Saga Sawrhino – Tom 1 – Rozdział 3

Nagle wstał z łóżka zauważywszy, że Lana nadal nie wróciła. Nigdy nie musiała tak długo siedzieć w szkole. Założył sandały, do których wrzucił skórzane oprawki i wyszedł z domu. 

Chwilę później dostrzegł jej spiczasty dach szkoły. Wszedłszy do niej otoczyła go ciemność taka sama jak na zewnątrz. Żadna z pochodni już się nie świeciła i miał problem ze znalezieniem żywej duszy. Wyglądało, że szkoła zakończyła pracę na dzisiaj, ale spacerując przez ciemny korytarz w końcu zauważyła go jedna z nauczycielek. 

– Panie Dnok, co pana do nas sprowadza o tej porze? – Zdziwiła się jego obecnością. 

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy Lana jest jeszcze w szkole? 

– Nie, już dawno wyszła. Tym razem wyjątkowo szybko wywiązali się z przestarzałą dokumentacją w archiwum. Wyszła razem ze wszystkimi. Nie wróciła do domu? – spytała widząc, że Turnley nie wie, gdzie jest. 

– Jeszcze jej nie ma. – Martwił się coraz bardziej, ale zachował trzeźwość umysłu. – Czy kiedy wychodziła razem z innymi słyszała pani, żeby gdzieś szli? Mam na myśli, jakąś karczmę, albo coś podobnego? 

– Już za szkołą rozeszli się w swoje strony i pańska małżonka wracała do domu. 

To było nietypowe dla Lany. Nawet, kiedy chciała odreagować po pracy, to zawsze zostawiała informację w domu, gdzie mógłby jej szukać, lub wysyłała wojskowego. Nigdy nie znikała bez słowa. 

– Dobrze, serdecznie dziękuję.  

– Jestem przekonana, że pana żona bezpiecznie wróci do domu. – uspokoiła go widząc, że zaczął się niekontrolowanie trząść. 

Skinął jej głową i poszedł do siebie, zgodnie z radą nauczycielki. Chciał sprawdzić wszelkie możliwości, gdzie mogłaby się zatrzymać. Rozejrzał się po wyjściu ze szkoły, lecz tylko nieliczne budynki były oświetlone i dochodził z nich gwar rozmów. Skończył się tydzień roboczy, więc wielu korzystało z okazji odreagowania w karczmie. Wszedł do jednej z nich, mając nadzieję, że znajdzie tam Lanę. Wypatrywał jej wśród mieszkańków rodu Parhir, którzy zostali przemieszani z rodem Razi. Ciężko było ich rozróżnić i dopiero, gdy się im przyjrzało, to dało się zauważyć, że ubrania z rodu Razi bardziej eksponowały złotem i nawet mieli ten kruszec wszyty w ubrania, w porównaniu do tych z rodu Parhir, którym musiały wystarczyć ozdoby w kolorze złota. 

Nie było jej tutaj. Ani tu, ani w żadnej innej karczmie, będącej tuż przy drodze do domu. Miał problem z zebraniem myśli i sensownym wyjaśnieniem jej zniknięcia. Wszystkie możliwości skracały się do porwania, grabieży, lub co gorsza, okaleczeniu. Tej ostatniej możliwości nawet nie chciał brać na poważnie. Przyszła mu do głowy pewna ewentualność. Mogła pójść do jednej z najlepszych przyjaciółek i tam się zasiedzieć. 

Najbliżej miała do Hebi, jej najlepszej przyjaciółki i zarazem ich sąsiadki. Jej wystrój domu, był podobny do domu stolarza, toteż czuł się jak u siebie ilekroć tam był. W środku panowała ciemność, więc już zapewne spała. Miał nadzieję, że chociaż ona będzie wiedziała, gdzie mogłaby być. Obydwie były nierozłączne i choć Turnley ożenił się z Laną wiele lat temu, to jego żona nie zapomniała o swojej przyjaciółce. 

Trudno, pewnie mnie ubije. – Pokrzepiwszy się w myślach zapukał do drzwi. Z domu dochodziły odgłosy kroków i skrzypiącej podłogi. Chwilę później stała naprzeciwko niego. 

– Turnley? – Nie była pewna, czy widzi tą osobę co powinna, czy wzrok ją okłamuje. – Wiesz, która jest godzina i co człowiek po zmęczonym dniu zazwyczaj robi? – Głośno ziewnęła dając znak, od czego ją wyrwał. 

– Przepraszam, że cię budzę, ale czy Lana nie była dzisiaj u ciebie jakoś po pracy? 

– Nie, choć chciałam spędzić z nią nieco czasu, to mówiła, że musi zostać dłużej w szkole. A co nie wróciła? – Jej oczy wciąż się kleiły do snu. 

– Właśnie, że nie. 

– To idź do szkoły, pewnie tam ci powiedzą, co się z nią dzieje. 

– A myślisz, że skąd wracam? Zdążyłem przejść nawet karczmy będące na naszej ulicy, lecz nie było jej tam. 

Momentalnie się obudziła. Znała ją dłużej od Turnleya i nawet dla niej było to nietypowe. Jednakże nie panikowała w stosunku do niego. 

– Jestem przekonana, że wróci cała i zdrowa. A teraz idź spać i każ jej przyjść do mnie, kiedy wróci. Mam ochotę ją ubić, że tak mnie nastraszyła i ciebie przy okazji też. 

Cała Hebi, wszystko by obróciła w żart, nawet to, że Turnley mało co nie umierał ze strachu. Pożegnał się z nią i wyszedł z powrotem na ulicę. Zastanawiał się, gdzie jeszcze mogłaby pójść i im dłużej to robił, tym mocniej przekonywał się do uspokajającego głosu przyjaciółki. Może faktycznie za bardzo panikuje? Jednakże jak miał się opanować, skoro miłość jego życia, była gdzieś na wyspie, a on nawet nie wiedział gdzie? Posłuchał głosu rozsądku i wrócił do domu. 

Przez chwilę nie mógł znaleźć miejsca. Jego myśli kotłowały się wokół ukochanej. Dopiero, gdy odrzucił wszystkie pesymistyczne scenariusze, co do jej zniknięcia, odnalazł w sobie spokój. Postanowił, że gdy żona wróci, będzie musiała gęsto się z tego tłumaczyć, a na ten moment ściągnął z siebie ubrania i wszedł pod kołdrę. Kiedy się położył, coś małego i ostrego wbijało się w plecy. Odwrócił się i na łóżku leżało coś przypominającego małą metalową strzałkę skierowaną w dół. 

Był to emblemat wojskowy, który nosili dowódcy oddziału. Początkowo chciał go oddać jej ojcowi, ale odwróciwszy ją na drugą stronę dostrzegł napis: Lana Dnok. W ten sposób żołnierze zapisywali osoby, które mieli porwać, okraść, wygnać lub … zabić. Turnley tej ostatniej możliwości nawet nie chciał brać pod uwagę. Wyskoczył z łóżka i biegł do koszar ile sił miał w nogach. 

Saga Sawrhino – Tom 1 – Rozdział 2 część 2

– Jak sam pan powiedział, obchodzi pana teraźniejszość, więc na ten moment nasz ród ma kontrolę nad osiemnastoma wyspami. – Słowa wyrażały prosty fakt, ale Turnley obawiał się następnych słów. Odebrał je, jako budowanie podłoża do wystosowania groźby. – Nie jesteśmy mściwym rodem i nie zamierzamy utrudniać ludziom życia, którzy teraz będą pracować na nasz koszt.  

– Dodatkowo – młodszy z urzędników wszedł w słowo starszemu – nasi przeciwnicy nie zamierzają dokonać odwetu w związku z naszymi podbojami, bo wyraźnie wiedzą, jaka jest nasza potęga. Zatem skoro sam pan powiedział, że interesuje pana teraźniejszość, to przyszłość pana i zakładu jest też dla pana istotna … 

– Czy to jest groźba!? – Turnley już nie wytrzymał. 

– Absolutnie! – zaprzeczył starszy z nich, karcąco patrząc na młodszego towarzysza. 

Przez chwilę zapanowała cisza. Turnley, choć nie chciał tego przyznać, to był przerażony i jednocześnie zainteresowany powodem, dla którego przyszli. Urzędnicy nie wiedzieli, jak z powrotem poprowadzić rozmowę we właściwą stronę. Młodszy patrzył na starszego szukając w nim oparcia, a starszy głęboko nad czymś myślał, patrząc Turnleyowi w oczy. 

– Nie wiem, czy pan wie, ale już wczoraj rozpoczęliśmy rozmowy z najważniejszymi przedstawicielami na wyspie. Byliśmy w koszarach, w szkole, w bibliotece, w porcie i jeszcze wiele takich miejsc przed nami. Pana warsztat również był celem naszej wizyty. – Głęboko zaczerpnął powietrza. – Magnat Razi chciał przedstawić panu propozycję współpracy. 

To czemu osobiście nie przyszedł, skoro mój warsztat jest taki cenny? – zapytał samego siebie. Nie wtrącał się urzędnikowi, bo przynajmniej w tej chwili zmierzał do wyjawienia powodu swojej wizyty.  

– Słucham. 

– Najwyższy przedstawiciel naszego rodu chciałby, żeby pan wytwarzał swoje dobra w taki sam sposób, w jaki robi to pan teraz, – zrobił dłuższą przerwę, – ale tylko dla przedstawicieli rodu Razi. 

Turnley spojrzał w oczy urzędnika, szukając jakiegokolwiek dowodu, że jest to dowcip. Urzędnik był śmiertelnie poważny.  

– Rozumiem, że to są żarty? 

– Propozycja pana magnata Razi jest poważna i prosimy o traktowanie jej poważnie. 

Stolarz uderzył pięścią w stół tak, że kurz z podłogi się podniósł. 

– Tą niedorzeczność mam traktować poważnie?! Panowie sobie żarty ze mnie stroicie?! Mam tylko przyjmować zlecenia od waszego rodu, a pozostałe odpuścić? A kto mi zapłaci za wszystkie niewykorzystane zlecenia, które przepadną i weźmie je ktoś inny?! Taka ma być troska o ludzi mieszkających na wyspie?! 

– Panie Turnleyu … 

– Jeszcze nie skończyłem! – wybuchnął na starszego z urzędników, który chciał załagodzić gniew stolarza. – Znosiłem protekcjonalny ton panów, ponieważ zwaliłem to na karb złego wychowania. Nic nie mówiłem, kiedy panowie wkraczaliście w moją prywatność bez mojego wyraźnego zezwolenia. Jednakże to, co teraz, słyszę przekracza wszelkie granice. – Zmęczyło go wyrzucenie wszystkiego, co siedziało mu na wątrobie. Ciężko dyszał i miał trudności ze złapaniem oddechu. – W taki sposób magnat chce dbać o swoich ludzi? Kontrolując wszystkie ich sprawy w odpowiedni dla siebie sposób? Jak panowie dobrze wiedzą mam zleceniodawców z trzydziestu sześciu wysp i wszyscy cenią moje usługi. Zaufali mi tak mocno, że nawet nie przychodzą mnie kontrolować czy meble, które dla nich tworzę spełniają ich wymagania. Długo pracowałem na dobrą opinię, więc proszę przekazać magnatowi, że nie odmówię wypełnienia zlecenia tylko temu, że klient nie pochodzi z rodu Razi. 

Najwidoczniej urzędnicy spodziewali się odmowy stolarza.  

– Dlatego panu wspomnieliśmy o obecnej sytuacji na wyspach. Jeśli w dalszym ciągu nasz ród będzie podbijał wyspy w takim tempie, w jakim to robi w tej chwili, to wkrótce wszystkie trzydzieści sześć wysp znajdzie się pod kontrolą magnata. A wówczas magnat będzie cenił tych, którzy mu zaufali. 

Pracownicy z ratusza po raz kolejny wzburzyli stolarza tymi słowami. 

– Proszę natychmiast opuścić mój zakład! Gróźb nie będę tolerował! Znacie panowie moje stanowisko, więc proszę je przekazać magnatowi. 

– Panie Turnleyu chcemy … 

– Nie obchodzi mnie to co chcecie. Proszę natychmiast opuścić mój warsztat. – Kategorycznie rozkazał. 

Młodszy z urzędników miał ochotę na dalszą polemikę, ale starszy trącił go ramieniem. Wstali i dumni niczym pawie wyszli z warsztatu. Wyglądali, niczym urażone księżniczki, które tupią nóżką, jeśli nie otrzymały wymarzonego jednorożca.  

Turnley śledził ich wzrokiem, lecz nawet ich wyjście nie uspokoiło go. Lana miała rację. Tym razem to nie jest zwykłe przejęcie wyspy. Zrozumiał, dlaczego tak bardzo się przestraszyła, po rozmowie z przedstawicielami rodu. Chcieli wkroczyć we wszystkie sfery ich życia. Nie mógł się na niczym skupić. Wodził wzrokiem po całym zakładzie, szukając nie wiadomo czego. 

– Panie Dnok, czy do wycięcia tego otworu lepiej użyć narżnicy, czy otwornicy? 

Z dalszego rozmyślania wytrącił go jeden z nowo przyjętych pracowników. 

– Co to za pytanie w ogóle, czego się używa do wycięcia takich dziur! Jeżeli nie wiesz, do czego służą te dwie piły, to nie wiem, po co cię zatrudniłem. – Pracownik był cały sparaliżowany, jego ręce się trzęsły, niczym deska, którą tnie piła, i napotyka na sęk w drzewie. Nie wiedział, co miał zrobić i stał nad deską, myśląc o problemie. – No nad czym ty się zastanawiasz! 

– Wziął … wziąłbym – ciężko dukał, a sam był bliski płaczu, – otwornicę.  

– I na tak błahy problem potrzebowałeś tyle czasu?! Płacę Ci za robotę, nie za stanie i myślenie! 

Potem ruszył przed siebie i z głośnym trzaśnięciem zamknął drzwi do warsztatu. Pytanie młodego nie było głupie, lecz w tamtej chwili musiał się na kimś wyżyć. Przypadek chciał, że wyżył się na nowo przyjętym, który w niczym nie zawinił. Starał się odpowiadać na pytania pracowników. Jednakże dzisiaj nie jest normalny dzień. I następne również tak się nie zapowiadają. 

 

Od rozmowy z przedstawicielami magnata minęło kilka dni. Życie z powrotem toczyło się swoją drogą. Do stolarni pierwszy przychodził i ostatni z niej wychodził. Przedstawiciele zarządcy wyspy nie przychodzili przekonywać Turnleya do zmiany zdania. Również w szkole odpuścili i nie nachodzili nauczycieli tam pracujących, co wpłynęło na poprawę psychiczną Lany. Również w stolarni sytuacja się uspokoiła i jej właściciel przeprosił swojego podwładnego za reakcję na jego pytanie. 

– Słuchaj, chciałbym cię przeprosić, że wtedy tak ostro na ciebie nakrzyczałem. – powiedział wówczas. – Cały ten dzień byłem wzburzony, ale to nie tłumaczy mnie, żeby zachowywać się w ten sposób. 

– Ależ szefie, w ogóle nic się nie stało. – Pracownik wyraźnie nie spodziewał się przeprosin ze strony szefa.  

– Stało się stało. Cieszy mnie, że zadajecie pytania, choćby nie ważne, jakie byłyby one głupie w waszym mniemaniu. To dla mnie jest najważniejsze zadanie, żeby na nie odpowiedzieć. Nie chcę, żebyście się bali zadawać pytania i to mówię do was wszystkich. – Odwrócił się w stronę swoich pracowników, których przywołał, aby byli świadkami jego przeprosin. – Jakiekolwiek macie pytanie, poradę, sugestię, czy po prostu chcecie się wyżalić, wiecie, gdzie jestem. Jestem waszym chlebodawcą, ale chcę być waszą podporą.  

Entuzjastycznie przyjęto słowa Turnleya i również on sam poczuł, jakby pozbył się jednego z najcięższych kamieni, które ciążyły na jego duszy. Może początkowe obawy o ciężkich dniach, to po prostu była zbyt wielka panika? Na ten moment wyglądało, że życie wróciło do normy. 

Gdy przesypywała się trzydziesta trzecia klepsydra zamknął warsztat i wrócił do domu. Mimo, że ród Razi panuje nad wyspą od kilku dni, Turnley już się przyzwyczaił do ich obecności. Nie przeszkadzali mu urzędnicy ubrani w długie szaty ociekające złotem, domy przyozdobione złotym kruszcem, a nawet żołnierze zdawali się go traktować, jako jednego z wielu. Dostrzegł, że wielu z nich przeszło na służbę pod ród Razi. To była kolejna żelazna zasada, którą rody przestrzegały. Jeśli żołnierze będący na wyspie nie uczestniczyli w wojnie, to agresor wyspy dawał im wybór, albo przyłączą się do armii, która podbiła wyspę, albo opuszczą ją i płyną do tej, która jest zajmowana przez dany ród. Dlatego Turnley dostrzegł, że wielu z żołnierzy służących wcześniej pod sztandarem rodu Parhir postanowiło przejść na służbę pod skrzydła rodu Razi. Również ojciec Lany dokonał takiego wyboru. 

Po chwili Turnley przekroczył próg własnego domu. 

– Kochanie wróciłem. – oznajmił na cały głos. Odpowiedziała mu cisza. – Lana już jestem. – Wszedł w głąb mieszkania, lecz nikogo nie dostrzegł. Skierował się do ogrodu, lecz również i tam nikogo nie było. Zdziwił się, gdyż zazwyczaj to ona była wcześniej od niego, jednak przypominał sobie, że robili porządki ze starymi pergaminami oraz z tymi, które zawierały niepotrzebne lub przestarzałe informacje. 

Klepnął się w głowę i poszedł do kuchni zrobić kolację. Nie był wybitnym kucharzem, więc wyciągnął pierwsze lepsze owoce, posiekał je i wrzucił do miski. Sporządził też drugą porcję dla swojej żony. Miał nadzieję, że niedługo wróci, lecz im dłużej konsumował posiłek, tym bardziej zastanawiał się, czemu jej jeszcze nie ma. Zdarzało się, że przychodziła późno i bardzo zmęczona. Zakładając, że i teraz tak będzie, położył się do łóżka. 

Saga Sawrhino – Tom 1 – Rozdział 2 część 1

Zasnęli wtuleni w siebie, ale ich sen nie był spokojny. Lanie śniło się, że jej ojciec umiera na morzu, podczas jednej z bitew, natomiast Turnley gwałtownie przebudził się, gdy chwilę wcześniej we śnie ktoś wcisnął nóż w jego serce. Był spocony i pot wylewał się z niego, niczym woda z fontanny. Dziwił się, że ręce żony nie poczuły jego spoconych ubrań. Odsunął jej rękę i wyszedł na ogród.

Zazwyczaj wystarczała chwila aby negatywne emocje związane z koszmarem wyleciały, jednak tym razem zmartwienia działały mocniej niż chęć spania. 

Nierzadko śniły mu się koszmary, ale po raz pierwszy w nich zginął. Czy to było proroctwo? Tylko osoby o zdolnościach magicznych mogły posługiwać się magią umysłu i to tylko po wieloletnim szkoleniu. W takim razie jak ma traktować swój sen? 

Kolejnym jego zmartwieniem był zakład stolarski. Od pewnego czasu coraz mniej zamówień trafiało do jego firmy. Choć w dalszym ciągu zbierał ich tyle, że przydałby mu się dodatkowy pracownik, to zdawał sobie sprawę, że jeśli tendencja spadkowa utrzyma się, to zamiast zatrudnienia kolejnego pracownika, będzie zmuszony zredukować obecną liczbę. Wszystko się zaczęło, kiedy władzę nad rodem Razi przejął Abel. 

Czy magnat próbuje wykończyć mój biznes? Nawet jeśli, to czy robił to świadomie? – Zapytał samego siebie. Daleko idące przypuszczenie, ale nawet jeśli, to jakie miałby z tego korzyści? Przecież każdy z zakładów musi się utrzymywać, żeby było, o co walczyć. Po to zadeklarowano brak walki na lądzie, żeby nie niszczyć gospodarki. – Czyżby magnat Razi postanowił się sprzeciwić tej polityce? – Nie miał żadnych podstaw do takich oskarżeń, ale myśl ta zbyt głęboko zakorzeniła się w głowie. 

Jakikolwiek był powód zmniejszonej liczby zleceń wiedział jedno. Jeśli czegoś nie wymyśli, to wcześniej czy później będzie musiał go zamknąć. 

 

Wybiła dziesiąta klepsydra, kiedy wstał z łóżka. Delikatnie rozwiązał się z uścisku ukochanej, żeby nie zakłócać jej snu. Słońce już wysoko było na horyzoncie i dni stawały się coraz cieplejsze. Zima była wyjątkowo krótka, bo już w połowie marca śnieg zniknął z wyspy i wpłynął do wszechobecnej wody, a już w kwietniu chowali grube wełniane szaty. 

Zjadł szybkie śniadanie i wyszedł z domu. Tym razem wybrał dłuższą drogę, bo chciał sprawdzić, czy rzeczywiście ród Razi przejął kontrolę nad wyspą. Przechodząc obok ratusza dostrzegł kilku urzędników ubranych w szaty przyozdobione w złote łańcuchy, obroże i wszelkiego rodzaju naszyjniki. Biżuteria nie miała żadnych zadziorów i poprzez odbicie promieni słonecznych oślepiała całą okolicę. Z odległości, która dzieliła go od urzędników nie dostrzegł ich twarzy, ale patrząc po ich posturze zrozumiał, że musieli spędzić całą noc na porządkowaniu wszelkich spraw formalnych. 

Odwrócił głowę i poszedł do stolarni. Wszedłszy do środka sprawdził, czy wszystkie pergaminy są na swoich miejscach, po czym rozpoczął swoją pracę. Po niecałej klepsydrze przyszedł pierwszy z pracowników, nowy i niegłupi.  

– Dzień dobry panie Dnok. – przywitał się z Turnleyem i następnie zabrał swój pergamin ze swojej szafy. Gdy go otworzył wyraźnie się skrzywił. – Dlaczego ponownie mam się zajmować gładzeniem drewna? Od miesiąca nic innego nie robię, tylko to. – marudził. 

– Bo wiem, że ty to zrobisz najlepiej. – odrzekł właściciel. – Poza tym nie od miesiąca, tylko od dwóch tygodni. – Pracownik nie odzywał się, zabrał zdzierak i rozpoczął swoją pracę. 

Gdy wybiła już dwunasta klepsydra podwładni przychodzili jeden za drugim i praca w stolarni wrzała na całego. Chwilę później wióry już przykryły podłogę. Widząc, że praca wre przekazał swoje obowiązki jednemu ze swoich pracowników.  

Wszedł na tył stolarni, gdzie mieściło się jego biuro. Tam podejmował decyzje odnośnie przyszłości zakładu. Aczkolwiek nie mógł się skupić, ponieważ cały czas jedno słowo przychodziło mu do głowy, Razi. Tkwiła mu świadomość, że jego drogi przetną się z drogami rodu. Gdyby nie wczorajsza obawa Lany ucieszyłby się na tą myśl, bo to mogłoby oznaczać zwiększenie popytu na jego usługi. Jednak po nocnych przemyśleniach nabierał coraz więcej wątpliwości. 

Od dalszych rozważań wyrwał go jeden z pracowników, który zapukawszy wszedł do środka.  

– Panie Dnok, ktoś chce z panem rozmawiać. 

Turnley szybko spojrzał w kalendarz oraz w notatki. I tu, i tu nie było wzmianki o spotkaniu z potencjalnym klientem, lub z dostawcą. Tym bardziej nie o tak wczesnej porze. 

– Wpuściłeś ich do środka? – zapytał Turnley, na co on kiwnął głową. Wolał witać gości, ale, że nikogo się nie spodziewał, to będą mu musieli wybaczyć brak manier. Opuścił biuro i zaraz obok wejścia stały dwie osobistości reprezentujące ród Razi. Głęboko przełknął ślinę mając z tyłu głowy wczorajszą rozmowę z ukochaną. – Uspokój się, to tylko przedstawiciele rodu, nie muszą od razu mieć złych intencji. – Pocieszał się w myślach. Ocenianie przez nich wystroju stolarni też nie wróżyło nic dobrego. Głęboko westchnął i podszedł do nieplanowanych gości. 

– Witam serdecznie w moim warsztacie stolarskim. – Z życzliwością przywitał się, próbując przegnać swoje pesymistyczne myśli. – Czym mogę panom służyć? 

– Również witamy serdecznie panie Dnok. – Turnley wybałuszył oczy słysząc te słowa. Jak oni się z nim witają w jego warsztacie? To oni są gościem, a nie on. Zwalił to na karb braku manier, aczkolwiek był wyraźnie starszy od swojego towarzysza, więc podstawy kulturalnego zachowania powinny być przez niego przyswojone. – Przyszliśmy porozmawiać w imieniu rodu Razi. Czy możemy panu zająć chwilę. 

Szczerze, to wolałbym, żebyście sobie poszli i nie zawracali mi głowy. – odparł Turnley w myślach, ale wiedział, że takie słowa nie przyniosą żadnego efektu i nawet jeśli by tak powiedział, to na nic by się to zdało, póki nie powiedzieliby, z czym do niego przyszli. 

– Muszę przyznać, że nie spodziewałem się państwa wizyty o tak wczesnej porze i bez zapowiedzi, dlatego prosiłbym o szybkie przekazanie sprawy, bo jak sami widzicie praca na mnie czeka. 

– Jesteśmy przekonani, że jeśli powiemy, z czym przyszliśmy do pana, to znajdzie pan więcej czasu. 

Słucham? – Turnley spojrzał na nich, jakby to co usłyszał przed chwilą, nie było skierowane do niego. Próbowali się rządzić, i to w jego warsztacie. Ich protekcjonalny ton zaczynał działać stolarzowi na nerwy. Teraz miał ochotę wyrzucić ich z warsztatu i wrócić do pilniejszych spraw, ale miał świadomość, że i tak odłożyłby w czasie tą rozmowę. 

– Czy możemy przejść w bardziej ustronne miejsce i porozmawiać? – zapytał jeden z nich zanim Turnley zdążył coś powiedzieć. 

Nie miał tajemnic przed swoimi pracownikami i często przy wszystkich rozmawiał o sprawach, które większość pracodawców załatwiłaby w cztery oczy. To dlatego był mocno lubiany i szanowany wśród swoich pracowników, którzy doceniali jego otwartość i szczerość. Jednakże teraz wolał, żeby nie wiedzieli, co go tak mocno wzburzyło. 

Skinął głową i poprowadził ich do swojego biura. Przystawił im krzesła, które urzędnicy od razu zajęli. Choć nie wiedzieli, co to znaczy zachowywać się z kulturą, tak Turnley nie chciał pójść za ich przykładem. 

– W takim razie, co to za sprawa, która jest ważniejsza od pracy w warsztacie? 

Głos zabrał starszy z urzędników. 

– Jak dobrze pan wie, nasz ród przejął władzę nad tą wyspą i … 

– Tak, widziałem panów z rana, jak przechodziłem obok ratusza. – wtrącił się Turnley. – Do rzeczy. 

– Dlatego też nasz magnat pragnie wprowadzić kilka zmian, które mają poprawić życie naszym mieszkańcom. Nasze rody od zawsze żyły w przyjaźni i pokoju … 

– Przeszłość mnie nie interesuje, obchodzi mnie tylko teraźniejszość, czy w końcu panowie przejdą do rzeczy, bo jak sami dostrzegliście mam mnóstwo pracy i chciałbym się nią zająć. 

– Przechodzimy do rzeczy, dlatego jeśli możemy prosić o nieprzerywanie nam. 

Słowa młodszego z urzędników mało nie wyrwały pana Dnoka z krzesła. Oni zamierzają go strofować?! W jego warsztacie? Za kogo oni się uważają!? Postradali rozumy, bo przejęli kontrolę nad wyspą!? Wydaje im się, że to daje im prawo, do bezczelnego wkraczania w każdą sferę życia swoich mieszkańców. Jednakże i tym razem, Turnley został uprzedzony przez starszego z urzędników. 

Saga Sawrhino – Tom I – Rozdział 1

Słońce chyliło się ku zachodowi, więc najwyższy czas kończyć dzień w pracy. – Z tym myśleniem Turnley odetchnął głęboko. Często zostawał po godzinach, żeby zaplanować zadania na kolejne dni. Choć chciał wykonywać je raz na tydzień, to ilość zleceń, które zbierał w trakcie dnia, powodowały, że codziennie poświęcał dodatkową klepsydrę, bądź kilka na ułożenie planu pracy. 

Cała doba składała się z czterdziestu czterech klepsydr. W miejscach publicznych, każdy właściciel lokalu, zakładu, bądź urzędu umieszczał klepsydrę, która momentalnie odwracała się do góry nogami, jeśli całe ziarenka piasku przesypały się. W obrębie całego Archipelagu Sześciu panowała równonoc, dzień i noc trwały po dwadzieścia dwie klepsydry. 

– Trzydziesta trzecia klepsydra, czas najwyższy iść do domu. – Poukładał stos pergaminów, powkładał je do odpowiednich półek, skąd pracownicy wiedzieli, co powinni zrobić i wyszedł.  

Ilekroć był zmuszony spędzać dodatkowe klepsydry w pracy, tym bardziej zdawał sobie sprawę z potrzeby zatrudnienia dodatkowego pracownika. Również jego ukochana żona Lana przypominała mu o takiej potrzebie. Aczkolwiek sami z ledwością wiązali koniec z końcem. Nie zalegał z wypłatą dla pracowników, lecz miał świadomość, że zatrudnienie dodatkowego mocno nadszarpnie budżet stolarni. 

Wyszedł z pracowni i zmierzał do domu, który mieścił się kilka ulic dalej od zakładu stolarskiego. Mieszkali na jednej z trzydziestu sześciu wysp Archipelagu Sześciu. Od kilku tysięcy lat nie nadawano nazw wyspom, ponieważ już tyle razy je zmieniano, że już nawet najstarsi urzędnicy się w tym pogubili. 

Mijał wiele domów, które zostały wybudowane zgodnie z zasadami przysługującymi rodowi Parhir. Każdy z dachów kończył się ostrym pikiem. Im był on ostrzejszy, tym ważniejsza osobowość go zamieszkiwała. Jeśli domy ulegały remontowi lub dobudowywano nowe pomieszczenia pozwalano zbudować nowe zadaszenie, ze względu na niezręczność towarzyszącą z połączenia w jeden dach wszystkich pomieszczeń. Przestrzegano bezwzględnie, żeby pik każdego z dachów był ostrzejszy w zależności od statusu społecznego. Wiek domów oceniano po ilości dachów. Początkowo sztywnie przestrzegano reguły jednego dachu i architekci mieli ciężki orzech do zgryzienia, żeby połączyć wszystkie pomieszczenia pod jeden dach. Później zaprzestano tej tradycji.  

Wchodził do domu. Nie posiadał dużego ogrodu, bo i on i Lana nie mieli czasu na zajęcie się nim. Nie mieli wygórowanych potrzeb. Pragnęli mieć swoje własne miejsce i żyć swoim życiem, wbrew opinii rodziców Lany. Ich dom zawierał cztery pomieszczenia połączone korytarzem. Od głównego korytarza zmierzało się do pokoju gościnnego, gdzie stał duży czarny stół, ze złotymi ozdobami, do którego przystawiono kilka krzeseł. Za stołem znajdowało się wejście do kuchni, a za nią do spiżarni. Przez pokój gościnny wchodziło się do łazienki, do której niedawno zarządca wyspy postanowił dociągnąć wodę. Wcześniej wyłącznie korzystali z łazienki w stolarni. Spali na szerokim łóżku w pokoju gościnnym, który służył również do usadowienia gości. Wszystko poprzez dodatkowe elementy, które Turnley w nim umieścił, dzięki temu łóżko łatwo przekształcało się w wygodną kanapę. Na jednej ze ścian w mieszkaniu wisiała ich złota podobizna sprzed kilku lat, która przypominała im ich najwspanialszy dzień w życiu. 

Zamknął drzwi i jego ukochana żona przywitała go z promiennym uśmiechem. 

– Witaj ukochany. – Podeszła i przytuliła się do niego. Dla niej był gwiazdą, która spadła z nieba. Życzeniem, które podobno się spełnia, jeśli się w nie mocno wierzy. Choć od ślubu minęło już sporo czasu, motyle w brzuchu dalej w niej latały na jego widok. – Jak ci minął dzień? 

– W porządku – odrzekł serdecznie i zasiadł do stołu, lecz co innego rzuciło mu się w oczy. – Nie zdążyłaś się jeszcze przebrać.  

Spojrzała na siebie i rzeczywiście wciąż miała białą długą tunikę ściśniętą w pasie. Cała była ozdobiona złotymi nićmi, które przypominały kwiaty. Typowe ubranie dla rodu Parhir. Kobieta ubierała się w białą tunikę ze złotymi ozdobami, natomiast mężczyzna w czarną. Im bardziej dana rodzina była zamożna, tym częściej złote nici zastępowano prawdziwymi złotymi ozdobami. U kobiet tuniki sięgały do stóp, u mężczyzn nie musiała aż tak daleko. 

– Zauważyłeś. – Lekko się zarumieniła. – Wyjątkowo dzisiaj musiałam dłużej zostać w szkole.  

– Rozliczenie uczniów macie w czerwcu, a nie mamy nawet połowy kwietnia. – zdziwił się stolarz. 

– Dyrektor placówki zwołał specjalne zebranie. Wszystko przez to, że nasza wyspa została przejęta przez inny ród. 

– Mijałem ratusz i nie widziałem, żeby nowa flaga była wywieszona. 

– Jutro oficjalnie wyspa będzie zaaneksowana do rodu Razi. Dzisiaj pozwolono odejść urzędnikom z rodu Parhir. 

Na archipelagu panowała wieczna wojna. Każdy z sześciu rodów dążył do dominacji nad wszystkimi wyspami. Rodów było sześć: Parhir, Lodan, Orani, Hatenpust, Moreran i Razi. Bitwy toczyły się nad morzem, ponieważ ustalono, że nie warto niszczyć infrastruktury na wyspach, skoro można z niej skorzystać.  

Wojny na wyspach toczą się od tysięcy lat i wody wokół pochłonęły już wiele milionów ofiar. Krążą o nich legendy, że duchy topią śmiałków, którzy wejdą do wody. Każdy z rodów posiadał swoją unikalną technikę walki. Lodan, dążył do abordażu za wszelką cenę, Hatenpust, dzięki swoim ukrytym pływakom dyskretnie zatapiali statki, a Orani opanowali do perfekcji umiejętność posługiwania się ogniem. Wyspę uznawano za podbitą, kiedy flota przeciwnika otoczyła wyspę, zmuszając obrońców do kapitulacji. Jeśli tego nie zrobiła, wtedy agresor mógł zatopić wszystkie statki, w przeciwnym wypadku musiał zezwolić poddającym się opuścić wyspę. 

Sposób prowadzenia wojen posiadał kilka zasad, których nie można było przekroczyć. Przede wszystkim wojny toczyły się na morzu, żadne działania wojenne nie były prowadzone na wyspie. Jeśli któraś ze stron konfliktu złamała tę zasadę, to ściągała na siebie gniew pozostałych rodów. W takich sytuacjach na chwilę zapominają o wszelkich niesnaskach między nimi. Kolejną żelazną zasadą, była bezwzględna akceptacja kapitulacji. 

– W takim razie, skoro ród Razi przejmuje naszą wyspę, to już mają połowę z trzydziestu sześciu wysp. 

– Zgadza się. – potwierdziła Lana. – Abel Razi, jest pierwszym w historii magnatem, który zdobył najwięcej wysp, ze wszystkich przywódców w historii każdego z rodów. 

Nie mówiła z ekscytacją. Miała obojętny stosunek do prowadzonych wojen, jeśli ginęli ochotnicy, których nie przymuszano do udziału w wojnie. Początkowo Turnley chciał uczestniczyć w wojnie po stronie Parhir i przyjął postawę czołowego zwolennika, lecz po licznych prośbach Lany zobojętniał. To było wtedy, kiedy zalecał się do niej i musiał przekonywać jej ojca do swojej osoby. Widząc, że na Lanę to nie działa, zaniechał. 

– Ciekawe, jakie będą jego rządy na wyspie. 

– Też się nad tym zastanawiam. – Na twarzy pojawiło się lekkie zmartwienie. – Jego osoba przeraziła mnie. 

– Coś ci zrobił? – Momentalnie wyrwał się z miejsca i ze współczuciem podszedł do niej. 

– Absolutnie. – Pewnie zaprzeczyła. – Tylko jego sposób bycia jest straszny. Mam wrażenie, że jest skłonny do manipulacji. 

– Nie zapominaj, że to jest ród Razi, oni mają do tego zdolność. 

Większość sprzedawców na Archipelagu Sześciu pochodziło z rodu Razi. Legendy krążą, że pierwszy z tego rodu urodził się na pieniądzach. Dlatego już mali potomkowie znają się na prowadzeniu interesów, wiedzą, co przyniesie zysk, a przede wszystkim mają umiejętność wpływania na innych ludzi. To ostatnie przerażało Lanę. 

– Wiem, że mają skłonność do manipulacji i tego się najbardziej boję. 

– Skoro to wiesz, to nie zostaniesz przez nich opanowana. – Podszedł i czule ją objął, chroniąc przed wszelkimi niebezpieczeństwami. – Magnat na pewno nie zrobi nic złego. Choć panuje nad połową wysp, to jeśli zrobi coś niezgodnego z przyjętymi normami, to pozostałe rody obrócą się przeciwko niemu, a wtedy nawet on nic nie poradzi.  

Nieznacznie uspokoił Lanę. Aczkolwiek było coś, o czym czuła, że powinna mu powiedzieć. 

– Magnat Abel chciał, żebym była wyłączną nauczycielką jego dzieci. – Turnley spojrzał zszokowany. Żaden z przywódców nie prosił nauczycieli o wyłączność usługiwania jednemu z rodów, więc dlaczego magnat złamał tę zasadę? – Dlatego coraz bardziej się go obawiam. 

– Nie może cię do niczego przymusić, wiesz o tym dobrze. – Sam Turnley nie mówił już z takim przekonaniem jak wcześniej. – Myślisz, że będzie chciał jakoś wymóc na tobie wykonanie swojej prośby? 

Ród Parhir i Razi najczęściej w swojej historii byli sojusznikami i wciąż wielu zwolenników obu rodów pamięta czasy pokoju między nimi. Turnley miał świadomość, że żołnierze z rodu Razi, ze względu na przeszłość łączącą z rodem Parhir, będą ich traktować neutralnie i nie będą narzucać swoich tradycji. Obydwa rody wiele ze sobą łączyło. I jedni i drudzy mieli skłonności do pieniędzy, obydwóm zależało na pokazaniu swojego bogactwa i obydwaj pokazywali swoją skłonność do pieniądza. Różniły ich korzenie. Ród Razi rzeczywiście od dawna ma skłonność do pomnażania pieniędzy i robi to w efektywny sposób. Ród Parhir sztucznie próbuje podnieść swój prestiż. Wielu przeciwników rodu zarzuca mu, że w ich żyłach nie płynie szlachecka krew. 

Według zawistników założycielem rodu Parhir był ubogi chłop Andre Parhir, który zapragnął mieć bogate życie. Nie miał skłonności do mnożenia majątku, lecz w stosunku do wielu chłopów posiadł umiejętność pisania i czytania. Przydały mu się, aby pewnego dnia włamać się do urzędu i w kartach historii dopisać kilka pergaminów o wielkich dokonaniach członków z rodu Parhir. Od tego momentu nie utrzymywał żadnych kontaktów z niższymi sferami, a coraz częściej zjawiał się wśród wyższych osobistości. Wmawiał wszystkim, że pochodzi z szanowanego rodu Parhir i jeśli ktoś nie wierzył, to kierował na sprokurowane przez siebie dokumenty. Już wtedy pojawili się przeciwnicy podważający autentyczność jego historii, ale pozostałych przekonał do siebie. Od tego momentu ród istnieje, jako jeden z sześciu najwyższych rodów na Archipelagu Sześciu. 

Teoria ma wielu przeciwników, jak i zwolenników, ale nikt nie może zarzucić rodowi, że nie ma wypracowanej pozycji. Historia nie została potwierdzona, ani obalona, dlatego plotka jest przekazywana aż do teraz. Aktualny najwyższy przedstawiciel rodu Miyan Parhir, zaprzecza wszelkim chłopskim korzeniom, podobnie jak jego poprzednicy. 

– Nie wiem, co o tym myśleć. – Nawet ramiona Turnleya obejmujące kobietę nie potrafiły jej uspokoić. – Mam dziwne przeczucie, że magnat nie gra czysto. 

Część 3: Pierścień Ścinaczy

Wbiegł do lasu, gdzie było tak gęsto, że bez pomocy maczety nie utorowałby sobie drogi. Zdawał sobie sprawę, że był za głośno, ale ścinacze musiały podobnie się zachowywać, kiedy weszły do lasu, więc usłyszy ich, jak będą przechodziły.

Po dłuższej walce z gęstym lasem zauważył to, czego wielu śmiertelników nie widziało. Dostrzegł stado podobnych mu ludzi. Bojąc się, że go usłyszeli, schował się za grubszym pniakiem. Widział, że mieli ciemnogranatową skórę, która miejscami wyglądała na ludzką, a miejscami na jaszczurczą. Była tylko skóra i mięśnie, lecz wiedzieli, co z mięśniami zrobić. Ich głowa ciągnęła się z żuchwy w dół, a z potylicy wychodziła długa kość sięgająca dolnych żeber. Wyglądała jak płetwa rekina, o zaostrzonych końcach. Gdy jeden ze ścinaczy poruszył się ostrze zalśniło i odbiło się w stronę Turnleya, który poczuwszy się zauważony, momentalnie przykucnął, uciekając od światła. Z tej pozycji spoglądał na ludzkich jaszczurów. Mieli trzy palce u stóp, które były wyłożone łuskami i ciągnęły się przez całe nogi. Ich tułów był zbliżony do ludzkiego, wręcz taki sam, jak u ludzi.

Dopiero patrząc na ręce zrozumiał, z kim miał do czynienia. Na przedramieniu mieli metalowe ostrza, zamiast rąk. Były one tak wyostrzone, że w tej chwili uwierzył, aby te bestie ścinały drzewa swoimi dłońmi. Zresztą nie musiał wierzyć, widział, jak bestie ucinały drzewa i grubsze pnie drzew, jakby to była ich naturalna umiejętność. Ich dłoń zmieniała się w zależności od przeznaczenia. Jeśli chcieli wziąć coś do ręki, to ich ręka kończyła się palcami, natomiast, jeśli chcieli ścinać, wtedy przeobrażała się w sztych, tak, że całe przedramię przypominało miecz z ostrym zakończeniem.

Stado ścinaczy spożywało upolowaną zwierzynę, jednak nie robiło tego jak dzikie zwierzęta. Umieli rozpalić ognisko, tak więc coś z cywilizowanego życia w sobie mieli. Na rożnie smażyła się sarnina, a po drugiej stronie obozowiska jeden ze ścinaczy przyprowadzał nieszczęsną sarnę. Biedna próbowała uciekać, ale mocny chwyt bestii uniemożliwiał jej to. Turnley odwrócił głowę, nie chcąc oglądać tego całego przedstawienia. Chwilę później dochodziły do niego odgłosy konającego zwierzęcia, które zostały zastąpione dźwiękami krojonego mięsa. Podróżnik od zawsze miał słabość na krzywdę zwierząt i współczuł im, że zostały złapane w łapska tych bestii. Jednak od razu przyszła mu myśl, że za chwilę z nim zrobią to samo. Stanąwszy, okrążył stado i szedł przed siebie.

Jednak chwilę później poczuł cięcie na ręce, która szybko się zakrwawiła. Zwalił na gałąź, bo było ich tu tyle, że co chwila się musiał odganiać, ale chwilę po tym poczuł ciepło na nodze. Schylił się, a tam przecięte dwie warstwy ubrań i dopiero przy skórze cięcie się zatrzymało. Turnley momentalnie zrozumiał, że cokolwiek tutaj jest, chce go pociąć na kawałki. Biegiem zmierzał do wyjścia z lasu. Poczuł kolejne cięcia na rękach, nogach, tułowiu, a niektóre i na głowie, które z każdym kolejnym krokiem, coraz mocniej mu doskwierały. W końcu, nie mając siły upadł na kolana.

Wiedział jedno, umrze tutaj. W tym lesie jego serce lada moment przestanie bić i choć zrobi to po raz drugi, w trakcie swojego życia to tym razem dokona się po raz ostatni. Raz aniołowie pozwolili mu wrócić na ziemię, żeby odnalazł Sawrhino. Zawiódł ich, zawiódł ich oczekiwania, a za taką zniewagę czekało go piekło. Nie ulitują się nad nim. Raz mu zaufali, a on nie podołał. Starał się, ale poległ. Poczuł kolejne cięcie na plecach, na które nieznacznie drgnął. Nie miał już w sobie woli życia do walki, zresztą i tak, jeśli zacznie uciekać, to ta tnąca anomalia i tak go dorwie.

I w tej chwili stało się coś, czego się nie spodziewał. Tuż przed jego oczami pojawiły się bestie, które przy ognisku spożywały sarnę. Zupełnie, jakby malarz najpierw namalował las, a potem stwierdził, że trzeba w nim usadowić ścinacze. Zrobiły krąg wokół niego, jakby stał się ich największą atrakcją. Przez chwilę Turnley miał wrażenie, że z bólu już mu się zmysły pomieszały. Przetarł oczy i wciąż ich widział, ścinaczy patrzących tępym wzrokiem w niego. Część z nich przed chwilą kończyła posiłek, bo z ich ust spływała krew.

Jeden z nich podszedł do Turnleya oznajmiając.

– Żaden człowiek nie może tędy przechodzić. – Mówił to tak piskliwie, iż Turnley miał wrażenie, jakby ten sam pisk słyszał wcześniej, tylko teraz przybrał coś na kształt słów. – Żadna istota nie może tedy przechodzić.

Tylko tyle i aż tyle zdołał zrozumieć. Ostatnie, co widział, to jak ścinacz podszedł do niego i kopnął go w twarz, tak, że kurtyna przysłoniła mu wzrok.

 

Niemrawo otwierał oczy. Lekko kiwnął głową, lecz zmysły długo do niego wracały. Kiedy już to zrobiły, pierwsze wrażenie, które przyszło mu do głowy, to, że przeżył, potem pojawiło się pytanie, dlaczego? Przecież sami mu powiedzieli, że przez ich teren nie ma prawa przechodzić żadna istota, więc z jakiego powodu go oszczędzili? Czyżby boska interwencja aniołów przegoniła ścinacze?

Nic z tych rzeczy. Był przywiązany do drzewa i miał ogląd na cały obóz ścinaczy. Obóz nie był wielki, przez co zrozumiał, że nawet wśród nich są podziały i niesnaski. Przez chwilę spróbował ich podsłuchać, ale mówili tak piskliwym głosem, że natychmiast zwątpił nie mogąc zrozumieć ani jednego słowa. Tuż obok niego stały zwierzęta. Te same, które chwilę wcześniej mijał w obozie.

Dlaczego mnie uratowali? Dlaczego? – Podróżnik szukał odpowiedzi. Jednak szybko przestał, kiedy widział, jak ścinacze funkcjonują. Potrafili w jednej chwili istnieć, by potem zniknąć. Zupełnie na oczach Turnleya pojawił się i zniknął jeden z nich. Drugi ze ścinaczy rąbał grube pniaki swoimi własnymi rękoma, a jeszcze inny poruszał się tak szybko i zwinnie, że w moment przebiegł cały obóz i przyprowadził kolejną sarnę. Czekał ją taki sam los, jak poprzedniczkę. Turnley odwrócił głowę i tylko czuł, jak w jego policzki uderzyła krew ubitej zwierzyny.

W tej chwili Turnley zrozumiał jedno. Ścinacze cały czas go widzieli. Bawili się nim, żeby potem złapać go w odpowiednim momencie. Oni nie tylko zabijali przybyszy, którzy przestąpili ich teren. Byli najlepszymi łowcami, jakich widziało Azari. Zabijali nie dość, że skutecznie, to jeszcze traktowali to jak zabawę. Wiedział, że będzie następny i świadomość ta teraz go przerażała. Myślał, że po coś go uratowali, że pozwolą mu przejść, albo przynajmniej każą sobie dać coś w zamian, żeby dali mu spokój. Nie spodziewał się, że będzie ich uciechą.

Zaczął się wiercić, aby jakoś się wyrwać i ruszyć do Ambrazi. Chciał żyć, kiedy rany zakrzepły, a ścinacze nie zwracali na niego uwagi. Poczuł, że mu się uda. Tarł liną o drzewo, mając nadzieję, że przerwie sznur. Twardy był, ale czuł, że z każdym kolejnym przetarciem coraz słabiej się trzymał. Luzował go, aż w końcu lina pękła. Zrzucił ją z siebie i cicho na palcach szedł w głąb lasu. Ścinacze wciąż byli zainteresowani sobą i nikt nie zwracał na niego uwagi.

– Jeszcze z tobą nie skończyliśmy.

Usłyszał głos przed sobą, na który momentalnie się odwrócił. Przed nim stał ścinacz, który chwilę wcześniej siedział przy ognisku. Spojrzał ponownie w stronę ogniska … i nadal tam siedział. Odwrócił wzrok na ścinacza przed sobą, po czym ponownie na ognisko. Zrobił tak jeszcze kilka razy, kiedy zrozumiał, że jest dwóch takich samych ścinaczy. Pewnie bliźniaki. Za jednym z bliźniaków też stali ścinacze, którzy siedzieli przy ognisku i spożywali sarninę. Byli w dwóch miejscach na raz i wykonywali kilka czynności jednocześnie. Kogo on próbował oszukać? Istoty, które dosłownie mają oczy dookoła głowy? Które widzą i czują wszystko?

Nie zdążył odpowiedzieć, kiedy ścinacz przed nim energicznie smagnął ramieniem, na wysokości jego szyi, po czym nastąpiła ciemność.

Część 2: Pierścień Ścinaczy

Okazało się, że mgła miała zaledwie kilka metrów długości i wyglądała jak przeźroczysta ściana, którą dało się swobodnie przekroczyć. Miał wrażenie, że przeszedł granicę i teraz znajdował się na terytorium ścinaczy. Nie tylko mgła dała mu o tym znać, ale również klimat tego miejsca. Powiewał lekki lodowaty wiatr, a trawa grała jeszcze mroczniejszy utwór, który wyłącznie wywoływał wrażenie wszechogarniającej śmierci. Teraz czuł się, jakby uczestniczył w jakimś rytuale pogrzebowym, tylko zastanawiał się, czy jest uczestnikiem pogrzebu, czy zmarłym, którego się grzebie. Przez gęste chmury nie dostrzegał nieba. Szarość przykrywała kopułę niebieską i nawet słońce, które próbowało przedrzeć się przez nie, musiało ustąpić szarym obłokom.

Turnley choć miał na sobie koszulę i grubą skórzaną kurtkę, to trząsł się z zimna. Na nogach też miał dwie warstwy ubrań, lecz nawet one nie pomagały zatrzymać drżenia ciała. Trzęsąc się zastanawiał, czy było mu zimno, czy bardziej się bał, bo i jedno i drugie mocno mu doskwierało. Rozejrzał się po okolicy, gdzie zauważył polanę, na której gdzieniegdzie leżały skupiska kamieni, jakby kilku olbrzymów próbowało rzeźbić w skale, ale skończyli na zbieraniu surowców. Niektóre ze skupisk kamieni rzeczywiście były wysokie, jednak podróżnik postanowił je omijać, podejrzewając, że wśród nich mogą się znajdować siedliska ścinaczy. W oddali dostrzegł las, który był tak gęsty, że tylko miejscami wystawały wysokie drzewa.

Trzask.

Kamień spadł tuż obok niego. Rozejrzał się, za tym, kto mógłby go rzucić jednak nikogo nie zauważył. Przez chwilę jeszcze rozważał skąd i kto go rzucił, ale w końcu uznał to za typową anomalię tego miejsca. Zrobił kilka kroków i ponownie jakiś kamień się rozłupał, tym razem tuż przed nim. Ten ktoś musiał być naprzeciwko niego, ale tam znajdowała się łysa polana, więc albo świetnie wtapiał się w otoczenie, albo rzucił i szybko uciekł.

Podróżnik nie miał wątpliwości. Ścinacze go zauważyły, lecz skoro to zrobiły, to dlaczego nie chciały go zabić? Przecież z tego miejsca nikt nie wychodził żywy? Coraz bardziej wzmagało się w nim wrażenie, że tutaj wszystko chce go zabić i nawet trawa kibicuje mordercy. Czuł się jak ofiara, którą wilk zapędził w kozi róg i upaja się jej strachem. Nie miał pojęcia, jak ścinacze się zachowują. Mieszkańcy wysp nie wiedzieli nawet jak wyglądają, a co dopiero jak żyli. Chciał uciekać, ale wbrew sobie szedł przed siebie. Jeśli rzeczywiście bestie go zauważyły, to nie pozwolą mu wrócić.

Przestąpiwszy kilka kroków zauważył jaskinię, a przed nią kilka kilofów wbitych w ziemię. Wiedząc, że nie powinien tam wchodzić, sprawdził jej zawartość. Zauważył wóz, który był obładowany ziemią, jednakże napełniono go tak dawno, że już trawa zdążyła wyrosnąć. Idąc w jej głąb zauważył kolejne kilofy, albo raczej natykał się na nie. W jaskini było coraz ciemniej i stępował na coraz więcej przedmiotów. Niektóre z nich gniotły się pod wpływem ciężaru, inne zsuwały stopy Turnleya, kiedy na nie stanął.

Wyciągnął spod kurtki pochodnię, odpalił ją, a rozświetliwszy ciemność, zatkał usta. Patrzył przez moment, aż potem zamknął oczy i wybiegł z jaskini.

Te bestie, za nic miały ludzkie życie, a wręcz odebranie go traktowały jak jakieś trofeum. Wyróżnienie, którym mogą się szczycić, a im więcej go miały, tym lepiej. Tym trofeum były ludzkie czaszki. Część z nich zostało przygniecionych, zapewne przez samych ścinaczy. Nie potrafił ich zliczyć, ale uzbierały solidny stos, jakby wrzucali tam głowy wszystkich wojów z armii króla Serhara.

W tym momencie Turnley żałował, że wszedł do tego miejsca. Chciał uciekać, ale dokąd? Nim dobiegnie do bramy miejskiej ścinacze na pewno go dopadną i skrócą go o głowę, tak dla zabawy. – Weź się chłopie w garść, czego się spodziewałeś? Saren i baranków przymilające się do ciebie? – Dziwnie by to wyglądało w krainie zionącej śmiercią.

Już nie widział ściany, przez którą wszedł, ale też nie widział żadnego ścinacza. Nie wiedział, czy zmierzał w dobrą stronę. Okolica wydawała mu się taka sama. Obrał za punkt dojście do lasu i też do niego zmierzał. Zimno coraz mocniej uprzykrzało mu życie. Wiatr owiewał go, jakby próbował przebić się przez jego warstwy ubrań, ale nie robił tego na siłę, tylko poszukiwał luk między warstwami, gdzie mógłby się przedrzeć i wniknąć aż do skóry.

Trawa już nie rosła, więc wiatr nie miał na czym grać, a do szczękających zębów Turnleya żaden naturalny instrument nie chciał się dołączyć. A jednak chciał, tylko jak mężczyzna usłyszał donośny pisk, to zasłonił uszy i skulił się, próbując ochronić się przed ogłuchnięciem. Pisk nie dawał wytchnienia, a im bardziej się kulił, tym bardziej był donośny. Próbował z nim walczyć, ale nie miał czym.

Po dłuższej chwili kulenia wszystko ucichło, zupełnie, jakby ktoś przestał grać. Podróżnik powstawszy przyzwyczajał swoje uszy do cichszych dźwięków. Przez chwilę miał wrażenie, że nic nie słyszał, ale później jego zmysł słuchu był ponownie wyczulony na wszelkie dźwięki.

Zrobił kilka kroków, po czym coś delikatnie dotknęło go w szyję. Odwrócił się, ale tam tylko pustka, którą wcześniej przekroczył. Nerwowo rozejrzał się po okolicy i znowu nic nie było. – Może to tylko wiatr. – Pomyślał i poszedł dalej. Zrobił krok i ponownie poczuł delikatne dotknięcie, lecz tym razem w rękę. Podniósł ją i dostrzegłszy, że nic na niej nie ma, ponownie się rozglądał. – Znowu mi się wydawało. – Nie był już tak mocno przekonany, jak wcześniej. W pierścieniu działy się anomalia, ale czuł tak samo jak wcześniej. Więc dlaczego miał wrażenie, że powietrze go dotyka?

– Kamienie, wiatr, a teraz jeszcze ten dziwny dotyk, o co tu chodzi?

Szukał odpowiedzi, a im dłużej szukał, tym bardziej się lękał. Niezrozumienie specyfiki tego miejsca wywoływało w nim strach i obawę o własne życie. Skoro nie rozumiał tego, co się działo, to tym bardziej nie powinien się dziwić, kiedy coś go zabije i nie będą to ścinacze. Zresztą, jak one mogły tutaj żyć? Musiały się przyzwyczaić do panujących warunków, mając jakieś swoje sposoby, jednakże przeszedł już prawie kilometr i nie zauważył ani jednego ścinacza. Czyżby wiedziały, że to miejsce jest niebezpieczne?

Na tą myśl Turnley przyśpieszył, aż po chwili zaczął biec, byle jak najszybciej znaleźć się w lesie. Nie przejmował się, spadającymi kamyczkami, podobnie przeraźliwym wiatrem i dotykiem. Nie zwracał na to uwagi. Biegł, byle jak najszybciej zniknąć z tego nietypowego miejsca.

Cześć 1: Pierścień Ścinaczy

Turnley niewiele wiedział o wyspach walki. Tak prawdę mówiąc, nic nie wiedział o świecie Azari. Dopiero, kiedy umarł i wrócił do życia, jako nieśmiertelny podróżnik, zdał sobie sprawę, jak mały był archipelag sześciu w porównaniu do całego świata.

Wyobrażał sobie, że wyspy walki są podobnie rozmieszczone, jak te z jego rodzinnych stron. Mylił się. Tworzyły coś na kształt pierścienia i każda z nich była połączona cienkim pasmem lądu. Kiedyś tego połączenia nie było, lecz podmuchy wiatru przepchały ziemię tworząc przejścia między nimi. Słyszał, że znajdzie tam najlepsze akademie wojskowe, gdzie najbogatsze królestwa w świecie Azari, a zwłaszcza urzędnicy banku głównego w Mostirii, rekrutowali przyszłych żołnierzy. Teraz tylko nazwa pozostała, która tak mocno zakorzeniła się w świadomości ludzi, że wciąż młodzi rekruci przybywali tutaj, aby odbywać nauki wojskowego rzemiosła.

Podróżnik, ani myślał dłużej się zatrzymywać, niż było to konieczne. Potrzebował dostać się do Ambrazi, miasta, które znajdowało się w środku wysp walki. Jednakże, żeby się do niego dostać było trzeba przemknąć przez tak zwany Pierścień Ścinaczy. Był to pierścień w pierścieniu i jak akademie na wyspach okryły się dobrą sławą, tak ta część wysp od zawsze wywoływała panikę wśród przybyszy. Wszystko przez to, że żyły tam bestie nazywane przez okoliczną ludność ścinaczami. Opisywali je, jako żądne krwi potwory, które urodziły się z ostrzami zamiast rąk. Niektóre pogłoski głosiły, że nieliczni, którzy przeżyli spotkanie ze ścinaczem, widzieli, jak monstrum swoimi rękami tnie grube pnie drzew i to za jednym machnięciem. Turnley nie wiedział, ile jest w tym prawdy, ale słyszał o ich wyczulonym instynkcie zabójcy, który mistrzowsko wykorzystują.

Wiele set lat temu, jeden z królów, Serhar Bezgłowy, chciał okrzyknąć swoje imię na kartach historii, jako ten, który wyczyści pierścień ze ścinaczy. Zebrał ku temu armię pięćdziesięciu tysięcy wojowników, z którymi ruszył na ziemię bestii. Wyprawa nie trwała długo, bo już pierwszego dnia ścinacze zabili ponad połowę wojów i to nie w regularnej walce. W kolejnych dniach spanikowani żołnierze salwowali się ucieczką, a to już była woda na młyn dla bestii, które zdziesiątkowały armię monarchy, nie ponosząc żadnej straty. Król zginął, jako ostatni. Ponoć był już tak blisko bramy strzegącej miasta jednej z wysp, że wartownicy zaczęli ją podnosić. Jednakże wtedy ścinacze wyłonili się jak z cienia i pozbawili go głowy. Stąd uzyskał przydomek bezgłowy. Po tej masakrze nikt nie próbował wejść na ziemię potworów. Każda z wysp jest otoczona murem, a bramy od strony ziem bestii przez lata nie były otwierane.

Turnley wiedział, że zrobi coś po raz pierwszy od dawna. Musiał się dostać do Ambrazi, ponieważ tam jest najstarsza biblioteka w całym świecie Azari i jeśli gdzieś miał szukać informacji, to właśnie tam. Od kiedy Aniołowie zesłali go na ziemię, dali mu jedno zadanie. Miał odnaleźć ostrze o nazwie Sawrhino. Chodził od miasta do miasta poszukując informacji, ale w żadnym z nich niczego nie znalazł. Nawet najwięksi mędrcy nie potrafili mu odpowiedzieć na to pytanie. W jakiejkolwiek bibliotece nie był, to żadna z nich nie miała choćby wzmianki o ostrzu. Rozgoryczony tym upatrywał w jej księgozbiorze ostatniego płomyka nadziei, choćby najmniejszej wskazówki, gdzie powinien szukać.

Gdy mówił tutejszym mieszkańcom, gdzie się wybiera, to albo został wyśmiany, albo żegnany. – Najwidoczniej można umrzeć więcej niż raz. – pomyślał z przekąsem, kiedy jeden z mieszkańców żegnał się z podróżnikiem.

Aczkolwiek nie miał miejsca na sentymenty. Musiał się dostać do Ambrazi, a jeśli nie ma innej możliwości, jak przejście przez pierścień ścinaczy, to przejdzie przez niego, a przynajmniej spróbuje się przedrzeć. Już za dużo stracił na bezowocnym poszukiwaniu informacji. Podszedł do bram miejskich, gdzie stało kilku strażników.

– Wartownicy, proszę o otwarcie bramy. – Żołnierze nie spodziewali się, że ktoś od strony miasta będzie chciał przejść, więc cały czas spoglądali w stronę kręgu ścinaczy. Po raz drugi krzyknął i wtedy zrozumieli, że nie mieli omamów słuchowych. Odwrócili się w stronę wysłańca aniołów i widząc go byli nie lada zszokowani. Nie tym, że to akurat Turnley próbował szczęścia, ale, że w ogóle był jakiś śmiałek. – Chciałbym przejść, czy możecie mi otworzyć bramę?

– Aż tak bardzo śpieszy ci się do śmierci? – Krzyknął jeden z wartowników.

– Idę do Ambrazi, bo tylko tam uzyskam informację, które mogą mi pomóc.

– Bromer, patrz, zwariował. – Wskazał na Turnleya. – Samobójca normalnie.

– Otwórz mu bramę, będzie więcej dla nas. – wyśmiał go drugi.

Turnley jeszcze chwilę poczekał, zanim ją otworzono, jednakże dźwięk szczękającej bramy i odgłosy metalowych łańcuchów rozeszły się po całym mieście, zwołując niezłe towarzystwo pod południową bramę. Otoczyli Turnleya nie spodziewając się, że to on wejdzie do niebezpiecznej ziemi. Gdy brama się otwarła, szedł w jej kierunku. Zebrał na siebie wszystkie zaskoczone spojrzenia, że po tylu latach wciąż ktoś próbuje przedrzeć się przez ziemie bestii.

– Pozdrów od nas aniołów.

Gdyby nie ton strażnika poważnie potraktowałby jego prośbę. Nieświadomość, co czekało go po drugiej stronie bramy wywoływała w nim uczucie niepokoju, które było przyprawione świadomością, że w każdej chwili mógł stanąć oko w oko ze ścinaczem. Ciężko westchnął i przestąpił bramy miasta. Zrobiwszy kilka kroków brama się zamknęła.

– Jeszcze możesz zawrócić. – zachęcał go jeden z wartowników. – Jedno słowo, a my z powrotem je otworzymy.

– Czeka mnie ciężka droga, ale spróbuję dostać się do Ambrazi. Niemniej dziękuję za propozycję.

Strażnicy spisali go na straty. Turnley spojrzał przed siebie i widział wielką mgłę. Gęstą, jakby czarodziej bawił się kłębami dymów. Powoli szedł w jej stronę.

Jak na krainę, od której wieje śmiercią, jest tutaj bardzo dużo zieleni, jakby przyroda budziła się do życia. Im bardziej zbliżał się do mgły, tym trawa stawała się coraz wyższa, aż tuż przed nią sięgała mu do pasa. Ruszył się wiatr, który wywoływał melodyjny dźwięk szumu grając, niczym muzyk na swoim instrumencie. Aczkolwiek melodia, którą wiatr grał przypominała odgłosy nabożeństwa pogrzebowego połączonego z roztrzaskaniem kamienia. Za każdy razem, kiedy kamień się rozłupał Turnley spoglądał w stronę źródła dźwięku. Nie wiedział, po co, ale instynkt kazał mu odwrócić głowę.

– Nie ma sensu czekać, czas wejść tam, skąd nikt nie wrócił. – Nie były to słowa na pokrzepienie, lecz nie miał innego wyjścia.

Część 16: Charna vs Mardon

Charna zorganizowała u siebie chwilową posiadówkę na cześć wrzucenia Sini, Iwony i przede wszystkim Mardona do więzienia. Nikt się nie spodziewał, że ktoś mógł w tym maczać palce. Panna Aberville, po raz pierwszy od momentu, kiedy pojawiła się w kompanii uśmiechnęła się. Cieszyła się, że w końcu pokazała przemądrzalcom, że muszą się z nią liczyć i nie będzie ich popychadłem. Żałowała tylko, że nie skazała ich na karę śmierci, ale przynajmniej troszkę sobie posiedzą w więzieniu.

– Wciąż sobie przypominam, jak wyglądał Mardon, kiedy żołnierze go zabierali. – przypomniała Fiona.

Behemot, który trząsł całą kompanią teraz musiał się ukorzyć przed większymi od siebie. Ta sama bestia, która terroryzowała kadetów została poniżona przez silniejszych przeciwników. Potwór, przed którym wszyscy chodzili na szpilkach stał się mały jak ta szpilka. Gdy Tyris powaliła go na ziemię wierzgał rękami, szukając jakiejkolwiek pomocy. Krzyczał o swojej niewinności, a im dłużej krzyczał, tym więcej łez się pojawiało. Początkowo myślał, że to żart, ale im dłużej stał przy Sir Christanie i Tyris, tym bardziej dochodziła do niego powaga oskarżenia. W końcu nerwy przejęły nad nim władzę i rzucił się do ucieczki. Gdy został powalony cała trójka wybuchła w duchu śmiechem.

Teraz nie powstrzymywali swojego śmiechu wspominając potwora.

– A wiecie jak Sini mi groziła? – Charna przypomniała wszystkim słowa, które wiedźma z Tatalii wypowiadała podczas wyprowadzania jej z wieży gryfów. Im dłużej wspominała, tym ciężej jej to wychodziło z powodu śmiechu napływającego do jej ust. Kiedy skończyła wszyscy nim wybuchli.

– Charna – Maron zabrał głos, przybierając pseudo poważny wyraz twarzy. – Początkowo byłem przeciwny temu pomysłowi, ale widząc jak to się skończyło, to zgodziłbym się jeszcze raz. Niemniej – zaznaczył mocniej – po raz ostatni tłumaczyłem się przed żołnierzami i nie zamierzam tego robić po raz kolejny!

Fiona i Charna zaśmiały się. Jedynie Tamara miała problem z rozluźnieniem się. Cały czas siedziała spięta, jakby miało się coś stać.

– Szkoda, że nie widziałam, jak zabierano Sini i Iwonę, ale widok Mardona wynagrodził mi wszystko. – Frywolnie rzekła Fiona.

Atmosfera była sielankowa. Charna po raz pierwszy czuła się częścią kompanii i choć wiedziała, że wciąż nie będzie lubiana przez Marzinę i pozostałych kadetów, tak miała już w kimś oparcie. Ktoś w kompanii stanął po jej stronie i nie widział w niej wroga.

Sielankę przerwało wtargnięcie do ich pokoju, a drzwi trzasnęły tak mocno, że nawet kamienne ściany poruszyły się. Kadeci natychmiast uciszyli się i patrzyli szerokimi oczami na przybyszów, którymi okazali się Tyris Lockenhole i Sorsha Margary. Ich grymas nie pozostawiał wątpliwości, czekała ich ciężka pogadanka.

Zamknąwszy drzwi weszły do środka. Obserwowały całą czwórkę, która skuliła się w sobie i spoglądała na nich, jakby nakryły ich na gorącym uczynku. Nikt nie przerywał tej grobowej atmosfery. Rycerki miały ukryty cel w postaci zastraszenia kadetów, a kadeci nie chcieli wyrywać się przed szereg.

Ciszę przerwała Sorsha Margary.

– Aresztowanie Mardona, Sini i Iwony to wasza sprawka? – Nie potwierdzili i nie zaprzeczyli. – To przez was niewinne osoby otrzymają waszą karę? – Również i teraz odpowiedziała jej grobowa cisza. – Nadaliście na nich, a teraz chowacie się przed całym światem? Tacy jesteście odważni? Nie macie jaj, żeby się przyznać?

Najmłodsza Charna zaczynała się gotować. Rycerki właśnie ją oskarżały, że pomogła sobie i innym, kiedy one wszystko widziały i nie zamierzały nawet kiwnąć palcem.

– Pozwolicie, żeby niewinne osoby poszły siedzieć? – Charna, usłyszawszy słowa Tyris, zacisnęła pięści. – Tak czy nie?!

Panna Aberville odwróciła głowę powstrzymując się przed wybuchem wściekłości. Policzki jej nerwowo drgały z ledwością powstrzymując się przed powiedzeniem kilku słów za dużo.

– Wstyd mi za takich kadetów. – rzekła Sorsha, która zwróciła się do Charny. – Wydawało mi się, że masz w sobie więcej odwagi. Królowa złego giermka mi wybrała. – I skierowała się do wyjścia.

– A więc idealny giermek to ten, który znęca się nad słabszymi?

– Coś ty powiedziała? – Charna powiedziała to cicho, ale słyszalnie.

– Więc idealny giermek to ten, który znęca się nad słabszymi? – Powstała i spojrzała w oczy swojej rycerce. – Idealny rycerz to ten, który pozwala poniżać słabszych? Idealnym rycerzem w takim razie jest ten, który ucieka od odpowiedzialności?

Sorshę i Tyris zgięło. Czy ona właśnie próbowała im wmówić, że są tchórzami i, że bały się Mardona? Początkowo nie wiedziały jak zareagować na te oskarżenia i wręcz miały świadomość, że dziewczyna sobie żartuje, ale nic z tych rzeczy. Panna Margary podeszła do Charny i miała ochotę trzepnąć ją w twarz. Chociaż ręka mocno ją świerzbiła, to trzymała ją przy sobie.

– Co ty sobie dziewczyno wyobrażasz? Że jesteś moim giermkiem i będę ci pozwalać na takie akcje?

– Sama mi powiedziałaś, że za dużo daję sobie wmówić, to właśnie nie pozwalam sobie wmówić, że królowa źle wybrała.

Ponownie rycerkę zgięło i choć miała zaledwie kilka lat służby za sobą, to żaden z kadetów tak z nią nie rozmawiał jak Charna. Wygarnęła słowa, które przekazała jej po pierwszym treningu.

– Pokonałabyś ich wcześniej czy później. To oznaczały te słowa, a nie wplątywać ich w intrygę, dzięki której każde z nich otrze się o śmierć.

– Ja ocierałam się codziennie o dożywotnie kalectwo! – rozpoczęła dziewczyna. – Kiedy Mardon wieszał mnie na haku, nikt nie zareagował. Kiedy targał mną po błocie również wszyscy stali. A co gorsza, kiedy w jadalni ciągnął mnie po stole wszyscy przyglądali i się śmiali, jak ja obrywałam. Nim w ogóle będę miała szansę mu dorównać, to już dawno będę gryzła piach i to wszystko stałoby się na waszych oczach!

– Skoro nie umiesz walczyć, to znak, że nie jesteś dobrym rycerzem. – oskarżyła ją Sorsha.

– Walczyłam nie mieczem, ale sprytem, kiedy wy wolałyście się temu bezczynnie przyglądać.

Sorsha i Tyris patrzyły na Charnę chcąc wymierzyć jej solidną piąchę w twarz. Ich usta nabrzmiały się i widząc, że nie przemówią do dziewczyny wyszły z pokoju trzaskając drzwiami. Charna przez dłuższą chwilę zapomniała, że Tamara, Maron i Fiona również tu byli. Patrzyli na pannę Aberville, jakby na nich miała wyładować swoją wściekłość. Wiedzieli, że jest kłębkiem nerwów, a w tym przypadku lepiej było nie drażnić smoka.

Najmłodsza z towarzystwa usiadła na podłodze i rozmyślała nad tym, co zrobiła. W ogóle tego nie żałowała i wręcz wiedziała, że ponownie postąpiłaby tak, gdyby miała ku temu okazję.

Ich wyczekiwanie ponownie przerwały otwierające się drzwi, za którymi stały … Sorsha Margary i Tyris Lockenhole. Stanęły na środku i przyglądały się dziewczynie. Nie ze złością, lecz z akceptacją.

– Ciężko nam to przyznać, ale rzeczywiście przyglądałyśmy się wszystkiemu. Widziałyśmy, jak Mardon się nad tobą znęca, ale nie wolno nam ingerować w wasze relacje z kadetami. – powiedziała Sorsha. – Mówiąc to mam nadzieję, że zostanie to między tymi czterema ścianami. – Maron, Fiona i Tamara natychmiast kiwali głową, Charna po chwili.

– Też za nim nie przepadam. – rzekła Tyris – ale na taką karę nie zasłużył, którą mu zgotowaliście.

– W ogóle dlaczego założyłyście, że to my? – To pytanie dziewczyna powinna zadać na początku.

– Nie udawaj Charna. – zirytowała się Sorsha. – Cała trójka zeznała, że miałaś z tym coś wspólnego. Kupiec, którego aresztowaliśmy razem z Iwoną mówił o tobie, że miałaś mu przynieść zwoje. Ciekawe skąd je miałaś? Poza tym …

– Dobra, dobra już rozumiem, przyszłyście mnie aresztować zgadza się? – Wyciągnęła ręce przed siebie. – To skujcie mnie, a ich puśćcie wolno, to był mój plan, aby okraść kapitol, włamać się do wierzy gryfów oraz wykraść kilka zwojów z gildii magów.

Sorsha i Tyris widząc postawę dziewczyny zrozumiały, że źle ją oceniły. Wychodziło na to, że Charna miała większe jaja, niż niejeden rycerz służący w szeregach Erathii. Honor rycerski nakazywał aresztować dziewczynę, ale im bardziej patrzyły na postawę dziewczyny, tym bardziej były z niej … dumne. Pokonała swoich ciemiężycieli na swój sposób. Nie po rycersku, ale po swojemu.

– Powinnyśmy zaprowadzić cię do cel w zamku i to ciebie zamiast Mardona, Sini i Iwony powinni przesłuchiwać ale – te słowa ciężko jej przechodziły przez gardło – jesteśmy z ciebie dumne.

Cała czwórka patrzyła na rycerki z nielekkim zdziwieniem. Później po prośbie rycerek kadeci opowiedzieli w jaki sposób wrobili ich w zbrodnie i im dłużej trwała historia tym bardziej mistrzyni czempionów oraz mistrzyni krzyżowców, patrzyli na kadetów z szacunkiem.

– Nieźle to wykombinowaliście cwaniaczki. Niestety nie możemy was jakkolwiek ukarać. – rzekła Sorsha dodając w kierunku Charny. – Ciebie natomiast ukarzę na swój sposób, aby wybić ci takie pomysły. Teraz już przynajmniej wiemy, do czego jesteście zdolni.

Potem kadeci żartowali sobie z rycerkami tak samo, jakby i one były kadetami. W ten sposób Charna zbliżyła się do Sorshy, która już nie uważała, że jest tutaj przez przypadek. Miała w sobie tyle determinacji, co jej bracia. Będzie z niej dobry rycerz i to wiedziała już teraz.

Część 15: Charna vs Mardon

Fiona dostała informacje od przyjaciół, że wrobienie Sini i Iwony poszło zgodnie z planem. Do jej pokoju nie wchodzili, żeby nie stwarzać podejrzeń.

Wyszedłszy z klasztoru poczuła się jak nowo narodzona. Jeszcze nigdy nie czuła się tak rześko, jak tego dnia. Nic jej nie dokuczało, ręce i nogi sprawnie funkcjonowały, a dodatkowo była pełna sił, jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie wzmacniające.

Samopoczucie samopoczuciem, miała misję do wykonania. Skierowała się do pokoju w koszarach. Wszedłszy do niego zauważyła kilkanaście wykwintnych kreacji ułożonych starannie na pryczy i obok  niej, jakby wybierała się na bal. Oczywiście wszystkie w jej ulubionym kolorze.

– Och jaki on kochany. – zironizowała Mardona widząc, że do zakupów dołączył kawałek zwoju. Nie wprost się podpisał, ale szeroko się przedstawił tak, że wiadomo było o kogo chodzi.

Zabrała pierwszą lepszą suknię, której rękawy kończyły się pomponami ze skóry jakiegoś zwierzęcia, którą przefarbowano na zielono. Cały ubiór wyszyto z miękkiego jedwabiu wykorzystywanego do poszw królewskich. Jedynie złote szwy przypominały o szorstkich elementach. Przymierzyła ją i czuła się jak królowa balu.

– Szkoda, że muszę ją oddać. – pomyślała ze smutkiem.

Następnie ubrała wojskowe buty z wysokimi cholewami, na której wyszyto złote anioły. Dodatkowo zarzuciła wojskowe tuniki i kamizelkę, dzięki której czuła się kobieco i jednocześnie miała swobodę ruchów.

– Niech tylko mi ktoś zniszczy te ubrania, to nawet behemot w furii nie dałby mi rady.

Odłożyła je wszystkie i aż żałowała, że musiała iść do kapitolu i o wszystkim powiedzieć, ale nie było wyjścia. Plan należało dokończyć.

Wyszła z koszar i ruszyła do kapitolu. Przybrawszy smutną minę otworzyła drzwi z udawaną trwogą. Chociaż od momentu kradzieży złota minęło kilka dni, to budynek nadal przypominał archiwum, przez które przeszło tornado, rozsypując wszystko na podłogę. Zwoje z zapiskami leżały jak chciały. Po podniesieniu kilku z nich zauważyła, że jeden mówił o handlu, drugi o finansach, a jeszcze inny o sprawach sądowych. Istny misz masz. Aczkolwiek skryptorzy pomimo bałaganu nie stawali na nich i wyglądali, jakby wiedzieli co robią i jakie zwoje porządkują. – W takim bałaganie już bym się nie odnalazła. – pomyślała Fiona podsumowując istny majdan.

Jeden z rycerzy odwróciwszy się dostrzegł ją. Miał na sobie niebieski płaszcz, spod którego wychodził krótki kołnierz krezkowy i równie przystrzyżoną brodę z wąsami do góry. Niebieskie oczy, brązowe włosy zaczesywane do tyłu, spod których wychodził złoty glejt, symbol bycia namiestnikiem miasta i to on odpowiadał za sprawy porządkowe w mieście.

– Witaj droga damo, w czym mogę pomóc?

Życzliwość była jego mocną stroną, lecz Fiona dostrzegła, że chciał się jej pozbyć. Gdy usłyszy, co ma do powiedzenia, zmieni zdanie. Zaczęła nieśmiało z trudem wypowiadając słowa.

– Sir Christianie z rodu Nabyrian. Chciałabym o coś zapytać.

– Co takiego? – Spytał podszedłszy do niej.

– Czy z kapitolu zginęła duża część złota?

– Zgadza się, właśnie próbujemy wyjaśnić to zdarzenie.

– Dużo tego?

– Jeden dzienny wpływ do skarbca miasta.

– Tak też myślałam. – Namiestnik odwrócił się w jej stronę, oczekując szczegółów. – Ostatnie dni byłam w klasztorze i nie wiedziałam co się działo. Wracam z niego, a tam dostrzegam kupione najmodniejsze i najdostojniejsze ubrania. Nieświadoma tego zaczynam przymierzać, potem usłyszałam przypadkową rozmowę, mówiącą o kradzieży pieniędzy i spojrzawszy na ubrania wyliczyłam, że około cztery tysiące sztuk złota musiały kosztować, a więc …

– Dzienny wpływ złota do Steadwick. – dostrzegł namiestnik. – Czy masz może podejrzenia, kto mógłby to zrobić?

– Ktoś, kto ma takie pismo. – podała mu zwój podpisany przez Mardona.

 

Fiona została gorąco powitana przez wszystkich kadetów. Każdy z nich dopytywał się o jej samopoczucie i nawet behemot wydawał się jakiś milszy. Sorsha i Tyris też nie przemęczały jej na treningach, gdyż nawet kilka dni bez nich mogło wpłynąć na jej sprawność fizyczną i mentalną.

Panna Haart powiedziała Charnie, w jaki sposób wkopała Mardona, na co Charna z niecierpliwością wyczekiwała, aż chłopak pójdzie pod topór. Kolejne dni mijały, a nikt po niego nie przychodził. Niemożliwe, żeby sir Christian był idiotą i nie wiedział, kto podpisuje się słowami: Twój najbogatszy kolega. Zresztą, jakim trzeba być bufonem i zapatrzonym w siebie dupkiem, aby tak siebie opisywać?

W końcu podczas jednego z treningów u Tyris przed areną walk pojawił się sir Christian z obstawą kilkunastu żołnierzy. Weszli do środka i dostrzegłszy mistrzynię czempionów podeszli do niej.

– Panno Tyris, czy wśród kadetów znajduje się Mardon z rodu Blake?

– Oczywiście, już go wołam. Mardon do mnie. – Nim nabrzmiały bufon przyszedł do Tyris musiał poznęcać się nad Maronem, który nieszczęśliwie z nim trenował. Dopiero, kiedy powalił go na podłogę podszedł do Tyris i śmiejąc się od ucha do ucha zaczął.

– Witam uszanowanego sir Christiana, czy mogę wiedzieć, w jakiej sprawie zostałem wezwany?

Namiestnik miejski przyjął dostojną pozycję mówiąc.

– Mardonie z rodu Blake. W imieniu łaskawie panującej nam królowej Katarzyny z rodu Ironfist jesteś oskarżony o kradzież sakiewek złota, na równowartość dziennego przychodu miejskiego.

Chłopak był całkowicie zaskoczony i nie wiedział, co miał powiedzieć. Po raz pierwszy w trakcie jego pobytu w Steadwick te silne nogi zaczęły się trząść. Począł nerwowo wymachiwać rękami, jakby się tłumaczył. Charna na chwilę przerwała ćwiczenie i razem z Tamarą obserwowały jak chłopak usprawiedliwiał się. Im dłużej to robił, tym bardziej uświadamiała sobie, że namiestnik poszedł dokładnie po tropach podrzuconych jej przez dziewczynę.

Również stojąca obok Tyris wydawała się zaskoczona aktem oskarżenia. Jeden z najbogatszych kadetów, który pochodził z zamożnego rodu miałby jednocześnie być tym, co okrada skarbiec Erathii?

– Sir Christianie, jesteś pewien, kogo oskarżasz?

– To twoje pismo chłopaku? – Spod płaszcza wyciągnął zwinięty zwój i rozwinąwszy go pokazał chłopakowi. Mardon wziął go do ręki i niechętnie przyznał się do swojego pisma. – Przyniosła nam go jedna z kadetek, która nie chciała mieć na sumieniu kradzieży mieszkańców. – Schował zwój za płaszcz. – Szkoda, że ty nie miałeś takich oporów.

Tyris patrzyła na Mardona z nieskrywaną irytacją, w której jednocześnie występowała nutka zawodu. Natomiast on wyglądał, jakby uczestniczył w wielkim spisku. Racja, skorzystał z pieniędzy, które mu nagle spadły z nieba i choć miał podejrzenie, że są to pieniądze zdobyte z kradzieży królewskiego mienia, to jednak postanowił skorzystać z dodatkowego przypływu złota. Tak mu Tamara doradziła, żeby kupił coś dla Fiony, a ta w zamian tak mu się odwdzięczyła, że doniosła na niego. Spojrzał gniewnie w jej kierunku, a Fiona kręciła głową z zażenowania.

– Panowie – kontynuował Sir Christian – prośba o aresztowanie Mardona z rodu Blake.

Kiedy pierwszy żołnierz z kajdanami podszedł do behemota ten odepchnął żołnierza i rzucił się do ucieczki. Żołnierze natychmiast pobiegli za uciekinierem, podobnie jak Tyris. Kadeci przerwali trening dostrzegając walczącego chłopaka. Jego ucieczka nie trwała długo, bo już chwilę później na ziemię powaliła go Tyris Lockenhole.

– Lepiej módl się do Riona, żeby twój ojciec puścił płazem ten wybryk. – Wzięła kajdany od jednego z żołnierzy i skuła jego ręce.

– Jestem niewinny! Nic nie zrobiłem!

– Nie przede mną będziesz się tłumaczył. – rzekła rycerka, mając ochotę solidnie przetrzepać skórę młodzieńcowi.

– Ten, kto jest winny, ten zazwyczaj ucieka. – dodał Christian, który przejąwszy chłopaka od panny Lockenhole natychmiast zmierzał z nim do wyjścia.

Wszystkiemu przyglądali się kadeci i gdy Charna spodziewała się oburzenia, albo jakiegokolwiek zdziwienia, to wszyscy odebrali to z obojętnością, jakby to było do przewidzenia. Przybiła niesłyszalną i niezauważalną dla pozostałych piątkę z Tamarą, a Maronowi i Fionie z satysfakcją kiwnęły głową.

Teraz już nikt ich nie będzie prześladował. Przynajmniej na jakiś czas.

Część 14 Part 2: Charna vs Mardon

Charna i jej ekipa szybko zlokalizowali ogrzycę, gdy ta przemierzała przez targowisko w Steadwick. Kupiec z czarnym płaszczem czuł się nieswojo, przechodząc przez stragany, jakby nie spojrzeć, ludzi działających w tym samym interesie. Nie przejmowali się jego dąsami, tylko zależało im na zahipnotyzowaniu Iwony. Musiała wyjść z targu, gdyż istniało ryzyko rzucenia zaklęcia na niewłaściwą osobę.

Wyszedłszy z rynku zmierzała w kierunku koszar. Ukryli się zza jednym z domów i gdy kupiec poczuł się bezpiecznie wyciągnął zwój i zaczął czytać zaklęcie. Później dołączyło do tego machanie rąk niczym u czarodziejskiego wizjonera, do którego dokładał słowa już zrozumiałe dla kadetów.

– Osoba uraczona zaklęciem hipnozy spełni każde życzenie, które wyjdzie z ust … – spojrzał na kadetów, a widząc ich niezrozumienie dodał. – Potrzebuję waszych imion.

Maron już chciał je podać, ale Charna weszła mu w słowo.

– Spełni życzenie tego, od którego otrzyma magiczne zwoje.

Kupiec nie był przekonany co do dziwności wskazania osoby, ale w końcu wypowiedział formułkę w taki sposób, w jaki mu poleciła.

– Zaklęcie rzucone. Gdzie mam czekać na zwoje?

– Tam gdzie wcześniej.

Kupiec nie czekając ani chwili poszedł do karczmy, a Charna, Maron i Tamara ruszyli za Iwoną. Nim doszli do niej Maron nie wytrzymał i musiał o to spytać.

– Mogę wiedzieć, dlaczego nie podałaś mu naszych imion?

– Żeby potem je wyśpiewał, jak będzie przesłuchiwany?

– I tak może nas wskazać, kiedy żołnierze go o to poproszą.

Charna nawet nie chciała tego komentować. Brakowało im logicznego myślenia, którym na pewno pokierują się żołnierze, kiedy przyjdzie im zmierzyć się z faktami. Racja, wyjdzie, że wrobią w zbrodnię niewinnego człowieka, ale czy on rzeczywiście był taki niewinny? Uchylanie się od obowiązku płacenia podatków, to też jest wykroczenie.

Złapali ją tuż przed wejściem do koszar. Spojrzeli w jej oczy, ale zamiast tęczówek, źrenicy i ogólnie tego wszystkiego, co wchodzi w skład oka znajdowała się spirala, która kręciła się od środka. Wyglądała jak twór, który nie miał własnej woli i zrobi wszystko, co się jej narzuci.

– Idziesz ze mną do pokoju. – poleciła jej Charna. – Zabierasz zwoje i idziesz spotkać się z kupcem w tawernie. Będzie czekał na ciebie w jednym z pomieszczeń znajdujących się w tyle. – Później odwróciła głowę i rzekła szeptem do Tamary. – Pilnujcie, żeby nikt jej nie widział. – I znowu do Iwony. – Ruszaj.

Dziewczyna bez zbędnego dociekania ruszyła po zwoje. Marionetka, była w rękach Charny, która była zadowolona móc dowodzić tak wielką ogrzycą, która teraz wyglądała jak bezrozumne dziecko.

– I co teraz? – spytała Tamara.

Charna lekko pokręciła głową, ponieważ było to dla niej zbyt oczywiste, żeby jeszcze się pytać, ale najwidoczniej nie dla Tamary.

– Idziesz po wartowników i sprowadzasz ich do tawerny.

Natychmiast ruszyła do głównego zamku, a Iwona widząc, że trzyma zwoje w rękach zeszła jej z drogi obserwując, jak zmierza do kupca w tawernie. Maron chwilę później dołączył do Charny. Spodziewając się jej pytania odpowiedział:

– Nikt nas nie obserwował.

Panna Aberville uśmiechnęła się na myśl co za chwilę się wydarzy. Właśnie jedna z najgorszych kadetek w kompanii zostanie pojmana, tak samo jak Sini, oskarżona o coś, czego nie zrobiła. Uśmiechnęła się, bo w końcu pokazała, że nie można jej lekceważyć i traktować jak zwykłe popychadło. Teraz to ona miała ją w garści.

Pozostał tylko Mardon, ale w tej kwestii również potrzeba dopełnić formalności.

– Sprawdźmy, co u Fiony. Podobno przebudziła się.

– Prawda.

Poszli w kierunku klasztoru mijając po drodze Tamarę ze strażnikami. Lekko skinęli głową wskazując, gdzie będą na nią czekać. Dziewczyna natychmiast zrozumiała.

 

Kupiec był niecierpliwy. Im dłużej tu był, tym mniej podobała mu się współpraca z Charną Aberville. Została przez kupców okrzyknięta, jako donosicielka i on właśnie nawiązał współpracę z tą donosicielką. Pewnie fama rozeszła się po całym rynku, że współpracuje z ich wrogiem, a przez to i on się nim stanie. Chciał zarobić, oczywiście, że chciał i nadal chce, ale też nie chciał tracić reputacji wśród pozostałych kupców. To może mieć katastrofalne konsekwencje dla klientów.

Jednak, jak mógł przejść obojętnie wobec takich zwojów? Zwłaszcza tego z piątego poziomu. I chociaż zdziwiło go to, bo gildia magów w Steadwick ma tylko cztery poziomy, więc nie powinno się tam znajdować zaklęcie piątego poziomu. Zaczynał wyczuwać spisek.

Jego przeczucia szybko znikły, kiedy usłyszał pukanie do pokoju. Otworzywszy je zobaczył zahipnotyzowaną dziewczynę. Zresztą ciężko ją było nazwać dziewczyną. Prędzej jej ojciec, albo matka musieli być ogrami. Już z daleka widział, że jest to masywna istota, ale nie sądził, że aż tak.

Wyciągnęła ręce podając mu trzy zwoje. Wciągnął ją do pokoju, otworzył je i gdy zaczął czytać okazało się, że rzeczywiście zawierały w sobie dokładnie te zaklęcia, o których wspominała dziewczyna, zapomnienie, modlitwa i przywołanie żywiołaka wody, wszystko się zgadzało. Szeroko się uśmiechnął i cieszył się z dobrze zrobionego biznesu.

Po chwili do świadomości wróciła Iwona, która była oszołomiona.

– Co to za miejsce i kim ty jesteś?

Spytała kupca, ale nim ten zdążył odpowiedzieć, to usłyszeli pukanie do drzwi. Radość kupca znikła w jednej chwili. Iwona również się zlękła.

– Otwierać straż Erathii.

Ta przeklęta Charna Aberville wrobiła ich w przestępstwo kradzieży zwojów. Iwona dopiero po chwili połapała się co tu jest grane.

– O nie, nie, nie wciągniesz mnie w tą kradzież. – Wyciągnęła sztylet i rzuciła się nim na kupca. – Płać za swoje błędy mnie nimi nie obciążaj.

Zbrojni weszli do pokoju, rozdzielili ich i skrępowali łańcuchami. Jeden z wartowników po przeszukaniu pokoju znalazł trzy zwoje, które kupiec w ostatniej chwili wyrzucił w jego głąb.

– To nie moje, to jej! – wskazał na Iwonę.

– Nieprawda jestem niewinna wciągnięto mnie …

– Czy to czasem nie są te trzy zwoje, które ukradziono z gildii magów? – spytał jednego z towarzyszy, a gdy ten kiwnął mu głową rzekł w stronę skutych przestępców. – Dla mnie wszystko jest jasne. Jesteście oskarżeni o kradzież mienia należącego do Erathii i próbę zawłaszczenia sobie korzyści materialnych z tego tytułu. Panowie, proszę o wyprowadzenie tych złodziei.

Wszystkiemu za drzwiami przysłuchiwała się Tamara, której uśmiech rósł od ucha do ucha, aż najwyższy poziom osiągnął, kiedy dowódca straży mówił o aresztowaniu Iwony i jej pomocnika. Z boku obserwowała, jak żołnierze targają oskarżonych do zamku. Krzyczeli na cały głos o swojej niewinności, o wrobieniu ich i inne typowe teksty winnych osób, które chcą przekonać cały świat do swojej racji.

Cała akcja zakończyła się powodzeniem. Pozostał im jeszcze Mardon. Tamara obawiała się go od momentu ucieczki z Krewlod, lecz jednak od momentu działania z Charną, jej strach zmniejszał się. Oczywiście nadal go traktowała, jako potencjalnego zabójcę wysłanego przez jej ojca, ale młodsza kadetka w jednym miała rację. Lepiej przeciwstawić się wyzwaniom, niżli je omijać.

Odprowadziwszy konwój pod zamek zostawiła ich tam, po czym skręciła do klasztoru. Wszedłszy do środka natychmiast skierowała się do osób chorych i potrzebujących, a tam czekali na nią Charna, Maron i Fiona, z której znikły odznaki niedawnej walki o życie, a dowodem tego był uśmiech, którym ją uraczyła.