. Chodźmy na trening, Tyris da nam popalić. – przypomniała im Tamara.

– Udało się.

I wtedy Fiona przechyliła głowę do tyłu, za którą poszło całe ciało.

– ŁołołoŁOOOO!!!

– Fiona!!!

Słyszała krzyki całej trójki, ale wzrok coraz bardziej oddalał ją od nich, aż w końcu przywaliła w coś, co momentalnie spowiło ją ciemnością.

Część 9 Part 2: Charna vs Mardon

Powoli i ospale otwierała oczy. Dostrzegła ciemność, ale jeszcze nie wiedziała, czy jej zmysły odbierały złe kolory, czy faktycznie zewsząd panował mrok. Niemrawo poruszywszy ręką poczuła ukłucie igiełki. Odsunęła ją i następne igiełki ją ukłuły. Przewertowała ręką najbliższą przestrzeń odczuwając, że była pokryta jakąś trawą lub innym sianem.

– Siedź cicho. – Usłyszała jakiś znajomy głos, aż potem ręka zasłoniła jej usta, odbierając tchu. – Sprawa jeszcze się nie rozwiązała, a dodatkowo mamy przekichane, dzięki twojej pomysłowości.

Wyczuła emocje towarzysza. Oddychała nierównomiernie i ręce jej się trzęsły. Nerwowo obracała głową, jakby czegoś wypatrywała. Charna widząc roztrzęsienie rozmówcy nie odzywała się.

Aczkolwiek obrazy sprzed ataku powoli zaczynały wracać. Gildia magów, wieża gryfów, atak jednego z nich, cięcie sztyletem, ucieczka przed nim, walka królewskiego gryfa z tym nieopierzonym przeciwnikiem i potem jej konfrontacja z głosami, z góry skazana na porażkę. Wszystko to układało się w logiczną całość. Również domyśliła się, kim był rozmówca.

– Fiona, co się stało?

– Nie tak głośno. – uspokoiła ją dodając ciszej. – Teraz mi z Fioną wyskakujesz? Już bez sztyletu wyciągniętego w moją stronę?

– O czym ty mówisz? – Jednak nie wszystkie obrazy powróciły.

– Nie ważne. W skrócie przegapiłyśmy okazję do wyjścia i teraz mamy towarzystwo rycerzy i Edrica z Pogory, który łagodnie mówiąc jest wściekły za to co zrobiłyśmy.

Do uszu Charny dobiegały rozmowy na zewnątrz kamiennego i niewielkiego pomieszczenia. Dopiero teraz zrozumiała, że Fiona skryła je w podajniku z sianem dla gryfów. I rzeczywiście słyszała silny tubalny głos jakiegoś rycerza, do którego wszyscy odnosili się z szacunkiem. Zapewne był to ten sam Edric Pogory, o którym wspominała Fiona. Poza rozmowami dobiegały trzaski przedmiotów o kamienną posadzkę, czy przypinanie ptaków do łańcucha.

– Mój panie, sprawdziliśmy całą wieżę i oprócz przedmiotów, które pokazaliśmy nikogo tu nie ma.

– A więc zdążył uciec. Szlag, Rionie pomóż nam znaleźć tego złoczyńcę. – modlił się do założyciela Erathii.

Lepiej niech nie pomaga. – Charna odpowiedziała mu w myślach.

– Zaraz, a czy podajniki na siano i koryta zostały sprawdzone? – Charna i Fiona zamarły słysząc do czego za chwilę dojdzie. Siedziały w jednym z nich. – W takim razie proszę sprawdzić wszystkie podajniki z jedzeniem.

Emocje w dziewczynach wręcz buzowały. To tylko kwestia czasu, kiedy zostaną wykryte i cały ich trud wrobienia Sini pójdzie na marne. Wyjść z tego nie mogły, ale siedzieć też nie. Cokolwiek nie zrobią i tak źle się to skończy.

– Zaraz nas złapią. – panikowała Fiona.

Gdy panna Haart traciła grunt pod nogami, Charna musiała trzymać nerwy na wodzy. Wiercąc się odkryła, że jeszcze głębiej mogą się zakopać, toteż natychmiast zaczęła to robić.

– Nie złapią, jeśli zakopiesz się głębiej.

– To nic nie da.

– Da, jestem tego pewna. – Wolała nie dawać obietnic bez pokrycia, ale widząc panikę Fiony musiała ją uspokoić. – Po prostu rób to samo co ja.

Obydwie zakopywały się głębiej póki był jeszcze czas, aż w końcu słyszały kroki, które stawały się coraz głośniejsze. Nie ulegało wątpliwości, idą w ich stronę. Zamarły i wyczekiwały, co też rycerze w tej sytuacji zrobią. Przez igły siana widziały pochodnię świecącą nad nimi. Ich życie było zdane na łaskę żołnierzy, którzy w każdej chwili mogą spalić je żywcem. Fiona głęboko połykała ślinę. Charna zasłoniła usta, żeby nie wydobyć ani jednego dźwięku. Złapała też rękę panny Haart, dodając jej otuchy, ten gest uspokoił ją.

– Nikogo tu nie ma. – oznajmił rycerz.

– Jesteś pewien? – upewnił się drugi.

Nagle usłyszały dźwięk wyciąganego ostrza z pochwy. Im bardziej żeliwna stal stykała się z metalowymi elementami pokrowca wywołując przy tym dźwięk ocierania się metalu o metal, tym bardziej przenikał on dziewczyny wywołując w nich gęsią skórkę i świadomość, że za chwilę zostaną nim przebite. Panna Aberville mocniej zacisnęła rękę Fiony, aby dodać jej otuchy, sama tego potrzebowała, ale wiedziała, że od przerażonej koleżanki tego nie dostanie.

Pierwsze pchnięcie i pierwsza styczność z betonową posadzką. Ostrze wbiło się między nogi Charny, która fuczała dziękując Stwórcom, że miała takie szczęście. Jednak to nie koniec zabawy. Kolejne pchnięcie w siano niewiele minęło rękę Fiony, powodując wypchnięcie powietrza z jej płuc. Potem dziewczyna kilkukrotnie wykonała szybkie wdechy i wydechy.

Obydwie znalazły się w huśtawce emocjonalnej, jakby trafiły na katowski stół, gdzie kat cieszył się ze strachu, który wywoływał w swoich ofiarach. W tej sytuacji, każdy dotyk, choćby czuły, wywołuje świadomość, że za chwilę sielanka się skończy. Wszystko było uzależnione od niego, a im bardziej przeciągał ten moment, tym silniejszy strach wyzwalał.

Tym katem dla dziewczyn był ten żołnierz z pochodnią, który chwilowo nie pchał swojego ostrza w siano. Ta nieświadomość, czy jeszcze to zrobi, czy już skończył wykańczała dziewczyny. Starsza miała ochotę wyjść z tego podajnika i przyznać się do wszystkiego, byleby tylko ta tortura się skończyła. Młodsza Charna trzymała jej rękę, pragnąc, żeby ten żołnierz jak najszybciej poszedł.

Kolejne pchnięcie w słomę, ale tym razem ostrze otarło się o ściany podajnika, więc nikomu nic nie zrobiło.

I gdy wydawało się, że rycerz już sobie poszedł, to ponownie usłyszały dźwięk wchodzenia ostrza w siano, ucinania niektórych gałązek, a nawet … Charna poczuła jak ostrze przebija jej rękaw tuniki, na co wydęła klatę spoglądając z przestrachem na wbite ostrze. Chwilę później wyszło, ale panna Aberville miała wrażenie, że ono wciąż tam jest. Nie ruszała się, jakby uległa spojrzeniu bazyliszka.

– Nic tu nie ma. – oznajmił kat dziewczyn.

– Jesteś przekonany? – Nie dawał za wygraną.

– No już parokrotnie wbiłem miecz do środka i za każdym razem trafiłem w podłogę.

– Sprawdź pozostałe.

Światło pochodni znikło z podajnika i dziewczyny ponownie widziały ciemność. Jeszcze długo nie mogły dojść do siebie po tym, co się stało. Ręce Fiony drżały, jak mury miasta po rzuceniu trzęsienia ziemi. Charna wciąż była nieprzytomna, jakby ten miecz ugodził ją i wyssał z niej życie. Dopiero, kiedy kroki zdawały się uciszać, a Edric zarządził koniec śledztwa na noc, wtedy ich buzująca krew zaczynała się uspokajać. Jeszcze dłuższą chwilę dziewczyny siedziały w podajniku i żadna z nich nie odzywała się, nawet, gdy zapadła głucha cisza.

Dopiero po dłuższej chwili odezwała się Fiona.

– Wychodzimy?                            

Jako pierwsza zrobiła to Charna zachowując przy tym maksimum ostrożności. Wychyliła głowę i widząc puste piętro wyskoczyła z niego i otrzepała się z siana. Podobnie zrobiła Fiona. Dostrzegłszy, że gryfy już smacznie śpią cichutko zeszły niżej, kierując się do wyjścia. Całe szczęście drzwi do wieży gryfów od lat już nie były zamykane, a przez co miały zapewnione wyjście.

Dopiero, kiedy znalazły się na zewnątrz, Charna i Fiona musiały odreagować nagromadzone napięcie. Obydwie usiadły na ziemi i zaczęły się histerycznie śmiać. Był on podbudowany świadomością śmierci, wyroku królowej, czy przede wszystkim obawie o potraktowanie ich jak najgorszych zbrodniarzy. Charnie przez wzgląd na działalność jej ojca oraz dokonania braci pewnie skończyłoby się na solidnej karze, natomiast Fiona nie mogła liczyć na taką przychylność. Jej ojciec był zdrajcą Erathii, a to daje dodatkowy pretekst, by osądzić ją jako zbrodniarza.

Skończywszy się śmiać zmierzały do koszar, gdzie miały nadzieję spotkać Tamarę i Marona. Fiona potrzebowała odpowiedzi na jedno pytanie.

– Charna, co to miało być?

– O czym ty mówisz?

– Wtedy coś zwariowała. Wyglądałaś, jakby ktoś ci rozumy przemieszał. Nic do ciebie nie docierało, zupełnie, jakbyś żyła w swoim świecie.

– Czemu o to pytasz?

– Bo mało przez to nas nie wkopałaś? – Dla Fiony powód wydał się aż nadto oczywisty. – Co się z tobą działo?

– Nie wiem, po prostu przemieszanie zmysłów. – Fionie takie tłumaczenie nie wystarczyło, a Charna nie chciała o tym rozmawiać. – Emocje wzięły w górę i przez to straciłam kontakt z rzeczywistością. – dodała na odczepne, ale panna Haart zrozumiała, że z jakiegoś powodu nie chce o tym mówić.

– Charna co ty przed nami ukrywasz?

– Ja nic. – Błagała w myślach, żeby nie kontynuowała tematu.

– Przestań kłamać, dobra? Obydwie wiemy, że to nie był przypadek. Z racji, że cię uratowałam, to chociaż troszkę wyjaśnienia mi się należy, nie uważasz?

– Dziękuję. Wyszliśmy z tego i wrobiliśmy Sini. Możemy jedną osobę odhaczyć.

Krążenie wokół tematu coraz mocniej denerwowało Fionę.

– Mów tu i teraz, co się z tobą dzieje!

– A co cię tak naglę zaczęło to interesować?! Odwaliło mi po prostu i koniec kropka, nie ma tematu. Wyszłyśmy z wieży gryfów i zrobiłyśmy swoje, więc ten temat zakończmy tu i teraz, bo mamy jeszcze kilka rzeczy do zrobienia.

– Charna to …

– Skończmy ten temat dobra?! – Chociaż to Fiona miała więcej możliwości, aby zmusić Charnę do mówienia, tak panna Aberville wiedziała, że jak się ją przyciśnie, to nie będzie tego ciągnąć. Również i teraz tak się stało.

Nie chciała trzymać tej tajemnicy, ale nie mogła jej wyjawić. W sumie sama nie wiedziała co to jest. Ilekroć w nocy pojawiały się te głosy odczuwała, że są związane ze śmiercią, inaczej takiego bólu nie zadawałyby jej. Nie rozumiała ich, nie wiedziała, czemu wybrały akurat ją i nie wiedziała wielu rzeczy związanych z nimi, oprócz jednego. To jej tajemnica i nikt nie może się o tym dowiedzieć.

Część 9 Part 1: Charna vs Mardon

Odwróciwszy się zauważyły rozwścieczonego gryfa lecącego na nie. Fionę zżarła panika, a Charna instynktownie rzuciła się na podłogę, unikając jego szponów. Zerknęła w stronę bestii, która momentalnie zawróciła. Natychmiast pobiegła ku schodom, ale przeliczyła się, kiedy szpony gryfa zawinęły się wokół jej rąk, a następnie rzucił nią na ścianę.

Poczuła, jakby w jej plecy uderzył olbrzymi młot. Wygięła ręce do tyłu i z grymasem bólu na twarzy przekręciła się po podłodze. Jednak nie było czasu na przejmowanie się bólem, bo oto ptak pikował na nią. Charna już widziała, jak ptaszysko wyciąga szpony i rozdrapuje ją nimi.

Jednak w ostatniej chwili ponownie oberwał kamieniem, który skierował go w ścianę. Znowu Fiona ją uratowała, która przybiegłszy do dziewczyny pomogła jej wstać. Panna Aberville solidnie dostała i nawet idąc odczuwała ból w plecach, niczym małą bestię, która najpierw była mała, potem wzrastała wywołując nieznośny ból, aż potem ponownie zmalała i tak w kółko.

Przeraźliwy pisk ptaka zwrócił ich uwagę. Gryf, choć mocno przywalił w ścianę, to ani myślał zwątpić z zabicia Charny. Stawał na nogi i szykował się do kolejnego ataku. Do wyjścia było za daleko, więc dziewczyna, wbrew bólowi, rzuciła się na schody.

– Charna, co ty wyprawiasz! – darła się Fiona, widząc bezmyślność dziewczyny.

Wybiegła na piętro nim gryf zdołał wzlecieć. Dziewczyna szybko rozejrzała się po okolicy zauważając, że część ptaków jest królewskich. Niekrólewskie patrzyły na Charnę, jak na wroga, natomiast królewskie lgnęły na pomoc dziewczynie.

Miała zakrwawiony sztylet i gryfa wzlatującego na piętro. Panicznie rozejrzała się po ptakach, po czym skierowała się w stronę królewskiego. Przeciwnik zorientowawszy się, co dziewczyna chciała zrobić, zaleciał jej drogę. Fuknął w stronę dziewczyny zbliżając się do niej, a Charna w takim samym tempie, co on się zbliżał, cofała się.

W końcu poczuła ścianę. Dostrzegając brak jakichkolwiek możliwości, patrzyła na gryfa, jak na zbliżającą się śmierć. Ptaszysko dźwignęło łapę ze szponami i zamachnęło się. Mierzył na wysokości jej głowy, ale Charna w ostatniej chwili schyliła się i szpony ptaka zaorały ścianę. Powstawszy wyciągnęła sztylet i skierowała go na gryfa, na co przeciwnik zrobił krok do tyłu. Nie przestraszył się go, ale mimowolnie podniósł ranną nogę.

Potem natarł pełnym impetem na dziewczynę, licząc na szybki łup. Przeliczył się. Przywalił w ścianę, a Charna korzystając z jego nieporadności minęła go biegnąc w stronę królewskiego gryfa. Widziała, że ten jest wrogo skierowany do uwolnionego gryfa, więc szybko weszła pod niego. Powalony ptak poleciał w stronę dziewczyny, ale widząc lepszego przeciwnika zatrzymał się i próbował go ominąć. Sprzymierzeniec Charny piszczał na niego, a on nie był mu dłużny.

Nastała niewerbalna komunikacja, której dziewczyna nie rozumiała. Próbowała znaleźć jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji, ale gdy zobaczyła Fionę Haart tuż przy schodach, to miała ochotę ją rozszarpać gołymi rękami. Po to uciekała przed gryfem, aby dać jej szansę na ucieczkę, a ta pchała się pod ich dziób. No cóż za irracjonalność.

– Fiona spadaj stąd!

Ledwo skończyła, a już poznała odpowiedź, czemu dziewczyna wybiegła. Za nią wleciało kilkanaście gryfów, które zwolniły się z łańcucha i robiły zamieszanie wszędzie gdzie popadło. Niszczyły koryta z jedzeniem, roztrzepywały siano, a niektóre z nich atakowały gryfy królewskie, którym jeszcze nie udało się uwolnić z łańcucha. Jeden z gryfów zaatakował też Fionę, ale był jeszcze na tyle młody, że dziewczyna utemperowała go pięścią w dziób.

Raniony przez Charnę gryf zaatakował tego, za którym się schroniła. Dziewczyna próbowała się uwolnić, ale ranne ptaszysko nie dawało jej możliwości ucieczki. Był ogarnięty furią traktując za sprawę honoru zrobienie krzywdy dziewczynie.

Aczkolwiek po chwilowej walce królewski gryf pokonał tego rannego, a ona natychmiast rzuciła się do ucieczki. Biegnąc poczuła silny ból głowy. – Błagam tylko nie teraz. – Jej myśli nie zostały wysłuchane i tak oto piszczące głosy wlewały się do jej głowy, a ich siła zwaliła ją z nóg.

– Charna! – Przybiegła do niej Fiona i próbowała jakoś ocucić dziewczynę, ale ta wpadła w jakiś amok. Jedną ręką złapała głowę, a drugą miotała, jakby naraz straciła wzrok i szukała po omacku jakiejś broni. Starsza kadetka próbowała jakoś ją wynieść z tego zamieszania, ale dziewczyna nie reagowała na jakiekolwiek jej próby przywrócenia ją do rzeczywistości.

Panna Aberville słyszała tylko pisk, który dobiegał do wszelkich jej zakamarków mózgu i tam w każdym miejscu wbijał igły, które po chwili przeradzały się w potężne bolce. Czuła, że ktoś ją dotykał, ale teraz to nie miało żadnego znaczenia. Cokolwiek się działo w jednej chwili stało się nieważne. Raz wstawała, potem upadała, wstawała, upadała i tak wielokrotnie. Szukała jakiejś pomocy, lecz nic nie pomagało.

Chwilowo odzyskawszy wzrok widziała przeciwnika naprzeciw siebie, który miał wyciągnięte ku niej ręce, jakby trzymał jakąś niewidzialną kulę. Z mroku się wyłoniła i w mrok się przeistoczyła. Ten byt oddalał ręce, aby po chwili przyciągnąć ją do siebie, niczym cumę majtek na łodzi. Wyciągnęła sztylet i zaczęła walczyć z tą postacią. Czuła po boku, że ktoś próbuje ją zatrzymać, ale dziewczyna nic sobie z tego nie robiła. Liczyła się tylko ta mroczna postać, która wysysała z niej życie i wywoływała bóle głowy.

Doszła do niej i zamachnęła się bronią, lecz jej przeciwnik rozmył się w powietrzu. Rozglądała się.

– Charna musimy stąd uciekać! 

Słyszała jakiś głos, ale nie poznawała go, choć brzmiał znajomo. Chwilę potem ponownie odczuwała wiercenie w głowie. Próbowała odnaleźć prowodyra, ale nie pojawiał się. Dziewczyna machała mieczem w różnych dziwacznych kierunkach, aż w końcu poczuła, jak jakaś potężna siła powaliła ją na podłogę i nie pozwalała z niej wstać. Jej próby zrzucenia jej były nadaremno. Spojrzała przez ramię tej potężnej siły i ponownie zjawiła się ta sama postać, z tymi samymi rękami i tak samo wyciągając moc z jej ręki. Charna, nie mogąc jakkolwiek zareagować zaczęła krzyczeć na cały głos, aż w końcu z bólu zemdlała i jej oczy zostały przesłonięte ciemnością.

 

Powaliła Charnę, gdyż nie mogła patrzeć, jak ta ni stąd ni zowąd zwariowała. Zachowywała się, jakby naraz postradała zmysły. Cokolwiek się z nią stało nie mogło to dłużej trwać. Kiedy opór dziewczyny słabnął i jej krzyk przestawał być taki doniosły postanowiła wziąć ją na ramię i wyprowadzić z wieży.

Aczkolwiek zbliżywszy się do schodów dostrzegła … kilkunastu zbrojnych i krzyżowców zmierzających do nich. Walki ptaków nie ustawały, a niektóre z nich były mocno poranione. Dziwiła się, czemu wzięły na cel akurat Charnę, ale jeszcze przyjdzie czas na pytania. Teraz trzeba znaleźć wyjście z tej iście niekorzystnej sytuacji.

– Ale jak tu uciec, kiedy jest tylko jedno wyjście? – Panicznie szukała możliwości. Były na widoku i żadnych możliwości schowania się. Ptaki ani myślały kończyć walki, a gdy zbrojni wejdą na piętro i zobaczą je, wtedy tak łatwo nie wyłgają się z tego bałaganu. – Na Starożytnych, dlaczego dałam się namówić? – Refleksje i pouczenia zawsze przychodzą za późno.

Usłyszała trzask otwieranych drzwi i już wiedziała, że się zbliżają i wtem zauważyła coś, co mogło ich uratować. Był to jeden z podajników z jedzeniem, który przez wzgląd na kamienny wygląd nie został przez ptaki zniszczony. Podbiegła i na jej szczęście był wypełniony sianem aż po brzegi. Wrzuciła tam Charnę, a następnie sama tam weszła i gdy słyszała tupania rycerzy wychodzących na piętro zakrywała koleżankę i siebie.

Niech tylko odzyska przytomność, a osobiście ją ubiję. – narzekała w myślach chcąc tak naprawdę, żeby dziewczyna oprzytomniała.

– Co one tak nagle zwariowały? – rzucił jeden z rycerzy, kiedy wyszli na piętro.

– Znam je już od tylu lat, a mimo to wciąż mnie zaskakuje ich siła. – Ten głos brzmiał twardo i pewnie, jakby jego posiadacz wiedział, co się stało. – Coraz lepsze łańcuchy stosujemy, a mimo to gryfy jakoś się z nich uwalniają.

– Nie wydaje mi się Edricu. – Edric z rodu Pogory. Kojarzyła tego rycerza. Był jednym z największych treserów gryfów w całej Erathii. Od kilkunastu pokoleń jego ród zajmuje się szkoleniem ptaków do walki, to właśnie on najlepiej wiedział, jak się z nimi obchodzić. – Nigdy jeszcze nie były takie waleczne, jak dzisiaj.

– Zgadza się panowie. – Dosłyszała dźwięk uderzającego kija o ręce. – A teraz uspokójmy je.

Musieli wejść w grono ptaków, gdyż słyszała, jak kilka z nich głośno piszczało i jednocześnie uspokajało się. Im dłużej to trwało, tym mniej ptaków wyło, a coraz więcej lądowało na ziemi, będąc posłuszne swoim opiekunom. Po dłuższej chwili całkowicie się uspokoiły.

– Zaprowadzić je do boksów. – zarządził Edric, kiedy sytuacja się uspokoiła. – Musimy sprawdzić, co je tak rozwścieczyło.

– Mój panie, chyba mam odpowiedź. – usłyszała Fiona, bojąc się słów, które za chwilę usłyszy. – To znaleźliśmy w tym boksie, gdzie jest krew.

– Jak to krew? – wzburzył się Edric. – Któż mógł chcieć wyrządzić taką krzywdę tym szlachetnym istotom? – Nie czekając na odpowiedź wziął przedmiot z ręki pomocnika i po krótkich oględzinach rzekł. – Rozszarpał pas, nim został zraniony przez tego złoczyńcę. – orzekł z wściekłością. – Znaleźć mi tego bandytę. Jestem przekonany, że wciąż tu jest.

Część 8 Part 3: Charna vs Mardon

Ledwo zaczęli odpłacać się za ich poniżanie, zwłaszcza Charny, a już zapowiadało się, że plan się nie powiedzie. Trudno o większe słowa optymizmu na początek, kiedy kupiec nie chciał jej sprzedać zwoju, gildia magów w Steadwick największa w Erathii jej nie posiadała, a na dodatek ręce i nogi odmawiały jej posłuszeństwa, wspominając męczące wiszenie na szubienicy.

Przyszli do pokoju Charny, gdzie czekała na nich Tamara z dwoma rzeczami zwiniętymi Sini. Pokazała im tunikę ćwiczebną i pas. Na tunice były wszyte inicjały Sini oraz odbijał się jej kolor włosów. – Czyżby się farbowała? – zastanawiała się panna Aberville. Jeśli tak, to by podważało jej tatalijski wygląd, podobnie jej pas.

Tamara również zainteresowała się ich powodzeniem w gildii magów, ale tylko wzruszyli ramionami. Mieli zwoje, ale nie te co trzeba.

– Dobra, to ja z Fioną idziemy do wieży gryfów, a wy do kapitolu. – zarządziła Charna, zabrawszy rzeczy Sini.

Rozeszli się w swoich kierunkach. Charna i Fiona nie często miały do czynienia z gryfami, ale młodszej z nich te ptaszyska od początku się nie spodobały, zresztą, z wzajemnością. Raz mieli zajęcia z Edriciem Pogory i gdy ten przyprowadził jednego z gryfów do Charny ten się wierzgał tak mocno, że nawet sam mistrz tresury ptaków nie potrafił go opanować. A gdy się udało, to ptaszysko pokazało swoją ciemną stronę. Kiedy dziewczyna podeszła do niego, to ten chapnął dziobem i zerwał jej koszulę i tunikę ćwiczebną, a szponami o mało nie przeorał jej z góry na dół. W ostatniej chwili rycerz uspokoił ptaka, ale Charna już do nich nie podchodziła.

Aż do dzisiaj. Wieża gryfów znajdowała się na wzgórzu, podobnie jak koszary, wieża łucznicza i wieża strażnicza. Patrząc od strony traktu siedlisko ptaków znajdowało się nad kapitolem. Nie miały daleko. Musiały skręcić w prawo i iść cały czas prosto, aż ukazała im się wieża w kształcie kwadratu, na których rogach znajdowały się baszty. Stały tak od lat nieużywane. Z przodu była solidna brama, a ułożenie prętów przypominało wielkie sito. Gdy się spojrzało przez nią dostrzegalne było kilka pięter w budynku, a na każdym z nich latały ptaki. Z racji późnej pory nikt się koło nich nie kręcił. Same gryfy też kładły się spać.

– Co wiesz o gryfach? – zapytała Fionę.

– Królewskie mają od piersi w górę białe pióra i niebieskie spojrzenie. Bije od nich dostojność i elegancja. Podobno każdy udomowiony gryf zmienia kolor piór, pokazując tym samym pozbycie się swojej dzikiej natury. Wiem, o nich tyle, bo w ciągu tych czterech lat troszkę nasłuchałam się od Edrica.

Dodała widząc zaskoczone spojrzenie Charny. Chociaż wieża gryfów była odsłonięta to ciężko było dostrzec, które gryfy przeważają w wieży. Znaleźli się tuż przed wejściem. Brama zawierała małą furtkę, która mocno skrzypiała. Otworzyły ją i weszły do środka. Każdy z ptaków spał mając zgięte tylne kończyny i zaplątane przednie, na których spoczywała głowa. Różniły się tylko stroną, w którą ją ułożyły.

– Trzeba obudzić któregoś z ptaków.

Rzekła Charna za głośno. Kilkanaście z nich wstało i zaczęło otrzepywać swoją głowę. Widząc, że jeszcze nie wybił nowy dzień poszukiwały śmiałka, który śmiał zakłócić im sen. Ich spojrzenia natychmiast skierowały się na dziewczyny i dostrzegłszy pannę Aberville zaczęły szarpać się z łańcuchami.

– Charna coś ty im zrobiła?!

– Nic, tylko się odezwałam. – Miała w sobie coś dziwnego, co przeszkadzało tym istotom, a im dłużej tu przebywały, tym bardziej grały im na nerwach. Niektóre ciągnęły już tak mocno łańcuchy, że jeśli się nie uduszą, to wyrwą je ze ściany.

– Ja stąd idę, zaraz nas pożrą. – Fiona kierowała się do wyjścia.

– Tylko ty je możesz uspokoić. – Złapawszy starszą koleżankę za rękę, podała jej rzeczy Sini. – Daj im, żeby to rozerwały i potem stąd idziemy.

– O nie, nie ma mowy. Sama to sobie zrób! Ja chcę żyć.

– Nie to nie! – sfochowała się Charna idąc z wściekłością do gryfa. Jednakże jej irytacja nie uspokajała ptaków, a im bliżej nich się znajdowała tym bardziej ptaki traktowały ją, jak wroga, którego należy jak najszybciej zabić.

Fiona żałowała swojej tchórzliwej reakcji, ale jeszcze bardziej, że nie powstrzymała dziewczyny przed idiotycznym wyborem. – Co ona zamierza dać się im zjeść? – Stwierdziła, gdy młodsza towarzyszka znalazła się kilka kroków od gryfa, którego łańcuch mocno się naprężył. Wyglądał jak wygłodniały cerber, który spuszczony ze smyczy nie spuści ofiary z oczu.

Charna wyciągnęła ręce z paskiem Sini i kroczek po kroczku zbliżała się do ptaszyska. Swoim dziobem próbował dosięgnąć dziewczyny, ale dziewczyna maskowała swój strach za tarczą wykutą z odwagi. – No chwyć w końcu ten pasek. – prosiła dziewczyna, mając nadzieję, że nie podejdzie za blisko, aby nie stać się jego posiłkiem.

Po kolejnym kroczku dziób gryfa wbił się w pasek, ale rękaw tuniki Charny zaczepił się o niego. Symbol Erathii wykorzystał to i korzystając ze swojej siły przerzucił dziewczynę w głąb swojego boksu.

– Charna! – wrzasnęła Fiona, która pobiegła dziewczynie na ratunek, jednak widząc zdenerwowanie kolejnych odpuściła.

Gryf podniósł przednie kończyny i swoimi szponami chciał przebić wątłe ciało dziewczyny, ale ona, nie mając czasu na strach, przeturlała się między jego odnóżami, unikając ich. Gryf nie odpuścił, orientując się, gdzie jest jego przeciwniczka. Wbił dziób w koszulę Charny rozrywając ją. Dziewczyna wyciągnęła sztylet z pochwy i nie wiedząc co robi wbiła go w nogę ptaszyska. Na chwilę zyskała przewagę i rzuciła się do ucieczki.

Nie uciekła. Poczuła, jak coś wchodzi między plecy a tunikę i niczym chłop siano przerzucił ją na drugą stronę. Siła pociągu gryfa zwaliła ją z nóg i ptak widząc, że nic mu nie przeszkodzi w zjedzeniu Charny rozłożył szeroko skrzydła, pokazując tym samy swoją przewagę nad dziewczyną.

Nagle głowa ptaka nieznacznie się przechyliła i wróciła do poprzedniej pozycji. Obok gryfa spadł kamień, który odwrócił uwagę ptaka na tyle, że Charna korzystając z jego chwili nieuwagi uciekła na bezpieczną odległość i tylko widziała, jak ptaszysko z powrotem siłowało się z łańcuchem. Charna tyłem do Fiony przesuwała się w jej stronę jednocześnie uważając na pozostałe gryfy.

Dopiero, kiedy była przy Fionie odetchnęła z ulgą. Jakim cudem ten ptak nic jej nie zrobił, to się zastanawiała. W każdej innej sytuacji rozszarpałby ją na strzępy. Gdy emocje po walce opadły spojrzała na gryfa dostrzegając, że te miały brązowe pióra na całym ciele, a więc jeszcze była w nich dzika natura.

– Chodźmy stąd, nim będzie za późno. – rzekła Fiona i skierowały się w stronę wyjścia. Ledwo się odwróciły a dobiegł do nich dźwięk pękającego metalu. Nawet nie zgadywały, co się stało.

 

– Naprawdę uważasz, że to niezły pomysł? – spytał Maron Tamarę, kiedy zbliżali się do kapitolu w Steadwick. Zgodził się na plan Charny, gdyż zagrała mu na ambicji i chciał się pozbyć Mardona, ale po ich nieudanej akcji w gildii magów, znęcaniu się behemota na dziewczynie, a dodatkowo jego silnej obstawie w postaci wiedźmy z Tatalii i ogrzycy, dywagował, czy w ogóle można go pokonać. – Wiesz, że jeśli nas złapią, to w najlepszym wypadku nigdy nie wyjdziemy z celi?

Miała tego świadomość, ale próbowała nie dopuszczać tej myśli do siebie kiedy przechodzili obok areny walk. Jednak, gdy zbliżali się już do kapitolu, ryzyko, o którym wspomniał Maron coraz mocniej dobijało się do głowy. W budynku rzeczywiście nie świeciła się ani jedna pochodnia. Widok ten nie pomógł im w pozbyciu się konsekwencji.

– Odpowiesz w końcu czy nie?

– Tak mam tego świadomość. – powiedziała tonem, aby w końcu dał spokój i skupił się na zadaniu. – Aczkolwiek jeśli mamy się go pozbyć, to musimy zrobić coś grubego, co nawet pozycja Samuela Blake’a go nie uratuje.

Miała rację, ale … no właśnie cały czas miał w głowie ale.

– Weźmiemy kilka sakiewek ze złotem i co potem?

– Najpierw je ukradnijmy i zanieśmy na miejsce, a potem będziemy się martwić. – Zamknęła temat. – Wchodzę do środka.

– Lepiej może, żebym ja to zrobił? Szybciej mi to pójdzie.

– Elfy mają lepszy wzrok i słuch od ludzi, więc lepiej będzie, jak zostaniesz na czatach.

Nie dyskutował, a Tamara weszła do kapitolu tylnym wejściem, który prowadził do kuchni. Nie spodziewała się, że w tym budynku też ona jest, a już na pewno nie tego, że kucharki pozostawiły po sobie taki bałagan, gdzie na stołach leżały garnki, wałki i część nieprzygotowanego jedzenia. Najwidoczniej już im się nie chciało sprzątać.

Przeszła przez nią i weszła do pomieszczenia, w którym dominowała ciemność. Nie słysząc żadnego głosu wyciągnęła mniejszy kij z ręki i chwilę później odpaliła go. Ogień rozświetlił pomieszczenie, które przypominało jadalnię. Nie marnując czasu przeniknęła na jego drugi koniec i otworzywszy drzwi znalazła się w głównym miejscu urzędowym. Stos porozrzucanych pergaminów uświadamiał Tamarze, że nie dawno musieli skończyć pracę. Jednocześnie nasiliła się obawa, czy ktoś tu jeszcze był.

Nie gasiła światła, jednak przykryła go, aby nie odsłaniać się za bardzo.

– W którą stronę pójść. – powiedziała do siebie rozglądając się po głównym holu. – Chyba w dziale finansowym powinny być.

Nie często przebywała w kapitolu, aby znać dokładne rozmieszczenie siedzib, ale jak Charna opowiadała jej ojciec, rozporządza budżetem Erathii, a im ważniejsza osoba, tym wyżej znajduje się jej pokój. Idąc tym tokiem rozumowania domyśliła, się że wszelkie kosztowności znajdują się na najwyższym piętrze budynku.

Wyszedłszy tam dostrzegła kilkoro drzwi. Otworzyła pierwsze z nich i dostrzegła mnóstwo sakiewek złota. Nie było sensu ich przeliczania. W każdym z nich znajdowała się pokaźna ilość sztuk złota, o czym świadczył ich ciężar. Wziąwszy jedną z nich na swoje plecy zeszła na sam dół i przez drzwi na zewnątrz kapitolu.

Aczkolwiek szybko do niego wróciła zorientowawszy się, że Maron miał towarzystwo wojskowych. Przygryzłszy wargi przystawiła ręce do ściany, aby móc opanować ich drżenie. Czegokolwiek chcą od niego, mogli w każdej chwili wejść do środka i przyłapać Tamarę na gorącym uczynku. Dziewczyna znalazła się w potrzasku zdana na łaskę strażników.